AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Sentymentalna podróż do przeszłości. Maryla Rodowicz i Papa D. wystąpili w Tarnowie

Występy były częścią festiwalu Tarnów Polskiej Piosenki.

Maryla Rodowicz na scenie w Tarnowie (foto: Beata Motuk)

W filmie „Music and Lyrics” (w Polsce znanym pod tytułem „Prosto w serce”), w którym Hugh Grant wcielił się w rolę gwiazdy muzyki pop z lat osiemdziesiątych, pojawia się scena koncertu wokalisty w parku rozrywki (wesołym miasteczku?). Na małej scenie i z półplaybacku Alex Fletcher śpiewa dla grupy, którą niemal w całości stanowią jego fanki. Są piski, krzyki i dotykanie pośladów gwiazdy przez odważniejsze panie. Dla uzupełnienia obrazu dodam, że Fletcher lata muzycznej świetności ma już dawno za sobą, a stojące pod sceną fanki są po czterdziestce i do parku przyszły z mężami i dziećmi. Na moment przenoszą się jednak w przeszłość. Znowu mają po naście lat, zapominają o problemach dnia codziennego, a każda z nich czuje, że idol wykonując piosenkę zawierającą tekst o tej jednej jedynej, ma na myśli właśnie ją.

Ten wstęp i odwołanie do komedii romantycznej z 2007 roku (zresztą całkiem przyjemnej; gdyby ktoś pytał – polecam) nie pojawiły się przypadkowo. W minioną niedzielę, 22 lipca, na tarnowskim Rynku byłem świadkiem właśnie takiej sceny, ale widziałem ją na żywo, nie na ekranie telewizora. Pierwsze rzędy podczas koncertu zespołu Papa D. należały do pań, których dzieci kończą szkołę podstawową, wpatrzonych w lidera grupy, Pawła Stasiaka, niczym w obrazek i śpiewających niemalże słowo w słowo teksty kolejnych piosnek. Obyło się tylko bez dotykania pupy. Chociaż gdyby scena nie była wysoka, a barierka nie oddzielałaby zespołu od ludzi, to kto wie… Nie piszę tego, żeby kpić z publiczności, formacji Papa D. lub mody na brzmienie modne w latach osiemdziesiątych. Za dziesięć-piątnaście lat z sentymentu sam będę chodził na koncerty wykonawców, na muzyce których dorastałem. Ot, po prostu takie skojarzenie, a sytuacja sama w sobie wydała mi się dość pocieszna.

Papa D. na dzień dobry zagrali „Królową fal”. Część publiczności już wtedy poczuła synthpopowy klimat sprzed trzech dekad, jednak kiedy kilkanaście minut później zabrzmiały bodaj największe przeboje w dorobku grupy oryginalnie występującej pod nazwą Papa Dance, czyli „O-la-la”, „Nasz Disneyland” i „Maxi singiel”, kupieni byli już praktycznie wszyscy. „Kamikadze wróć” i „Panorama Tatr” okazały się w zasadzie tylko dopełnieniem nirwany, jaką przeżywały wspomniane w akapicie wcześniejszym panie. Muzycznie do przewidzenia: plastikowo, popowo, wszystko rodem z ejtis. Co kto lubi.

Koncert Maryli Rodowicz również był swego rodzaju powrotem do przeszłości, chociaż o konkretnym pokoleniu trudno już tutaj mówić. Piosenki, takie jak „Małgośka”, „Kolorowe jarmarki”, „Szparka sekretarka”, „Ale to już było”, „Łatwopalni”, „Niech żyje bal” i „Ech, mała”, znają zarówno przedstawiciele mojego pokolenia, pokolenia moich rodziców, o seniorach już nie wspominając. Trudno się więc dziwić, że występ ten przyciągnął na tarnowski Rynek publiczność w naprawdę różnym wieku. Śpiewom i wspólnej zabawie nie było końca. Rodowicz rozpoczęła od „Kasy i seksu”, kierując następnie pytanie do osób zebranych pod sceną o tytuły numerów, jakie ma wykonać. – Zaśpiewam, co będziecie chcieli – powiedziała z pełną powagą. Przypomniało mi to występ piosenkarki, na którym byłem kilka lat temu. Wówczas wszystko wyglądało identycznie: to samo pytanie na początku i niemalże koncert życzeń. I nawet jeśli całość okazała się dobrze przemyślanym ruchem – bo do przewidzenia było przecież, że głosy z publiczności wykrzyczą tytuły wymienionych wyżej piosenek – to gest i tak został odebrany przez ludzi bardzo pozytywnie, stwarzając atmosferę, jakoby to oni decydowali o kształcie i zawartości setlisty. Szkoda tylko, że w kilku momentach zadziałała zasada inżyniera Mamonia, który twierdził, że podobają mu się tylko te melodie, które już raz słyszał. To pewnie dlatego w chwili wykonywania przez Marylę Rodowicz utworów z ubiegłorocznej płyty („W sumie nie jest źle”, „Rumba o gitarze”), kończyło się wspólne śpiewanie, a tłum przestawał żywo reagować na to, co działo się na scenie. Przekleństwo bycia gwiazdą i posiadania w repertuarze hitów – kiedy zagrasz coś innego, nagle większość przestaje uczestniczyć w koncercie.

I jeszcze jedna sprawa. Doniesienia o coraz mniejszej energii płynącej ze sceny podczas koncertów Maryli Rodowicz są kłamstwem. Owszem, wokalistka nie ma już dwudziestu lat, pomiędzy piosenkami pojawiają się przerywniki w postaci gitarowych solówek (na marginesie: ta poświęcona riffom z przebojów gigantów rocka była świetna) i rapującej chórzystki (chociaż słowo „rapująca” jest sporym nadużyciem; mała rada: hip-hop, owszem, jest modny, ale nie wszędzie pasuje), wykorzystywane były przez gwiazdę na złapanie oddechu, niemniej piosenkarka wciąż jest bardziej żywiołowa niż część jej młodszych koleżanek. Dlatego nie wierzcie plotkom. Po prostu idźcie na koncert i przekonajcie się, że ta kobieta ma biologiczny power i moc przekonywania do siebie tłumów.

Oba koncerty była muzycznym finałem czterodniowego festiwalu Tarnów Polskiej Piosenki, w ramach którego wystąpili m.in. Natalia Kukulska, Mateusz Ziółko i Sarsa.

Na koniec, jako swoisty bonus lub PS (jak kto woli), trochę prywaty. Po niedzieli niezwykle szanuję Pawła Stasiaka i Marylę Rodowicz za dwie rzeczy. Wokalista Papa D. używa zwrotu „podnieście ręce do góry”, traktują tym samym swoją publiczność jak ludzie, a nie zwierzęta, które posiadają „łapy” (o czym część wykonawców – szczególnie wywodzących się z kręgów hip-hopowych – niestety zdaje się zapominać). Z kolei piosenkarka po dwugodzinnym koncercie potrafi bez gwiazdorzenia siedzieć przez godzinę i rozdawać autografy. Ba, żeby tylko o same podpisy chodziło. Nic z tych rzeczy! Za każdym razem pada pytanie o imię, a artystka wypisuje na płycie dedykację w formie regułki Dla XYZ, Maryla Rodowicz. Szczerze: podziwiam. Ja na przykład byłbym na to za leniwy. (MAK)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.
Polub blog na Facebooku oraz obserwuj autora na Twitterze.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2018-07-23 by in Relacja and tagged , , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: