AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #369: „Pół życia na żywo”, „Antiphon”, „Six To Six”

Polski raper podsumowuje pół życia na scenie, brytyjski producent flirtuje z jazzem, a wydawnictwo Northside Records wznawia białego kruka z lat siedemdziesiątych.

Tede „Pół życia na żywo”
(2017; Wielkie Joł)
Tede rapował kiedyś, że zapełni warszawski klub Stodoła. Udało się to w grudniu ubiegłego roku. Przy okazji Jacek Graniecki zrealizował marzenie wielu scenicznych wykonawców, czyli dołożył do swojej dyskografii materiał live. Koncert, którego setlistę w większości stanowiły nagrania z ostatnich lat (album na pewno nie jest więc dokładnym „przelotem” przez cały solowy dorobek TDFa), został zarejestrowany i wydany w formie płyty DVD. Wspominam głównie o tym nośniku z jednego istotnego powodu: on jest tutaj ważniejszy. Materiał, który pierwotnie miał ukazać się w porozumieniu z MTV, jako kolejna część kultowej serii „Unplugged”, ostatecznie trafił do sklepów bez pomocy telewizji. O konflikcie i kulisach nieporozumienia ze stacją sam raper mówił w wywiadzie u Artura Rawicza. Temat, wydaje się, Tedzik zakończył ostatecznie na początku płyty, kiedy to padają „serdeczne” pozdrowienia dla wspomnianej firmy. Porzucenie pomysłu wydania krążka przez MTV połowicznie wpłynęło na jego efekt finalny. Ujęcia i realizacja wideo nie ucierpiały na tym wcale. Koncert ogląda się bardzo dobrze. Dynamika poszczególnych kawałków, zbliżenia na wykonawców, zwracanie uwagi widza na szczegóły dziejące się na scenie oraz dobre panoramiczne objęcia wydarzenia oddają możliwie jak najlepiej klimat koncertów granych przez weterana krajowego rapu. Kuleje natomiast wersja audio. Na płycie CD nie znalazły się bowiem, jak można by się tego spodziewać, utwory zarejestrowane podczas koncertu. Zamiast stuprocentowego materiału ze Stodoły, fani otrzymali studyjną wersję kolejnych utworów zarejestrowanych na tzw. setkę w studio w obecności muzyków. Trzeba to powiedzieć głośno: ruchem tym odebrano największą radość z obcowania z materiałem koncertowym, gdzie reakcje publiczności, czasami pojawiające się niedociągnięcia w grze lub małe sceniczne wpadki stanowi esencję tego typu płyt. Pomimo świetnej aranżacji w wykonaniu Sir Micha (saksofon, gitara basowa, klawisz, mięsista perkusja), wersje audio brzmią mało koncertowo. „Pół życia na żywo” wątpliwe jeśli chodzi o kwestię na żywo.

Alfa Mist „Antiphon”
(2017; Pink Bird Recording Co.)
Londyńska scena jazzowa i około jazzowa przeżywa w ostatnim czasie renesans. Wykonawcy, którzy jeszcze do niedawna funkcjonowali tylko w świadomości osób z określonego undergroundowego i klubowego środowiska, zaczynają być rozpoznawalni na coraz większa skalę, a tworzona przez nich muzyka doceniana i pożądana. Przykładem takiej sytuacji jest na pewno klawiszowiec i producent Alfa Mist, którego wydana w 2015 roku płyta „Nocturne EP” okazała się niemałym zaskoczeniem, sprawiając przy okazji, że postać tego brytyjskiego muzyka zyskała na międzynarodowym znaczeniu. Alfa osiągnął kolejny poziom, a wydanego w marcu tego roku albumu „Antiphon” w żadnym wypadku nie można już traktować w formie niespodzianki. Po wielu pozytywnych opiniach na temat epki, longplay był tytułem wyczekiwanym, wobec którego stawiano wysokie wymagania. Alfa Mist i jego zespół nie zawiedli. „Antiphon” to mieszanka jazzowych brzmień, offbeatu i alternatywnego hip-hopu z dodatkiem soulu. Kolejność, w jakiej wymieniłem gatunki, nie jest przypadkowa. Płytę rozpoczyna bowiem dziesięciominutowy, stylizowany na jam session utwór „Keep On”, który zbudowany został na typowym jazzowym schemacie z wieloma partiami odchodzącymi od głównego motywu. Z podobną sytuacją mamy do czynienia jeszcze w równie długim nagraniu „Errors”, które początkowo wita słuchaczy niepokojącą grą na klawiszach, by za moment zmienić klimat na lżejszy ze smyczkami w tle oraz solówkami saksofonu i ponownie klawiszy. Sporo jazzowej improwizacji usłyszymy także w „Nucleus” (plus za trąbkę) i „Kyok”. Rapowe wstawki pojawiają się natomiast w „7th October” (odpowiada za nie sam Alfa Mist i jak na człowieka, który nie zajmuje się tym na co dzień, wychodzi mu to całkiem nieźle). Jeśli dodamy do tego pojawiające się w niektórych momentach zaczerpnięte z hip-hopu pomysły produkcyjne, okazuje się, że źródło to stanowi drugą muzyczną siłę płyty. Soulu jest na „Antiphon” najmniej i szukać należy go przede wszystkim w utworze „Breathe” z gościnnym udziałem wokalistki Kayi Thomas-Dyke. Rada: włącznie ten materiał w nocy, przyswajajcie go na słuchawkach, zamknijcie oczy, a odpłyniecie z nim w muzyczną podróż.

Hiroshi & Claudia „Six To Six”
(1970/2017; Atom/Northside Records)
Pisząc o płycie „Six To Six” opierać można się jedynie o spekulacje i przypuszczenia. Pewniakiem jest Hiroshi Yasukawa – znany japoński gitarzysta, którego nazwisko pewnie kiedyś już słyszeliście, oraz australijskie wydawnictwo Atom, nakładem którego w 1970 roku ukazał się krążek. Reszta to jedna wielka niewiadoma. Kim jest Claudia (prawdopodobnie Claudia Eribez), wokalistka (prawdopodobnie kabaretowa), której głos słyszymy w utworach? Kim są instrumentaliści (prawdopodobnie Japończycy, chociaż mogący być także dziećmi azjatyckich imigrantów mieszkających w Australii), którzy w creditsach na płycie wymienieni zostają wyłącznie z imion? I czy opisywany materiał jest efektem jednej sesji nagraniowej, jednorazowej muzycznej przygody, a może efektem pracy zespołu tworzącego ze sobą dłuższy czas? Pomimo kilku dekad, jakie minęły od momentu premiery albumu, słuchacze wciąż szukają odpowiedzi na część pytań, ale zamiast nich znajdują kolejne wątpliwości związane z „Six To Six”. Czy to właśnie ta tajemniczość sprawia, że płyta sygnowana nazwą projektu Hiroshi & Claudia jest tak poważana, na przestrzeni lat zyskała miano białego kruka, a jej ceny w Internecie sięgają nawet ponad pięciuset dolarów (dane za discogs.com)? Być może ma to pewien wpływ na popularność płyty, nie będzie jednak żadnym zaskoczeniem, jeśli napiszę, że podstawowym czynnikiem jest tutaj muzyka. W kwietniu australijska firma fonograficzna Northside Records wzbogaciła katalog o reedycję tego kultowego albumu. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że „Six To Six” będzie ich sprzedażowym hitem. Nie chodzi nawet o cenę (chociaż trzydzieści dolarów plus przesyłka przy połowie tysiąca zielonych brzmi przecież bardzo zachęcająco), ale przede wszystkim możliwość nabycia świetnej muzyki na fizycznym nośniku. Elektroniczny kawałek „The City Evening Concert” buja funkową linią basu, a osadzony w jazzowy standardzie „Lifted Up To 210 Meters” okraszony zostaje śpiewającą scatem Claudią. Ten sam rodzaj wokalu pojawia się także w zamieszczonym pod numerem trzecim tytule „Beats In The Depth” – tym razem jednak tłem dla niego jest jazzowo-funkowo-kabaretowe brzmienie oparte na saksofonie, rytmizującej gitarze oraz perkusjonaliach. Zamykający wszystko „This Early Broadminded Emptiness” wabi i hipnotyzuje głębią brzmienia wolnego basu, mroczniejszego syntezatora oraz przejmującej wokalizy. (MAK)

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: