Najlepsze zagraniczne płyty 2018 roku (21-30)

Trzecia część prezentacji najlepszych zagranicznych płyt 2018 roku (bez podziału na albumy, epki, płyty koncertowe).

miejsca 50-41
miejsca 40-31

30. Mark Kavuma „Kavuma” (Ubuntu Music)
Siedem kompozycji mocno inspirowanych brzmieniem Coltrane’a i Monka, utrzymujących korelację z katalogiem Blue Note z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Co sprawia, że krążek nie jest tylko odtwórczy, ale wnosi coś zaskakującego? Dobrym pomysłem okazało się zaangażowanie dwóch saksofonistów tenorowych (Mussinghi Brian Edwards, Ruben Fox), których potężne partie (solowe i wspólne) dają płycie sporego kopa już od początku (pierwszy na trackliście „Into The Darkness”). Jednak dęciaki to nie wszystko. O dobrej kondycji „Kavuma” świadczą też tzw. trzy grosze dodawane do jazzowych klasyków. „Carolina Moon”, kompozycja chociażby z repertuaru wspomnianego już Monka, wzbogacona została gitarą Artie Zaitza. Z kolei pianista Reuben James swoją szansę otrzymuje w balladowym utworze „Barbar G” (finalnie i tak przejętym przez gospodarza). Płyta ma dla autora wymiar sentymentalny i dziękczynny. Oprócz hołdu dla idoli pojawia się tu również numer „Papa Joe” dedykowany Joe Morganowi – pierwszemu nauczycielowi muzyki, który nie tylko odkrył w Kavumie talent, ale i zaszczepił w nim miłość do jazzu.

29. Javier Santiago „Phoenix” (Ropeadope)
Pianista na swoim fonograficznym debiucie przygotował osiem autorskich kompozycji (z wyjątkiem pierwszego utworu „River Song”, którego współautorem jest śpiewający w nim Jonathan Hoard), które łączą w sobie jazz, elementy r&b, funku i soulu. Nie są to zatem numery nie wiadomo jak odkrywcze, ale ich muzyczny poziom niewątpliwie sprawia, że bronią się przed negatywną krytyką. O ile rozpoczynający, wspomniany wcześniej „River Song” jest jeszcze taki sobie (wokal odbiera przyjemność obcowania z melodią), o tyle pojawiający się pod numerem drugim utwór „Autumn” i następujący jako jego swoiste rozwinięcie kawałek tytułowy to już kwintesencja jakości. Świetne, oparte na syntezatorach granie uzupełnione solówkami gitary elektrycznej i saksofonami (sopranowym, tenorowym), które co rusz zmuszają słuchacza do zagłębienia się w kompozycję, utrzymania skupienia, jednocześnie sprawiając radość z obcowania ze wszystkimi dźwiękami.

28. Tom Odell „Jubilee Road” (Columbia Records)
Po przeciętnym drugim albumie, Brytyjczyk nagrał swoją najlepszą płytą w karierze. Tom Odell postawił tym razem na koncept. Zamiast zaserwować kolejny zestaw o miłości, gdzie następujące po sobie piosenki nie łączą się w zasadzie w żadną całość, zrobił, owszem, płytę o miłości, ale ze wspólnym mianownikiem – tytułową Jubilee Road. Ulica, która pojawia się już w pierwszym singlu, okazała się punktem wyjścia dla późniejszych historii rozwijanych w utworach. Charakterystyczny głos Odella współgra tym razem z muzyką o zabarwieniu rockowo-soulowym, dla której fortepian jest instrumentem przewodnim. Nie brakuje oczywiście popowego brzmienia (które spaja całość, sygnalizując jednocześnie komercyjne i radiowe zapędy artysty) oraz – co może już zaskakiwać – wstawek gospel i funk.

27. Unknown Mortal Orchestra „Sex & Food” (Jagjaguwar)
Dwanaście utworów to przekrój wielu stylów i gatunków – od funku, przez indie rockowe granie, aż po psychodeliczne dźwięki, których źródeł szukać można w jazzie i awangardowym graniu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wszystko zespolone spojrzeniem z perspektywy XXI-wiecznego twórcy, szukającego także wspólnego mianownika z multikulturowym społeczeństwem, z jakiego się wywodzi.

26. Yuko Yokoi „Verde” (Spinnup)
Dziesięć utworów osadzonych w klimacie bossa novy i wokalnego jazzu (jak na azjatyckiego wykonawcę przystało, Yokoi technicznie pokazuje się z bardzo dobrej strony) odsyła do najlepszych wzorców tego gatunku. Kolejne kompozycje bogate są w partie bardzo rozkosznego kontrabasu (chyba pierwszy raz w życiu użyłam takiego określenia do opisania gry na tym instrumencie), fortepianu, ciepłej gitary i otulającego słuchacza wokalu. Intymność, która obok pozytywnych emocji była zawsze moim pierwszym skojarzeniem z bossa novą, jest na „Verde” wspólnym mianownikiem wszystkich zaprezentowanych utworów. Delikatna, momentami wyciszająca płyta.

25. Donny Benét „The Don” (Remote Control)
Australijczyk z gracją przerabia kicz lat osiemdziesiątych (kręcone włosy à la Lionel Richie jako symbol tamtych czasów, czujecie to, prawda?) i muzyki disco na oparty na syntezatorach zgrabny i pulsujący pop. Proste melodie, które powinny przecież razić nieporadnością i prostactwem, zagrane zostały tak, że jako słuchacz wierzysz w ich mistrzowski poziom. Przy tym wszystkim Benét omamia cię swoim wokalem – zwykłym, bez wielkich momentów, ale uwodzicielskim, emocjonalnym i delikatnym. Jesteś w stanie popaść w zapomnienie (się).

24. Nas „Nasir” (Mass Appeal/Def Jam)
„Nasir” jest albumem stosunkowo krótkim, ale niezwykle napakowanym treścią. Można rzec, że na skróceniu płyty zyskali wszyscy, bowiem sam gospodarz niemal każdą linijkę traktuje niczym puentę. Słychać gniew w głosie, czuć, że raper jest naładowany emocjami, których po prostu chce się pozbyć. Sporym zaskoczeniem – przynajmniej dla mnie – okazał się udział Kanyego Westa, który wyprodukował wszystkie utwory. West nie zapomniał, jak robić dobre bity, ale przez jego polityczną aktywność to chyba my, odbiorcy, zapomnieliśmy, że jest on jeszcze do tego zdolny.

23. Janelle Monae „Dirty Computer” (Wondaland Arts Society/Bad Boy Records/Atlantic Records)
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Janelle Monae zaserwowała najlepszy materiał spośród wszystkich, jakie podpisywała do tej pory własnym nazwiskiem. „Dirty Computer” ma sporo muzycznego uroku, szczególnie w tych fragmentach, które odwołują się do opartego na syntezatorach funkowego brzmienia rodem z płyt Prince’a. Momentami odnosi się wrażenie, że to nie tyle inspiracje, co tandetna zrzynka (posłuchajcie „Make Me Feel”), ale na tyle dobra, że przyjmowana bez większego zająknięcia. Jednak trudno jest się dziwić takiej sytuacji, skoro materiał na płytę w jakimś stopniu jest również efektem pracy z Księciem (co miało miejsce tuż przed jego śmiercią), o czym w wywiadzie dla radia BBC powiedziała sama Monae.

22. Young Fathers „Cocoa Sugar” (Ninja Tune)
Laureaci nagrody Mercury Prize za płytę „Dead” wrócili z przytupem. Album „Cocoa Sugar” to ponownie coś, w czym Young Fathers czują się najlepiej: futurystyczny hip-hop o silnych oldschoolowych korzeniach połączony z elementami muzyki soul, pulsującą elektroniką i popowym zacięciem. Nie uznawajcie, proszę, tego ostatniego określenia za negatywne. Chodzi bardziej o przystępność materiału, jego możliwy komercyjny charakter aniżeli kiepski aranż czy prostą melodię. Uderzają – in plus – gospelowe wstawki, gdzie wokale układają się w chór (chociażby „Lord”), podwyższając atmosferę piosenki.

21. Jimi Hendrix „Both Sides Of The Sky” (Legacy)
„Both Sides Of The Sky” na tle innych pośmiertnych składanek w dyskografii Hendrixa wyróżnia się jedną, ale za to bardzo istotną rzeczą: trzynaście zaprezentowanych na tej płycie utworów to niepublikowane nagrania studyjne gitarzysty. Już na samym wstępie należy się zatem plus, który dość szybko przeradza się w pozytywną ocenę. Jest dobrze już od pierwszych minut, kiedy Hendrix interpretuje bluesowy evergreen autorstwa Muddy’ego Watersa („Mannish Boy”), a poziom wzrasta niemalże wprost proporcjonalnie do czasu trwania płyty, którą z wysokiego C kończy instrumentalny, siedmiominutowy numer „Cherokee Mist” z gospodarzem grającym nie tylko na gitarze, ale również na sitarze. Pomiędzy początkiem a końcem, niczym w dobrej powieści, dzieje się wiele, ot chociażby „Woodstock” z repertuaru Joni Mitchell nabierający zupełnie zaskakującego klimatu dzięki Hendrixowi sięgającemu po bas, czy „Georgia Blues” (rozbudowany do prawie ośmiu minut utwór z partiami saksofonów i organów).

miejsca 20-11
miejsca 10-1

*** *** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera. Polub blog na Facebooku oraz obserwuj autora na Twitterze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.