AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Podsumowanie 2017 roku: Najlepsze zagraniczne płyty (40-31)

Najlepsze zagraniczne płyty 2017 roku, pozycje od 40. do 31.

40. Jesca Hoop „Memories Are Now”
(Sub Pop Records)
Album jest mieszanką piosenek o przerwanej miłości, obawach, zrywanych związkach, duchowości i kwestiach religijnych (Hoop jako nastolatka wychowywała się w tradycyjnej mormońskiej rodzinie), nadziejach oraz wyzwalaniu się z objęć negatywnych emocji i wpływu nieodpowiednich ludzi („Go find some other life to ruin / Let me show you the door” śpiewa w jednym utworze wokalistka, mocno akcentując swoją postawę w tej kwestii). W warstwie muzycznej płyta również jest wyrazem sprzeciwu – tym razem elektronice oraz komputerowej ingerencji w materiał. Wykorzystując akustyczne rozwiązania, wokalistka, jak na artystkę z folkowego nurtu przystało, prezentuje się głównie z gitarą. Dopełnieniem jej głosu – przenikliwego, wzniosłego, momentami przejmującego – w mniejszym stopniu stają się instrumenty perkusyjne, na których gra producent albumu Blake Mills („Unsaid”), elektryczna gitara hawajska („Pegasi”), harmonijka ustna („Cut Connection”) i smyczki („Songs Of Old”).

39. Blondie „Pollinator”
(BMG Rights Management)
Im bliżej końca płyta traci na wartości (mam na myśli trzy ostatnie numery), ale osiem pierwszych piosenek to Blondie, o jakich fani marzyli od dawna: pełni energii („Fun”, „Best Day Ever”), przebojowi („Doom Or Destiny”), sprytnie czerpiący z wzorców cudzych („Fragments” grupy AnUnkindness), ale i sięgający do własnego dorobku (linia gitary basowej z „Long Time” jest niemal wzorcową kopią basu z „Heart Of Glass”). Do tego wszystkiego Debbie Harry i Chris Stein, niczym wampiry, czerpią życiodajną siłę z innych artystów, wykorzystując ich talent do tworzenia przebojów na miarę tych, które mają już na koncie. Mam na myśli chociażby Dave’a Siteka z TV On The Radio, Się oraz brytyjskiego wokalistę tworzącego jako Blood Orange, którzy są współautorami kilku piosenek. To w zasadzie im należą się największe słowa uznania, ponieważ dzięki ich staraniom Blondie wrócili do korzeni i poziomu, jaki prezentowali wcześniej. Dobra płyta, której medialna promocja połączona została z nagłośnieniem kampanii na rzecz ochrony pszczół. Gest zasługujący na osobną pochwałę, ale bez znaczenia przy ocenie kwestii muzycznych.

38. Ragnar Ólafsson „Urges”
(Stef/Borówka Music)
„Urges” to materiał, który nie odbiega od wyobrażenia, jakie o muzyce rodem z Islandii posiada wielu mieszkańców Polski. Jest melancholijnie, spokojnie, momentami nawet depresyjnie i smutno. Brzmienie, owszem, wpisuje się w pewien schemat, ale nie przeszkadza to w docenieniu artystycznej klasy Ragnara Ólafssona. Jego pierwszy solowy krążek nie wprowadzi rewolucji do nadwiślańskiego myślenia o islandzkiej kulturze, z pewnością jednak zachęci do kontynuowania przygody i odkrywania kolejnych muzycznych perełek rodem z wyspy gejzerów. [Recenzja]

37. Holly Redford Jones „The Future EP”
(wydanie własne)
„The Future EP” to mieszanka songwritingu, folku i jazzu. Początek pierwszej piosenki („Trainspotting”) być może nie zachwyca (dość oklepane połączenie gry na gitarze akustycznej i wokalu), jednak w dalszej części wszystko zaczyna się zmieniać. Już wspomniany pierwszy utwór rozwija się w dobrym kierunku (dołączają druga gitara i perkusja, dzięki czemu klimat numeru staje się bardzie dynamiczny). Słychać to również w pozostałych kawałkach, gdzie – być może z wyjątkiem tytułowego „The Future”, gdzie od początku energia utrzymuje się na podobnym poziomie – pomysł zróżnicowanego wstępu i innego ciągu dalszych zostaje powielony. „One Of Them Things” sygnalizuje początkowo jazzową balladę, by za chwilę rozbłysnąć swingiem (nawiasem mówiąc: ciekawa solowa partia saksofonu, która wprowadza spore urozmaicenie), a kończący wszystko „Hold Out” również im bliżej drugiej minuty, tym bardziej nabiera brzmieniowego wyrazu. Myślę, że tytuł epki nie był przypadkowy – tutaj wszystko nastawione jest na akcent przyszłościowy.

36. Tinariwen „Elwan”
(Wedge/Anti- Records)
Tinariwen to grupa, która na muzycznej scenie obecna jest od dość dawna, bo od końca lat siedemdziesiątych. Szczególnie ostatnie lata aktywności artystów z Mali pozwoliły słuchaczom poznać tę formacją lepiej. Twórczość zespołu nie zmienia się wprawdzie na kolejnych płytach, na pewno jednak nie jest wtórna, oparta na zbyt natrętnej powtarzalności i nachalnym schemacie. Owszem, to cały czas blues z elementami muzyki malijskiej, być może dla osób osłuchanych w takich klimatach – nazbyt wykorzystujący dobrze znane brzmienia, jednak przy tym wszystkim cały czas stanowiący interesującą propozycją zarówno dla laików, jak i wytrawnych słuchaczy pustynnych melodii. Bo nikt chyba nie zaprzeczy, że ci panowie w turbanach potrafią zgrabnie poruszać się w tak zwanym desert rocku („Imidiwan n-akull-in”), funku („Assawt”) i folkowej muzyce noszącej posmak akustycznej gitary („Nizzagh ljbal”).

35. Matthew Shipp Quartet „Not Bound”
(For Tune)
Jeśli ktoś w 2017 roku planował zamach na rekord pod względem wydanych płyt, to na pewno tym kimś był Matthew Shipp. Wierzcie lub nie, ale w samej pierwszej połowie roku (tj. do premiery „Not Bound”) ukazały się cztery albumy ze znacznym udziałem tego amerykańskiego pianisty. „Not Bound” to materiał nagrany wspólnie z muzykami, z którymi Shipp miał okazję współpracować już wielokrotnie. Przekłada się to na niecałe sześćdziesiąt minut niezwykle poukładanej i płynnej gry, której dobre zrozumienie sekcji rytmicznej z dęciakami i klawiszami wygląda niemal na automatyczne. Muzycy zasłużeni dla amerykańskiej sceny free jazzowej tym razem nie bawią się w zbytnie eksperymenty. Grają może bez fajerwerków i zaskoczenia, ale na tyle zgrabnie i ciekawie, aby niemal bez wahania odtworzyć ich płytę raz jeszcze.

34. Syd „Fin”
(Columbia Records)
Po płytach nagranych z zespołem The Internet i kolektywem Odd Future, wokalistka Syd zdecydowała się zaprezentować album solowy. „Fin” zaskakuje i chociaż nie jest w stu procentach tym samym, z czego Syd do tej pory słynęła, okazuje się ciekawą propozycją dla fanów tak zwanej czarnej muzyki. Mająca premierę na początku 2017 roku płyta, to dwanaście utworów utrzymanych w stylistyce neo solu, trapu i współczesnego r&b. Dwudziestokilkuletnia wokalistka prezentuje siebie w odsłonie spokojniejszej, bardziej zmysłowej i przede wszystkim dojrzalszej. Na debiutanckim krążku Syd zrywa z łatką niegrzecznej chłopczycy, pokazując wreszcie w stu procentach na co ją stać. Do tej pory schowana gdzieś za plecami kolegów raperów, teraz z lekkością i spokojem serwuje balladowe utwory („Body”, „Know”) oraz duszne trapowe numery (singlowy „All About Me” oraz „Dollar Bills”). Z muzyczną gracją, wokalnym wdziękiem i brzmieniowym wyczuciem.

33. Dams Of The West „Youngish American”
(30th Century Records)
Płyta „Youngish American” to materiał zaangażowany w kwestii liryki oraz mogący podobać się pod względem muzycznym. Tomson porusza tematy dotyczące amerykańskich obywateli, przedstawicieli pokolenia, które nie zdążyło się jeszcze zestarzeć, ale tak zwane dorosłe życie (obowiązki, dzieci, kredyty) mocno dało mu się we znaki. Rutyna, zachłyśnięcie się konsumpcją, która opanowała społeczeństwo, wszystkie pułapki współczesnych trendów, a nade wszystko pytanie o kondycję dzisiejszej Ameryki i osób w niej mieszkających (mocne słowa „When I drink a Bud Light do I love America? / Or only when there’s a flag on the can?” otwierające utwór „Flag On The Can”) – to tylko czubek góry, którą artysta chce wstrząsnąć. Muzycznie płycie „Youngish American” jest dość blisko do materiału kolegi Tomsona z Vampire Weekend, Chrisa Baio („The Names”, 2015). Mam na myśli przede wszystkim sposób operowania perkusją, jej tempem i łamaniem niektórych fraz. Różnica polega jednak na tym, że Baio osiągnął ten efekt przy użyciu większej ilości elektroniki, Tomson sięgnął z kolei po wpływy post punka i stylistyki new wave.

32. Khalid „American Teen”
(RCA Records)
Niespełna dwudziestoletni Teksańczyk debiutuje studyjnym albumem zatytułowanym „American Teen” i, o ho ho, jaki to jest dobry debiut! Być może trochę niedojrzały tekstowo (prezentujący spojrzenie na świat z perspektywy amerykańskiego nastolatka, którego trzymają się jeszcze głupoty, ale mającego marzenia jak typowy young dumb high school kid, których nie brakuje pod każdą szerokością geograficzną), ale jakże pięknie zaśpiewany i zagrany. „Amercian Teen” to płyta r&b z wieloma odwołaniami do soulu i radiowego popu, gdzie obok ballady „Angels” żywcem wyjętej z wczesnych płyt Johna Legenda, przewijają się także takie utwory, jak powielający schematy z komercyjnych playlist „Keep Me” oraz „8TEEN” – nieco zabawna piosenka młodego buntownika, który szuka sposobu wyzwolenia się spod nadmiernej opieki rodziców, posiadająca wszystko, aby stać się hitem tegorocznego lata. Nawet jeśli pojawiają się słabsze momenty („Cold Blooded”, „Winter”), Khalid jest się w stanie obronić świetnym wokalem – miękkim, otulającym i pieszczącym uszy. Nominacja do BBC Sounf of w pełni zasłużona.

31. Mura Masa „Mura Masa”
(Polydor Records)
Mura Masa (nominowany do głównej nagrody plebiscytu BBC Sound of 2016) kilka lata temu pozytywnie wpłynął na odbiorców epką, teraz ponownie ma okazję posłuchać ochów i achów na temat swojej muzyki. Imienny longplay to przede wszystkim dobrze przemyślany produkt, który z powodzeniem znajdzie oddane grono odbiorców. Nie chcę, aby zabrzmiało to tak, jakby „Mura Masa” było płytą nastawioną na komercyjność, ale radiowy sznyt kilku numerów (chociażby singlowego „1 Night” z Charli XCX) jest dość łatwy do rozszyfrowania. Do tego tegoroczna ulubienica recenzentów NAO („Friefly”) oraz zaskakujący in plus Jamie Lidell (mający swoje korzenie w funku „Nothing Else!”) sprawiają, że debiutancki album producenta z Guernsey ma szansę wywindować jego ksywkę na czołowe miejsca list przebojów. Warto dodać, że „Mura Masa” to również zestaw bardzo wakacyjnych i klubowych numerów, które być może znajdą jeszcze zastosowanie na kilku imprezach w nowym roku.

*** *** *** ***

Najlepsze zagraniczne płyty 2017 roku: 30-21
Najlepsze zagraniczne płyty 2017 roku: 20-11
Najlepsze zagraniczne płyty 2017 roku: 10-1

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.
Polub blog na Facebooku oraz obserwuj autora na Twitterze.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d blogerów lubi to: