AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Najlepsze zagraniczne płyty 2018 roku (1-10)

Pierwsza dziesiątka zestawienia najlepszych zagranicznych płyt 2018 roku (bez podziału na albumy, epki, płyty koncertowe).

miejsca 50-41
miejsca 40-31
miejsce 30-21
miejsca 20-11

10. Charles Bradley „Black Velvet” (Daptone Records)
Być może ta płyta jest przykładem na to, że firmy fonograficzne robią interes na śmierci wykonawcy. Być może jest wyłącznie zbiorem piosenek, które nie zostały uwzględnione przy wydawaniu poprzednich trzech albumów Bradleya. Wszystko tylko „być może”, ponieważ „Black Velvet” jest materiałem na tyle dobrym, że wszystkie pozostałe kwestie schodzą na plan dalszy. Krążek nie jest niczym odkrywczym pod względem brzmienia. To wciąż mieszanka drapieżnego soulu z domieszką funku i rocka, którą czarnoskóry wokalista upodobał sobie jeszcze za życia. Zestaw, pomimo tego, że kawałki powstały w różnych okresach krótkiej kariery Charlesa Bradleya, wydaje się spójny i dobrze dobrany. Tak, to dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że całość jest swego rodzaju zlepkiem. Ale w tym chyba od początku tkwiła siła muzyki prezentowanej przez urodzonego na Florydzie artysty – nieważne co, ważne jak. I serce jako źródło wszystkiego też nie było raczej przypadkowe.

9. Kamasi Washington „Heaven And Earth + The Choice EP” (Young Turks/Sonic)
Jazzowi ortodoksi zarzucają Washingtonowi, że jest za mało jazzowy i swoim show odciąga uwagę od niedoskonałości trawiących jego warsztat, a tym samym wykonywaną muzykę. Być może tak właśnie jest (OK, do największych tuzów jazzowego saksofonu Kamasiemu brakuje, ale przecież nikt nie oczekuje, że z gościa będzie drugi Coltrane), ale prawda jest tak, że płyty sygnowana nazwiskiem tego amerykańskiego artysty bronią się same. Faktycznie, to nie jest jazz dla tradycjonalistów, jednak czy coś w tym złego? Kamasi bawi się muzyką, jej brzmieniem i formą. Prezentuje tytuły rozbudowane, kipiące rozmachem, wręcz symfonicznością, potrafiąc przy tym doskonale selekcjonować dźwięki, czego przykładem podział kompozycji na dwie płyty: agresywniejszą „Earth” i delikatniejszą „Heaven”. A jakby komuś było mało, na dokładkę znajdzie ukryty dysk z epką „The Choice”.

8. Arctic Monkeys „Tranquility Base Hotel + Casino” (Domino)
Kupuję nową wersję Arctic Monkeys. „Tranquility Base Hotel & Casino” ma w sobie niezwykle silną moc przyciągania. Alex Turner i jego kompani niczym zawodowi hipnotyzerzy wprowadzają słuchaczy w inny stan świadomości. Pomocne okazują się chociażby odwołania do psychodelii, nieregularnej pod względem rytmu budowy kolejnych kompozycji i przede wszystkim – co biorąc pod uwagę dotychczasową dyskografię zespołu – brak mocnych, nastawionych na przebojowość melodii. Płyta z niezwykle przyjemną zawartością muzyczną, a takich przecież potrzebujemy.

7. Lotic „Power” (Tri-Angle Records)
Płyta wyrażająca niepokój i frustrację, ale mogąca prowadzić również do tego samego. Trochę tak, jakby ujmując w ramy eksperymentalnej elektroniki, brzmienia techno, futurystycznego r&b i hip-hopu, Lotic chciał nie tylko uwolnić się od pewnych emocji, ale też zaszczepić je chociaż na chwilę w słuchaczu, by ten także je poczuł, a przez to lepiej zrozumiał samego autora. Być może mój wywód trąci nadinterpretacją, ale takie myśli zagościły w mojej głowie po wysłuchaniu krążka „Power”. Materiał (niby debiutancki, ale nie zapominajmy, że urodzony w Houston, ale mieszkający w Berlinie artysta ma na swoim koncie chociażby epkę z 2015 roku) skupia się na dźwiękach, ich spajaniu, przenikaniu i konfigurowaniu w nieoczywiste sploty, warstwę tekstową pozostawiając z boku (najwięcej do powiedzenia w tej kwestii mają „Nerve”, „Heart” i „Solace”, reszta to wyłącznie dźwięki). Materiał przykuwa uwagę niezwykle organicznymi melodiami, które momentami potrafią dość mocno przytłoczyć zarówno przenikliwością (nawet hałasem), jak i wycofaniem. Słowa, które ograniczają się do fraz powtarzanych niczym mantra, tylko akcentują serwowaną raz po raz dozę klimatu noir. Zjawiskowe i hipnotyzujące.

6. Deva Mahal „Run Deep” (Motema Music)
Deva Mahal daje poznać się jako wytrawna wokalistka szanująca korzenie muzyki soul i r&b. W jej piosenkach słychać emocje, z jakimi ostatnio spotkałem się w utworach Amy Winehouse i Lauryn Hill. Tematycznie kawałki nie odbiegają od przyjętego standardu (czytaj: kolejne piosenki o miłości i rozstaniu), ale ich wykonanie zwyczajnie nie pozwala na marudzenie. Pojawiające się jedna po drugiej ballady „Dream” i „Shards” wbijają w fotel swoją nostalgicznością i przejmującym wokalem. Singlowy „Snakes” to już rhythm and blues na najwyższym poziomie – gatunek, w którym Deva Mahal czuje się zdecydowanie najlepiej, czego dowodem jej interpretacja utworu „Take A Giant Step” (w oryginale nagranego przez The Monkees, a coverowanego m.in. przez ojca wokalistki, Taja).

5. Kyriakos Sfetsas „Greek Fusion Orchestra Vol​.​1” (Teranga Beat)
Słyszałem wcześniej jakieś pojedyncze kompozycje, które bardzo przypadły mi do gustu, dlatego niezmiernie ucieszyłem się z faktu, że nagrania Kyriakosa Sfetsasa i jego projektu Greek Fusion Orchestra (założonego w latach siedemdziesiątych) doczekały się wydania fizycznego. Składanka oznaczona jedynką to tylko niewielka część prac, jakie udało się stworzyć pod szyldem GFO. W zasadzie trudno jest stwierdzić, co było kluczem do dokonania selekcji z myślą o tej części (przyjmijmy, że muzyczny poziom), ale całości słucha się niczym dobrze przemyślanego albumu koncepcyjnego. Brzmieniowo płyta odsyła nas do tradycyjnej greckiej muzyki przeobrażającej się w progresywny jazz i dźwięki inspirowane wpływami klasyki (Sfetsas pobierał nauki w tym kierunku, a członkowie jego orkiestry także reprezentowali ten nurt), rozwijającej się wówczas awangardy oraz elementami muzyki romskiej (Sfetsas jako nastolatek należał do cygańskich wędrownych trup).

4. Kamaal Williams „The Return” (Black Focus Records)
Kamaal Williams po projekcie z Yussefem Dayesem, który w wielu podsumowaniach 2016 roku uplasował się na czołowych miejscach, powraca, jak zresztą oznajmia tytułem płyty, do solowego grania. Chociaż z tą solowością też bym nie przesadzał. O ile na okładce faktycznie widnieje tylko nazwisko klawiszowca, o tyle materiał nagrany został z dwoma innymi muzykami (basistą Petem Martinem i perkusistą Joshuą McKenziem), którzy mają znaczny wpływ na to, co wybrzmiało na płycie. Ładnie słychać to już na przykład w „High Roller”, gdzie tak naprawdę to sekcja rytmiczna nadaje utworowi wyrazistości, a partie grane przez Williamsa – owszem – są znakomite, ale jednak stanowią uzupełnienie. Z podobnym wrażeniem spotykamy się po wysłuchaniu „Catch The Loop”. Popisem gospodarza staje się natomiast „Rhythm Commission”, w którym syntetyczne klawisze dają nie tylko uczucie obcowania z g-funkowym bitem, ale przede wszystkim stylistyką fusion. Zupełnym przeciwieństwem do tego niezwykle pulsującego numeru jest wybrzmiewający zaraz po nim track „Medina” – skupiony na solowych popisach Williamsa i przez moment grającej jakby osobno perkusji, a przez to przybierający najbardziej jazzową formę z zaprezentowanej całości. Zresztą nie tylko ten tytuł, ale ogólnie koniec płyty przyjmuje mocno jazzowy nastrój. Przedostatnia kompozycja, „LDN Shuffle”, staje się popisem free jazzowej perkusji, a „Aisha” z dość onirycznymi dźwiękami wydobytymi z syntezatorów, daje wzorzec ciekawego miksu jazzowego ukojenia o elektronicznym posmaku.

3. Edmony Krater „An ka sonjé” (Heavenly Sweetness)
Kiedy kilka lat temu do sprzedaży trafiła reedycja kultowej płyty „Tijan Pou Velo”, okazało się, że dla sporej grupy słuchaczy postać mieszkającego we Francji (ale urodzonego w latach pięćdziesiątych na Gwadelupie) Edmony’ego Kratera jest całkowicie nieznana. Ciepłe przyjęcie materiału, który pierwotnie ukazał się w 1988 roku, sprawiło, że wydawnictwo Heavenly Sweetness zdecydowało się pójść za ciosem i namówić artystę na nagranie kolejnej płyty. Efektem tych starań jest album „An ka sonjé” ukazujący się trzydzieści lat po premierze wcześniej wspomnianego krążka. Wokalista, trębacz i perkusjonalista Edmony Krater nie zawodzi. Zestaw dziewięciu utworów prezentuje przekrój brzmień usytuowanych na granicy jazzu, muzyki reggae i wpływów karaibskiej kultury, której wyrazem jest m.in. gwoka – silnie zrytmizowana gwadelupska muzyka ludowa oparta w głównej mierze na brzmieniu wydobywanym przy pomocy bębnów. Jeśli w rapie od pewnego czasu funkcjonuje powiedzenie „come back jak Jay-Z”, tak w jazzie i world music od teraz powinien przyjąć się termin „powrotu jak Edmony Krater”.

2. Paul McCartney „Egypt Station” (Capitol Records)
To świetna płyta – prosta, lekka, kameralna, harmonijna, szczera, nagrana z serca. Wymieniać mógłbym jeszcze dłużej i jeszcze więcej. McCartney trochę cofa się do czasów, kiedy pisał popowe hity, ale nikt nie miał mu tego za złe, bo pop w jego wykonaniu (i Lennona) był zwyczajnie dobry. Tak samo jest z singlowym „Fuh You”, który trochę odstaje od reszty materiału, ale nikomu tak naprawdę to nie przeszkadza, ponieważ piosenka przebojowością broni się sama. Pozostałe utwory z prawie godzinnej płyty są nieco bardziej kameralne i skupiają się na melodii: w „I Don’t Know” buduje ją fortepian, „Come On To Me” i „Who Cares” to rockowe kombinacje gitary i perkusji, „Confidante” urzeka gitarą akustyczną. „Hand In Hand” ma w sobie coś z beatlesowskiego okresu, „Caesar Rock” hipnotyzuje oldschoolowych groove’em, a „Back In Brazil” promieniuje energią czerpaną z funku i bossa novy. I przede wszystkim ta prostota zmusza do kolejnego odtworzenia, a to największy sukces, jaki można sobie wymarzyć.

1. Ambrose Akinmusire „Origami Harvest” (Blue Note)
Jeśli ktoś szukałby jazzowego odpowiednika ostatnich płyt Kendricka Lamara, materiał „Origami Harvest” wydaje się najpoważniejszym kandydatem do tego miana. Nowa płyta Akinmusire’a proponuje bowiem wszystko to, co znajdziemy również na krążkach Kalifornijczyka – spostrzeżenia o współczesnej Ameryce, nierównościach rasowych wciąż trawiących to mocarstwo, polityce (zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej) – wsparte dodatkowo muzyką na najwyższym poziomie. To także kolejny przykład na to, jak mocny wpływ na współczesne brzmienie ma rap i kultura hip-hop. Trąbka lidera nie jest tutaj w żadnym momencie najważniejsza. Improwizacyjne partie, które współtworzą smyki (Mivos Quartet) oraz perkusista Marcus Gilmore i pianista Sam Harris, nie wybijają się na pierwszy plan, chociaż zagrane zostały tak, że żaden fan jazzu nie będzie miał do nich zastrzeżeń. Istnieją, owszem, ale prawdziwej mocy nabierają dopiero ze słowem mówionym. Ich przejmujący ton wsparty linijkami Victora Vazqueza (kojarzonego jako Kool A.D. z brooklyńskie formacji Das Racist) buduje nastrój, jakiego próżno szukać na innych tegorocznych płytach.

*** *** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera. Polub blog na Facebooku oraz obserwuj autora na Twitterze.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: