AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Sophia Grand Club „4 a.m.”

Pokoleniowa wymiana doświadczeń.

Sophia Grand Club (foto: Adam Lampart/materiały prasowe)

Vitold Rek, legendarny polski kontrabasista, który od dłuższego czasu mieszka po zachodniej stronie Odry, połączył siły z czołówką młodej sceny jazzowej oraz pionierem podkarpackiego rapu. Efektem tej swoistej pokoleniowej wymiany doświadczeń jest nagrany pod szyldem Sophia Grand Club album „4 a.m.” (w dalszej części tekstu pozwolę sobie na używanie skróconej nazwy zespołu: SGC).

Rek jest legendą, o której można napisać wiele, ale najlepiej, aby przemówiły same dokonania (m.in. gra z „Ptaszynem” Wróblewskim i braćmi Mangelsdorffami). Jednak to nie kontrabasista, a Kuba Płużek stanowi o sile napędowej SGC. Młody-gniewny, jeden z najbardziej charyzmatycznych jazzowych pianistów, który w momencie nagrywania „4 a.m.” nie miał nawet trzydziestu lat, odpowiada za cztery z ośmiu kompozycji na płycie oraz jedną współtworzoną razem z Rekiem. Utwory, przy których zanotowano nazwisko pianisty, charakteryzują się swoistą dwubiegunowością: z jednej strony są stonowane i eleganckie, z drugiej – sygnalizują niechęć do podporządkowania się schematom i tradycji. Jestem daleki od stwierdzenia, jakie pojawiło się w innej recenzji[1] jakoby pianista poprzez swoje aktualne wybory rozmieniał się na drobne. Moim zdaniem, właśnie dopiero teraz, dzięki współpracy oscylującej na granicy dwóch gatunków (tj. jazzu i rapu), ma okazję w pełni udowodnić swój kunszt zarówno jako instrumentalista, jak i autor.

Nie zgadzam się także z zarzutem – jaki padł zresztą w tym samym tekście[2] – o „przegadaniu” płyty. Owszem, Bartłomiej Skubisz, który odpowiada za całą warstwę tekstową, jest raperem i jak na rapera przystało ma do powiedzenia nieco więcej niż przeciętna gwiazda muzyki pop, ale nadrzędną cechą „4 a.m” jest koherencja muzyki i tekstu. Przecież na tej płycie pojawiają się też utwory, w których rymowanego słowa praktycznie nie ma (np. „Niedziela. Noc. Miasto.”) lub nie pojawia się ono wcale („Zbigi”, czyli nowa wersja kompozycji Reka sprzed dwudziestu lat okraszona grą smyczkiem na kontrabasie). Do tego Eskaubei – bodaj pierwszy raz w karierze – dokłada do swojego repertuaru spoken word, który na tle jazzowych kompozycji w „Niedzieli. Nocy. Mieście” i „Toaście” sprawdza się wręcz idealnie. W momentach kiedy rzeszowianin sięga po typowy dla rapu warsztat składania rymów (np. „Nadwrażliwość”, „Jakie jest twoje życie?”, „Szukałem. Znalazłem” z przepyszną partią Bartłomieja Prucnala na saksofonie), napisane przez niego zwrotki przeplatane są przez na wskroś jazzowe (lub funkowe – dzięki perkusiście Maxowi Olszewskiemu i Wurlitzerowi Płużka – w przypadku „Jakie jest twoje życie?”) melodie, które ani na moment nie pozwalają zapomnieć, że „4 a.m.” to płyta podporządkowana takiemu graniu i usytuowana na dalekich peryferiach od hip-hopu, jaki gości w świadomości masowego słuchacza. Jedyną kwestią, w jakiej można mieć do Skubiego pretensje, jest ponowne poruszanie tych samych tematów, co na płytach nagranych z kwartetem Nowaka i ostatnich solowych mixtape’ach i epkach (wyalienowanie, bycie idealistą, otrzymanie szansy od środowiska jazzowego i jednoczesne rozczarowanie światem hip-hopu). Aż chciałoby się poprosić od zmianę płyty.

Bez względu na to czy „4 a.m.” okaże się jednorazową akcją, czy też będzie miała w przyszłości swoją kontynuację, z radością należy przyznać, że kolejna próba połączenia jazzu z rapem na polskim gruncie zakończyła się sukcesem. O ile w przypadku współpracy Skubiego z kwartetem Tomka Nowaka mieliśmy do czynienia (szczególnie na drugiej płycie) z bardziej rapowymi formami utworów, o tyle Sophia Grand Club ma w sobie więcej jazzowego pierwiastka, a kompozycje zawarte na albumie zbudowane zostały tak, aby – na jazzową modę – dać szansę zespołowemu graniu, partnerowaniu (mam na myśli chociażby partie Prucnala, który fenomenalnie zgrywa się zarówno z perkusją, jak i słowem mówionym) oraz solówkom. Dzięki takiemu zabiegowi twórcy – w głównej mierze raper i pianista, którzy współtworzą oba składy – unikają zarzutu o powtarzalność, a słuchacze otrzymują wartościową pozycję, obok której wstyd byłoby przejść obojętnie. (MAK)

Sophia Grand Club „4 a.m.”
(2018; Afro Vibe)

[1], [2] Robert Ratajczak, Sophia Grand Club: 4 a.m., na: longplayrecenzje.blox.pl, dostęp: 14.07.2018 r.

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.
Polub blog na Facebooku oraz obserwuj autora na Twitterze.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

One comment on “Recenzja: Sophia Grand Club „4 a.m.”

  1. Karo
    2018-07-27

    Twój blog jest świetny :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d blogerów lubi to: