AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #394: Przypomnij sobie przed szóstą edycją Rzeszów Jazz Festiwalu

Przegląd płyt wybranych wykonawców, jacy wystąpią na tegorocznym Rzeszów Jazz Festiwalu.

Jazzpospolita „Humanizm”
(2017; Postpost)
Obcując z albumem „Humanizm” ma się wrażenie dużej harmonii i dokładania kolejnych dźwięków w sposób niezwykle wyważony. W przypadku zaprezentowanych kompozycji żadna partia solowa nie przytłacza, a to, co ostatecznie znalazło się na płycie, wabi niezwykle ciepłymi melodiami. Sami muzycy komplementują w tym miejscu XIX-wieczny dworek w Nieborzynie, który na krótki czas przekształcili w swoje studio nagraniowe. Klimat tej przestrzeni, sposób rejestrowania utworów (polegający na ograniczeniu studyjnych poprawek i użyciu taśmy magnetofonowej), wykorzystane instrumentarium (Fender Rhodes, Nord Stage) oraz wiedza realizatora Jacka Trzeszczyńksiego sprawiły, że „Humanizm” cechuje analogowe i naturalne brzmienie oraz jego wysoka jakość. [czytaj całość]

Pink Freud „Horse & Power”
(2012; Universal Music)
Grupa Pink Freud nie ogląda się na innych, nie zraża narzekaniem skostniałych fanów jazzu sprzed epoki „saksofonu łupanego”. Mazolewski i spółka wychodzą poza schematy i ramy. Granice? Jazz przecież nie ma granic! „Horse & Power” to dalej muzyka z przytupem, punkową energią i fantazją. Otwierająca całość „Konichiwa”, w której główne role grają Tomasz Duda (saksofon) i Adam Milwiw-Baron (trąbka), może i zaskakuje spokojem oraz nastrojowością, jednak jest to przysłowiowa cisza przed burzą. Później muzycy idą na całość (z małą przerwą na złapanie oddechu w postaci szóstej w kolejności kompozycji „G-Spot”), czego kulminacyjnym punktem jest utwór tytułowy – trwający co prawda tylko półtorej minuty, lecz naładowany po brzegi funkowo-punkowo-free jazzowym wariactwem. Zdecydowanie jedna z ciekawszych polskich płyt 2012 roku.

Marek Napiórkowski „WAW-NYC”
(2017; Agora)
Polsko-amerykańsko-kubańska współpraca, której owocem jest płyta ilustrująca najlepsze przejawy współczesnego improwizowanego jazzu. Marek Napiórkowski z dobrze znanym szacunkiem dla dźwięków, skomponował materiał niezwykle interesujący. To banalne określenie powtarzamy niemal zawsze przy okazji premier nowych albumów sygnowanych nazwiskiem gitarzysty, ale tak właśnie jest. Na przestrzeni siedmiu utworów muzycy dali radę zawrzeć europejską harmonię (singlowy „The Way”), amerykański przepych („Quantum Walk”, „Joyful Souls”) i kubański vibe przejawiający się niezwykłą rytmiką poszczególnych numerów. Napiórkowski, podobnie jak miało to miejsce w przeszłości, nie boi się sięgnąć po balladowe tempo (świetny, chociaż krótki jak na jazz utwór „Therese Dreaming”) oraz nieco szybsze melodie nawiązujące do jazz-rockowej stylistyki, które w sytuacji koncertowej będą okazją do improwizacyjnych popisów muzyków. Aha! Fani solówek nie powinni czuć się zawiedzeni – jest ich sporo, ale balans został zachowany, dzięki czemu słuchacz nie powinien odczuwać nieprzyjemnego przytłoczenia.

Marek Napiórkowski Trio „KonKubiNap”
(2011; Universal Music)
„KonKubiNap” to propozycja z 2011 roku sygnowana nazwiskiem Marka Napiórkowskiego nagrana we współpracy z Cezarym Konradem (perkusja) i Robertem Kubiszynem (gitara basowa). Jest to pierwsza płyta live w dorobku gitarzysty, a trzecia w ogóle. Słychać zmianę: w stosunku do poprzednich albumów materiał jest bardziej energetyczny i elektryczny, jednak nie można uznać tego za duże zaskoczenie. Napiórkowski w takim repertuarze sprawdza się bardzo dobrze, czego dowodem koncerty (solowe oraz z innymi zespołami, jak chociażby z Henrykiem Miśkiewiczem i jego projektem „Full Drive”). Oprócz autorskich kompozycji Napiórkowskiego („Mill”, „Vietato Fumare”, „Miro”, „Wciąż się śnisz”) i Konrada („Allan”, „Wojtek”), na albumie pojawiają się także utwory innych wykonawców: Johna Coltrane’a („Giant Steps”) i Jaco Pastoriusa („Havona”). Tylko Robert Kubiszyn w tym muzycznym zamieszaniu nam się zagubił. Na płycie późno szukać jego autorskich kompozycji, gitara basowa również trochę zepchnięta została na plan drugi, a szkoda, bo to, że dobry z niego „zawodnik” przekonać mogliśmy się już nie jeden raz.

Wojtek Mazolewski Quintet „Polk”
(2014; Agora)
Wojtek Mazolewski jest liderem z prawdziwego zdarzenia. Kreuje muzyczną sytuację, ale nie stawia siebie na pierwszym planie. Chociaż to jego nazwisko widnieje w nazwie kwintetu, nie pozwala na to, aby ktoś z członków zespołu został pominięty. Tutaj każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut. Sekcja dęta (trąbka, saksofon) dominuje przez większość czasu, a perkusja i klawisze wskazują brzmieniową drogę, którą podążać ma reszta. „Polka” to płyta przypominająca po trosze debiutancki materiał (spokojny, bardziej wyważony) i po trosze płytę „Wojtek w Czechosłowacji” – pełną słonecznego vibe’u i letniej energii. Trzecia pozycja w dorobku zespołu to wypadkowa tych stylistyk, dobrze zagrana zarówno w przypadku utworów autorskich, jak i coverów (tych na płycie znajdziemy trzy). „Polka” to także swego rodzaju wycieczka trupy Mazolewskiego po różnych miejscach rozrzuconych po całym świecie: od rodzinnego Gdańska, przez Rzym i Paryż, aż po daleki Bangkok. Muzyczne impresje są przykładem wspomnień, ale i nutowym zapisem dziennika podróży pełnego fraz, których nie powstydziłby się nawet Evelyn Waugh i Ryszard Kapuściński.

Wojtek Mazolewski Quintet „London​/​Theme De Yoyo SP”
(2017; Lanquidity Records)
Nie wiem czy to przejaw geograficznego fetyszu lub po prostu upodobanie, ale Wojtek Mazolewski kolejną swoją kompozycję poświęca miastu. Wcześniej były to między innymi Gdańsk, Paryż i Berlin, teraz przyszedł czas na brytyjską stolicę. „Londyn” to jeden z dwóch utworów, jakie znalazły się na wydanym końcem marca singlu kwintetu basisty. Podzielony na trzy części: spokojne solowe wprowadzenie Mazolewskiego oraz dwie energiczne partie zespołowe. Wielowarstwowy numer przesiąknięty – zupełnie jak Londyn – różnorodnością (niezła perkusja i trochę przewidywalna, ale pasująca do wszystkiego linia saksofonu) oraz free jazzową stylistyką. Strona B to z kolei „Theme De Yoyo” z repertuaru Art Ensemble Of Chicago – kompozycja pochodząca z wydanego w 1970 roku albumu „Les Stances A Sophie”, który był również ścieżką dźwiękową do filmu pod tym samym tytułem. Propozycja polskiej grupy to oczywiście mniej lub bardziej swobodna przeróbka oryginału, zachowująca co prawda charakterystyczną linię dęciaków, ale dzięki odpuszczeniu udziału wokalu (pierwotna wersja zawiera głos Fontelli Bass), skrócona i bardziej skondensowana. Ma to moc, której oczekiwałem po grupie Mazolewskiego.

Pełny program tegorocznej edycji Rzeszów Jazz Festiwalu, który rozpocznie się 12 listopada, sprawdzić można tutaj. Blog AxunArts jest jednym z patronów medialnych wydarzenia. (MAK)

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: