AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Wywiad: Tymon Tymański – „Jestem realistą, który chce patrzeć na świat przez różowe okulary”

Tymon Tymański o płycie „Zatrzymaj wojnę!”, „Białym Albumie” zespołu The Beatles oraz sytuacji polityczno-społecznej w Polsce.

Na ostatniej płycie Tymon Tymański nawoływał do „zatrzymania wojny w swojej głowie”, jednak dzisiaj cały czas trawią go obawy, że wszystko i tak może pójść w złym kierunku. Teraz, dla odmiany, postanowił sięgnąć po najbardziej niedocenioną płytę w dorobku grupy The Beatles, którą planuje nagrać z czołowymi wokalistami krajowej sceny. W udzielonym wywiadzie trójmiejski muzyk mówi też dlaczego „Biały Album” to dla niego ważny krążek, czy popularność jest mu pisana oraz na tworzenie jakich piosenek ma teraz ochotę.

*** *** *** *** ***

Tymon Tymański (foto: Michał Biliński/materiały prasowe)

Mateusz Kołodziej: The Beatles to faktycznie najlepsza grupa w historii muzyki?
Tymon Tymański: Dla mnie tak, ale nie jestem historykiem muzyki i mam świadomość, że to moja subiektywna ocena. Chociaż znalazłoby się parę dowodów na jej potwierdzenie.

Co konkretnie?
Na przykład to, że powstało o nich dużo książek. Można nazwać to masową histerią lub masturbacją nad zespołem czterech zdolnych facetów, ale ogromne zainteresowanie ich twórczością tyle lat po tym, jak zakończyli działalność, jest dla mnie dowodem na to, że mamy do czynienia z najlepszą grupą w historii. Poza tym razem z Beatlesami dojrzała cała popkultura. Przecież oni zaczęli jako boys band, a skończył jako zespół brodatych artystów. Na taką zmianę – wizerunkową i światopoglądową – wystarczyło kilka lat.

Niebywałe jest również to, że w składzie jednego zespołu znalazło się trzech bardzo zdolnych songwriterów, do tego dwóch, którzy świetnie śpiewali. Przecież taka rzecz nigdy w historii nie miała już miejsca! Do tego dochodzi sprzedaż płyt, bardzo dużo hitów numer jeden na najważniejszych listach przebojów po obu stronach oceanu, czyli w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Elvis Presley czy Michael Jackson byli blisko tych rekordowych osiągnięć, jednak to The Beatles wciąż są na szczycie.

Skąd pomysł, aby sięgnąć po „Biały Album”? Chodzi tylko o przyszłoroczną pięćdziesiątą rocznicę premiery, czy też stoi za tym coś jeszcze?
Nie chodzi tylko o rocznicę premiery, chociaż niewątpliwie miało to wpływ na podjęcie działań, które mają teraz miejsce. Przede wszystkim dla mnie to bardzo ważna płyta. Duży wpływ na to miały sesje radiowe Piotra Metza i Jerzego Janiszewskiego. W trakcie kilku z nich puszczali oni po pół strony tej płyty. Wcześniej album znałem tylko wyrywkowo. Takie były czasy, że mało kto posiadał całe płyty. Znaliśmy wybrane piosenki, ale zaznaczyć trzeba, że te numery nie były emitowane w radiu. Kiedy Metz i Janiszewski zaczęli prezentować taką muzykę, co więcej puszczali płyty praktycznie od a do zet, to było duże wydarzenie. Miałem wtedy 12-13 lat. Tamte audycje były dla mnie muzycznymi inicjacjami.

Mówisz, że „The White Album” to dla Ciebie ważna płyta. Jakie są inne tytuły z dyskografii Beatlesów, które wywarły na Tobie wrażenie?
„A Hard Day’s Night” jest pierwszą płytą, na której pojawiają się wyłącznie autorskie numery członków The Beatles, dlatego uważam, że to istotny tytuł. Kolejnym ważnym albumem jest „Rubber Soul”, gdzie brzmienie jest bardzo amerykańskie, a gitary brzmią bardzo Dylanowsko. Dwie strony praktycznie samych przebojów. Rok później, dla odmiany, ukazał się album „Revolver”, czyli pierwszy offowy materiał w dorobku zespołu. Pomimo tego brzmieniowego brudu, płyta też okazała się przebojem. Jest dla mnie demonstracją talentu i siły grupy, w której każdy jej członek pisze świetne numery. Bezwzględnie miała ogromny wpływ na to, co później robiły takie kapele jak Nirvana, Oasis i The Smashing Pumpkins. Następnie szczyt kariery – „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Arcydzieło. Teksty traktują wprawdzie o miłości, ale płyta jest totalnie przekręcona i kwasowa. Beatlesi idealnie wstrzelili się w tamten czas, w tzw. lato miłości. Byli na czasie, na fali i… zaczęła się obniżka formy.

I tym samym dochodzimy do „Białego Albumu”, który końcem lat sześćdziesiątych przez krytyków i recenzentów nie był oceniany zbyt dobrze. Co więcej, nawet dzisiaj zwykło się mówić, że to najgorsza płyta w dorobku Wielkiej Czwórki.
„Biały Album” jest trochę sierocą płytą. The Beatles mieli potencjał, aby zrobić kolejną dobrą płytę, ale kilka kwestii złożyło się na odmienny rezultat. Po pierwsze, zmarł Brian Epstein (menadżer grupy – przyp. MK). Można powiedzieć, że zespół został bez ojca i dzieci trochę się pogubiły. Muzycy wyjechali do Indii do Rishikeshu, co nie było jeszcze takie złe, bo zaowocowało zestawem świetnych piosenek. Ostatecznie coś się jednak popsuło i do Europy wrócili osobno. Pojawiły się niesnaski, atmosfera rozwodu. Do tego wszystkiego był kłopot z producentem. George Martin i Geoff Emericki uciekali z tej trudnej sesji, a piosenki były miksowane przez kilka osób, co miało niewątpliwie wpływ na ostateczny kształt płyty. Muzycy nagrywali utwory w różnych studiach, robili to złośliwie i przeciwko sobie. Plus całej sytuacji był jeden – okazało się, że każdy z nich jest na tyle utalentowany, że potrafi nagrać ciekawą muzykę samodzielnie, bez udziału reszty zespołu.

Po co więc zabierać się za granie utworów z takiej płyty?
Ponieważ „Biały Album” jest dla mnie kopalnią inspiracji. Może dzięki temu, że jest trochę nieudany, można podejść do niego od tyłu i zrobić go jeszcze raz. Plan jest taki, aby piosenki nagrać z zespołem i szanownymi gośćmi, którzy dzisiaj mieli okazję wystąpić na koncercie (Natalia Grosiak, Natalia Przybysz, Krzysztof Zalewski – przyp. MK) i wydać je w przyszłym roku. Poza tym nie będziemy przecież zabierać się za płyty młodzieńcze, a takie albumy jak na przykład „Sierżant Pieprz” są niepodrabialne, więc trudno byłoby się z nim mierzyć.

Piosenki z „Białego Albumu” sprawdzą się w XXI wieku?
Ta płyta jest trochę od Sasa do Lasa, powiedziałbym nawet, że taka dzisiejsza. Żyjemy w czasach, kiedy słuchasz wszystkiego. Jak sięgasz po metal, to nie tylko po Meshuggah, bo się znudzisz po trzech numerach. Nie słuchasz też tylko Nirvany, bo idzie się totalnie zdołować – chyba, że masz akurat na to klimat, wtedy OK. Ludzie starają się dzisiaj sięgać po różne style i taki jest trochę „Biały Album” – różnorodny muzycznie.

Trzeba też pamiętać, że sięgając po „The White Album” odświeżasz materiał, który zapisał się w historii świata, jako inspiracja dla zbrodni. Charles Manson niewłaściwie zinterpretował kilka piosenek, co przyczyniło się do pogłębienia jego morderczych zapędów.
Przekleństwem Beatlesów była popularność. Grupa miała problem z czymś, co ja nazywam trzema demonami. Są nimi władza, sława i kasa. Jeśli masz takie marzenie, jakie miał Lennon – aby stać się bardzo bogatym – które w końcu się spełnia, to licz się z tym, że komuś może się to nie spodobać. W tamtym czasie wszyscy patrzyli na Beatlesów jak na ostatnie słowo zen. Od pewnego momentu ludzie uważali, że za każdym razem tych czterech gości będzie robić coś lepszego i jeszcze lepszego. To była ogromna presja. Lennon i Harris mieli tego dość. Płyta „Let It Be” była celowo spieprzona, żeby ludzie dali im święty spokój.

Wrócę do kwestii Mansona. To, co się wtedy stało, to są sprawy, których jako twórca nie możesz przewidzieć. Człowiek chce dobrze, ale w pewnym momencie osiąga taką popularność, że trójca, o której wspomniałem – władza, sława, kasa – staje się demonem, nad którym nie potrafisz zapanować. Czasami działa on destrukcyjnie na innych, czego dowodem jest Manson, czasami na nas samych. Myślę, że dobrymi przykładami będą Kurt Cobain, Whitney Houston, Michael Jackson, Elvis Presley, a nawet Bruce Lee, który był świetnym facetem, ale zabił go jego własny perfekcjonizm. Obsesja bycia najlepszym – to problem, którego ludzie nie znali przed Beatlemanią. Od „Białego Albumu” mamy świadomość, że obcujemy z ludźmi, którzy też się mylą. To jest przecież urocze! Oni nie przestali być wybitnymi muzykami, po prostu też mieli swoje słabości.

Tymon Tymański (foto: Silar / CC BY-SA 4.0 / Wikimedia Commons)

Padło kilka zdań o popularności, także o jej nieznośnej stronie. Czy Tymon Tymański jest popularnym artystą z tzw. mainstreamu, czy wciąż pozostaje w undergroundzie?
Pewnie ludzie, którzy działają w prawdziwym undergroundzie, obraziliby się gdybym powiedział, że w nim jestem. Zdecydowanie jest mi bliżej do alternatywny niż tego wszystkiego, co zwykliśmy nazywać mainstreamem. Mam poczucie tego, że jestem artystą marginalnym.

„Umiejętnie ucieka od wielkiej kariery po to, żeby spokojnie realizować swoje wewnętrzne cele” – tak w ubiegłym roku powiedział o Tobie Leszek Możdżer w wywiadzie udzielonym portalowi jazzsoul.pl, kiedy został zapytany o inne ścieżki kariery, jakie w pewnym momencie przybrały Wasze artystyczne życia.
Leszek jest moim przyjacielem i chyba chciał mi tutaj posłodzić. Wielka kariera nie jest mi dana, ale ja też jej nie chcę. Jako dwudziestolatek myślałem inaczej i pewnie wtedy dałbym sobie z nią radę, ale dzisiaj już jej nie potrzebuję. Nie mam na to parcia. Oczywiście, jeśli zdarzyłoby się tak, że ktoś odkryłby moją muzykę w Stanach lub w Europie Zachodniej i powiedziałby na przykład, że jestem polskim Tomem Waitsem, byłoby mi bardzo miło. Bez wielkiej kariery żyje mi się jednak dobrze. Mam kochającą rodzinę i własne studio nagraniowe, które sprawia, że nie jestem od nikogo zależny. Posiadam też coś, co zwykliśmy nazywać życiem wewnętrznym. W moim przypadku polega ono na przykład na medytacji i ćwiczeniu karate, dzięki któremu kształtuję swój charakter.

Jednak był taki moment, kiedy Twoja osoba pojawiała się w mediach, takich jak radio czy telewizja, chociaż nie zawsze w kontekście muzyki, jaką nagrywałeś.
W mediach zacząłem pracować jakieś dziesięć lat temu – w Jedynce i Dwójce, jak jeszcze nie były to stacje reżimowe. Później związałem się z Rock Radiem. Byłem też jurorem w „Must Be The Music. Tylko muzyka”. Było to bardzo dobre doświadczenie. Nie ukrywam, że dzięki takim kontraktom zarobiłem trochę pieniędzy, które zainwestowałem we wspomniane wcześniej studio, trochę zabezpieczyłem rodzinę. Przestałem się też wtedy przejmować, że nie idzie mi muzycznie tak, jakbym może tego chciał.

Może problemem jest krajowy rynek?
Polska to jest rynek dziki i płytki. Gdybyśmy mieli dostęp do funkcjonowania np. na wspólnym rynku fonograficznym polsko-czesko-rosyjskim, nazwijmy go roboczo „słowiańskim”, byłoby fajnie. Problemem jest też to, że jesteśmy – i jako twórcy, i jako odbiorcy – zamknięci w enklawach. Przykładowo reggae jest tylko dla rastafarian, blues dla odbiorców bluesa. Rynek zachodni, ten anglojęzyczny, jest zupełnie inny. Jeśli dobrze śpiewasz po angielsku, robisz to w zachodnim stylu, to możesz być jak ABBA lub Roxette ze Szwecji, a i tak czeka cię międzynarodowa kariera.

Sugerujesz, że jako twórcy jesteśmy o krok za resztą Europy lub świata?
Cały czas jesteśmy trochę do tyłu, ale też nie ma co załamywać rąk i płakać. Jestem dumny z polskiej muzyki, chociaż dojrzała jakieś dwadzieścia lat później w stosunku do tego, co działo się na tzw. Zachodzie. Boom rockowy mieliśmy przecież dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy do głosu doszły takie kapele jak Republika, Klaus Mitffoch, Brygada Kryzys czy Tilt. Dzisiaj polska muzyka bardzo się rozwinęła i próbuje gonić za trendami wyznaczanymi przez zagranicznych artystów. Przykład Margaret, która śpiewa po angielsku – to nie jest mój klimat, ale doceniam, że robi to właśnie w taki sposób. Podobnie Krzysztof Zalewski, Monika Brodka, Tomasz Organek, Artur Rojek – oni wszyscy tworzą ambitne projekty. Daje się odczuć, że jako artyści mają talent, słuchają tego, co dzieje się poza polską sceną i nie boją się eksperymentować. Ale – i tutaj wracam do tego, co mówiłem wcześniej – rynek jest za mały. Nikt z nich nie zrobi tutaj kariery, jak ich rówieśnicy na Zachodzie. Jeszcze gorzej mają przedstawiciele sceny offowej. Oni są wręcz w totalnej dupie. Nie ma już takich kapel jak Pogodno, Ścianka…

… Transistors i Kury.
Wiesz, zrobiłem teraz taki ruch, że zamknąłem wszystkie dotychczasowe projekty. Na Festiwalu Malta w Poznaniu zagraliśmy ostatni duży koncert z Transistorami. Będzie jeszcze kilka małych, ale oficjalnie przestaliśmy funkcjonować. W tej chwili jestem bez kapeli.

Co więc będziesz robił, kiedy sfinalizujesz nagrania z „Białego Albumu”?
Pracuję jeszcze nad trzema projektami: jazzowym, rockowym i coś a la Kury, ale bardziej wściekłym. Piszę ostatnio dużo tekstów politycznych. Być może nie powinienem, ale to, co dzieje się aktualnie dookoła powoduje, że takie tematy wylewają mi się z głowy. Chcę pokazać innego siebie, a tym samym dać szansę dojrzalszej muzyce.

Do tej pory byłeś niedojrzały, a muzyka nie była aktualna?
Powiedziałbym, że to, co robiłem do tej pory, było z przedwczoraj. Na przykład „Polskie Gówno” zajęło mi kilka lat. Z punktu widzenia tego, kim jestem teraz, to są starocie. Teraz chcę robić rzeczy na czasie, którymi aktualnie żyję jako człowiek i muzyk.

Płytą na czasie jest niewątpliwie „Zatrzymaj wojnę!”. Album, który nie traktuje wyłącznie o konflikcie zbrojnym, ale także wojnie rozumianej jako nieporozumienia pomiędzy ludźmi na tle ideowym, społecznym lub politycznym, czyli wypisz, wymaluj współczesna Polska.
Zawsze zazdrościłem wyrazistej piosenki antywojennej każdemu, kto taką napisał – Johnowi Lennonowi, Bobowi Marleyowi, nawet koledze Spiętemu z Lao Che, który zrobił ładny utwór pod tytułem „Wojenka”. Poza tym jestem świadomym człowiekiem, śledzę wydarzenia na Ukrainie, to, co dzieje się z radykalnym islamem i ISIS. Do tego wszystkiego żyję w Polsce i obserwuję podział naszego społeczeństwa, który zaczął bardzo szybko postępować po Smoleńsku. Ludzie są dla siebie niemili, walczą ze sobą – na razie, na szczęście, jeszcze na argumenty, ale wszystko wskazuje na to, że może to pójść w złym kierunku.

Mam ochotę napisać kilka piosenek antyreżimowych. Chętnie stworzę też takie skierowane przeciwko opozycji, jeśli będę uważał to za stosowne, ale na ten moment jeszcze się wstrzymuję. Cały czas nawołuję do kulturalnego dyskursu, aby wszystko opierało się na zasadzie próby zrozumienia drugiej strony, a nie przybrało formę nawalania się na bejsbole.

Napisałem taką piosenkę „Pislam Pislam…”. Wszyscy, którym o tym powiedziałem, przestrzegają mnie, aby jej nie publikować, bo to jest poniżej… (Tymon robi krótką pauzę – przyp. MK). Może jest, ale jak człowiek śpiewa, to przecież nie strzela. To satyra. Chodzi bardziej o to, aby ludzi zmusić do przemyślenia kilku spraw. Cały czas jednak nawoływałbym obie strony konfliktu do tego, aby trochę hamować, starać się innych zrozumieć i nikogo nie wykluczać – gejów, czarnych, Romów czy zwolenników PiS-u, nikogo.

Ten podział społeczeństwa, o którym wspomniałeś, przeraża mnie najbardziej. Ludzie zawsze mieli rożne zdanie na dany temat, ale dzisiaj przyjmuje to niewłaściwą formę.
Pojawiają się bardzo wojownicze nastroje. Uważam, że trzeba to opanować. Przede wszystkim należy zrozumieć, że po drugiej stronie też są ludzie i nikogo nie można wykluczyć – ani pisowca, ani uchodźcy. Tak sobie myślę teraz, na spokojnie, ale już czytając gazetę dostaję szału.

Całkiem niedawno rozmawiałem ze znajomymi producentami muzyki elektronicznej, których ostatnia twórczość też przyjęła dość mroczną formę. Ja interpretowałem to jako reakcję na obecną sytuację w Polsce i na świecie. Off record padły wtedy słowa dotyczące momentu, który byłby dla nich bodźcem do opuszczenia kraju. Jedną taką sytuacją byłaby przemoc fizyczna na tle politycznym. Myślałeś nad czymś podobnym? Czy taka granica istnieje w Twoim przypadku?
Jestem dosyć mocno przywiązany do Polski. Na podobny temat rozmawiałem ostatnio z Danielem Hertzovem, który śpiewa na płycie „Zatrzymaj wojnę!”. On jest rosyjskim Żydem, który urodził się w Moskwie, ale całe życie mieszkał w Bostonie. Po latach sprowadził się do Polski, ma żonę Polkę. Powiedział mi, że jego żydowskie geny podpowiadają mu, że jeśli będzie działo się naprawdę źle, to trzeba będzie stąd spadać. Chrzanić majątek, mieszkanie, konta bankowe – lepiej się ratować. Ja mam dom rodzinny, jestem z nim związany, długo pracowałem, aby posiadać to wszystko, co mam. Polska to mój kraj. Nie jest tak, że jakoś bardzo mocno się z nim utożsamiam, ale jestem Polakiem i będę tego kraju bronił ideowo. Oczywiście jestem sobie w stanie wyobrazić, że mieszkam na przykład w Nowej Zelandii. Mógłbym tam żyć, znam język angielski, jestem zaradny, dałbym sobie radę. Szkoda mi tylko zrywać z tym, co tutaj mam, z czym się utożsamiam i co lubię. Poza tym taki wyjazd odciąłby mnie od słuchaczy – nielicznych, ale istniejących – którzy szanują to, co robię.

Czyli wyjazd z Polski nie jest przez Ciebie brany pod uwagę?
Nie mówię, że to nie jest możliwe. Jeśli zaczęłaby się w naszym kraju robić Białoruś i do głosu doszłyby opcje reżimowe, to kto wie. Nawet w tym rządzie lub wśród jego sympatyków są już osoby, które mają takie skrajne poglądy. Wiesz, są ludzie tacy jak Wildstein, którym czuję, że chciałbym zaufać, ale są też totalne oszołomy, których wywody powodują, że pojawia się u mnie odruch wstydu za kraj.

Wydaje się, że to ostatni dzwonek, aby przeciwdziałać, aby później nie czuć tego wstydu. Tylko jak przeciwdziałać?
Najlepsze, co możemy w tej chwili zrobić, to działać i patrzeć władzy na ręce. Musimy otwarcie rozmawiać, przekonywać do swoich racji, przedstawiać konkretne argumenty. Wszystko to robić pokojowo. Kiedy jednak szala zacznie przechylać się w stronę tego, co napawa nas dużymi obawami, będzie trzeba wyjść na ulice. Pokazały to dziewczyny w sprawie aborcji. Czarny Protest i to, co działo się wokół niego, szybko usadził panów, którzy postanowili zmienić prawo. Ostatnia sprawa festiwalu w Opolu i sprzeciw środowiska artystycznego też zrobił swoje. Wydarzenia te pokazują, że jest niezgoda ze strony narodu na pewne kwestie. Co prawda sondaże i tak sugerują, że za PiS-em wciąż jest około czterdzieści procent obywateli…

Pytanie: czy sondażom tym można do końca wierzyć? Czy takie badania nie są tendencyjne i nie przeprowadza się ich w określonej grupie ludzi, przez co wynik może być lekko zafałszowany?
Szczerze – nie wiem. Staram się na to patrzeć na spokojnie. Liberalne rządy, które do tej pory działały w Polsce, też zaprzepaściły wiele szans na poprawę kwestii społecznych i gospodarczych. Było dużo poważnych reform, które powinny zostać przeprowadzone, ale politycy bali się w nie angażować – pewnie częściowo z obawy o stołki. Teraz przyszedł PiS, który próbuje wprowadzać swoje reformy, ale robi to z pianą na ustach, bez dialogu ze społeczeństwem. Brakuje nam rządu ekspertów w konkretnych dziedzinach. Dlaczego? Ponieważ nikt nie ma w tym interesu. Wolimy kliki, które przez naście lat dbają tylko o siebie i odchodząc zostawiają kraj biedniejszy. Dla mnie polityka to jest skurwiała przestrzeń. Większość ludzi zajmuje się nią dla kasy, a nie po to, aby zrobić coś dobrego dla kraju.

Starasz się być jednak optymistą, który widzi więcej pozytywów. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.
Jestem subtelnym optymistą. Albo inaczej: jestem realistą, który chce patrzeć na świat przez różowe okulary. Jeśli ktoś mówi mi, że żyjemy w strasznych czasach, to podaję mu przykład przytułku albo domu wariatów sprzed pięciuset lat. Tam dopiero było strasznie! Myślę, że naprawdę dużo zmieniło się na lepsze. Jest równouprawnienie płci, wojna rasowa nie jest już problemem trawiącym współczesną cywilizację.

Postęp faktycznie jest dostrzegalny, ale czy wyeliminujemy kiedyś wojnę?
Myślę, że wojny powoli będą zanikały, ale wymaga to jeszcze trochę czasu, może nawet paru stuleci działalności na rzecz globalnego pokoju. W tej kwestii też jest odczuwalny postęp. Jak pomyślimy sobie o nacjonalizmie lat trzydziestych, to wątpię, żeby taka sytuacja powtórzyła się dzisiaj. Wątpię, żeby ktoś w 2017 roku stwierdził, że pójdzie na wojnę tylko dlatego, że jego dziadek walczył za ojczyznę. Część ludzi będzie miała to w dupie i nie będzie chciała ginąć, ani wysyłać na śmierć swoje dzieci. Dużo ludzi, szczególnie tych starszych, ma przekonanie, że wojna jest straszną rzeczą i nie wolno do niej doprowadzać. Wiem, że część społeczeństwa jest świadoma takich rzeczy, ale to są elity intelektualne.

Z elitami intelektualnymi jest jednak ten problem, że ludzie nie chcą ich słuchać kiedy w kraju czy też na świecie dzieje się względnie dobrze, panuje dobrobyt. Wypowiedzi intelektualistów zaczynamy traktować poważnie dopiero w momencie, kiedy stanie się coś naprawdę złego, przeżyjemy duże nieszczęście i potrzeba nam kogoś, kto wskaże odpowiedni kierunek. Przykład chociażby filozofów po drugiej wojnie światowej, takich jak Albert Camus.
Można zaobserwować taką spiralę ewolucji, która pokazuje, że co jakiś czas faktycznie zbliżamy się do podobnego miejsca, które jest niebezpieczne dla świata. Teraz wchodzimy w okres, kiedy w Polsce jest coraz mniej osób pamiętających wojnę. Młode pokolenie żyje w czasach względnego spokoju i nie ma pojęcia, jak wielkim złem jest otwarty konflikt zbrojny. Wojny w krajach arabskich lub w Afryce powinny być dla nas ostrzeżeniem, żeby nie wywoływać wilka z lasu. Dlatego jeszcze raz powtarzam, że należy pracować nad tym, aby społeczeństwo potrafiło ze sobą rozmawiać i w ten sposób rozwiązywało spory. Edukacja daje siłę, przestajemy bać się czegoś, co do tej pory było nam nieznane. Prawidłowe przedstawienie świata daje świadomość, że nie musimy bać się kogoś z sąsiedniej wioski, kogoś kto ma inny kolor skóry. Nie wiem co będzie działo się za kilkanaście lat, ale mam nadzieję, że chociażby przez śpiewanie o tym, aby wojnę zatrzymać w swojej głowie, dołożyłem cegiełkę do oddalenia ewentualnej burzy.

Rozmowa przeprowadzona 24 czerwca 2017 roku po koncercie w Tarnowie.

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2017-06-28 by in Wywiad and tagged , , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: