AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #362: Tego (dotychczas) słuchałem w marcu

Przegląd wybranych płyt, jakie w marcu gościły w moim odtwarzaczu.

Nadia Reid „Preservation”
(2017; Basin Rock)
Niezbyt urodziwa okularnica (co zrobię, że nie mój gust?) z Nowej Zelandii udowadnia, że miłosny ból serca doskwiera tak samo i w Polsce, i na wyspie znajdujące się nieopodal Australii. Po debiucie sprzed dwóch lat, na którym Reid sięgnęła po mroczną tematykę rozstania, na „Preservation” wokalistka kontynuuje wątek z jedną małą zmianą: weszła już w kolejny porozstaniowy etap, wydaje się być pogodzona z rzeczywistością i koniec końców dochodzi do wniosku, że trzeba iść dalej (kolejno: „The Arrow & The Aim”, „Reach My Destination” i „Ain’t Got You”). Wszystko ujęte w muzyczne ramy charakterystyczne dla folku z gitarą jako instrumentem głównym. Bez zaskoczeń, ale też bez wielkich uchybień.

Khalid „American Teen”
(2017; RCA Records)
Niespełna dwudziestoletni Teksańczyk debiutuje studyjnym albumem zatytułowanym „American Teen” i, o ho ho, jaki to jest dobry debiut! Być może trochę niedojrzały tekstowo (prezentujący spojrzenie na świat z perspektywy amerykańskiego nastolatka, którego trzymają się jeszcze głupoty, ale mającego marzenia jak typowy young dumb high school kid, których nie brakuje pod każdą szerokością geograficzną), ale jakże pięknie zaśpiewany i zagrany. „Amercian Teen” to płyta r&b z wieloma odwołaniami do soulu i radiowego popu, gdzie obok ballady „Angels” żywcem wyjętej z wczesnych płyt Johna Legenda, przewijają się także takie utwory, jak powielający schematy z komercyjnych playlist „Keep Me” oraz „8TEEN” – nieco zabawna piosenka młodego buntownika, który szuka sposobu wyzwolenia się spod nadmiernej opieki rodziców, posiadająca wszystko, aby stać się hitem tegorocznego lata. Nawet jeśli pojawiają się słabsze momenty („Cold Blooded”, „Winter”), Khalid jest się w stanie obronić świetnym wokalem – miękkim, otulającym i pieszczącym uszy. Miejcie tego młodzieńca na uwadze.

Jidenna „The Chief”
(2017; Wondaland Records)
Ni to rap, ni to r&b, trochę śpiewanego czarnego popu, trochę soulu, jakoś na pograniczu tego, co robią The Weeknd („Adaora”), Drake („Safari”), Future („Helicopters/Beware”) i Macklemore („Chief Don’t Run”, „White Niggas”). Wszystko jakby obok panujących trendów, ale jak najbardziej z zamiarem wstrzelenia się w nie i wykorzystania okazji do zaistnienia. Dziwić może, że na płycie nie znalazł się komercyjny przebój sprzed dwóch lat, „Classic Man”, dzięki któremu Jidenna zafunkcjonował w świadomości globalnego słuchacza. Ruch ten uznaję za bardzo pozytywny – artysta nie chciał odcinać kuponów już na starcie („The Chief” to jego debiutancki longplay), jednocześnie wolał uniknąć porównywania całej płyty do wspomnianego hitu. Oczywiście do końca i tak nie da się od tego uciec, ale poprzez brak „Classic Man” kilka krytycznych argumentów zostało uciętych jeszcze zanim je przedstawiono. Na dzień dzisiejszy mam z tym albumem problem – do końca nie potrafię określić czy mi się podoba, czy też przeważają uczucia ambiwalentne. Czternaście utworów dzielę niemal po równo na dwie grupy – piosenki, które uznaję za pewniaki oraz takie numery, do których specjalnie mnie nie ciągnie. Dam znać, jeśli któraś z opcji przeważy.

Grandaddy „Last Place”
(2017; Columbia Records)
Ponad dekadę kazała czekać fanom na kolejną płytę kalifornijska ekipa Grandaddy. Ich cierpliwość została wynagrodzona, ale (zawsze musi być jakieś „ale”) pod jednym warunkiem: wspomniani fani wciąż muszą lubować się w melancholijnym graniu, rozpływających się melodiach i spokojnym wokalu lidera formacji Jasona Lytle’a. Jeśli jesteś słuchaczem, który przy wszystkich powyższych wątkach postawił popularnego ticka, ta płyta jest dla ciebie. Co prawda zespół na początku próbuje szarżować (chociaż to może zbyt mocno powiedziane) – pojawiają się dynamiczne, jak na Grandaddy, melodie („Check Injin”, „Way We Won’t” lub mający elektroniczny posmak „Evermore”) – ale im bliżej końca wszystko wraca do normy znanej sprzed kilkunastu lat. Smutne ballady, indie – zarówno rockowe, jak i popowe – gitary, płaczliwy i emocjonalny śpiew – zero zaskoczenia. Grandaddy wrócili i nagrali płytę bez patrzenia na panującą modę. Czy wyjdzie im to na dobre? Artystycznie – pewnie tak, komercyjnie – to już zależy od słuchaczy, którzy być może nie zdążyli ich zapomnieć przez ostatnie jedenaście lat.

Sampha „Process”
(2017; Young Turks)
Album, który swoją premierę miał wprawdzie w lutym, ale do mojego odtwarzacza trafił dopiero w tym miesiącu, stąd też jego obecność w tym wpisie. Mam do Brytyjczyka żal o to, że materiałem tym nie postawił kropki nad i. Oczywiście to dopiero debiutancki longplay, ale po współpracy z gwiazdami z tak zwanej pierwszej ligi i ciekawych epkach (szczególnie tej z 2013 roku) liczyłem na prawdziwą petardę. Tymczasem „Process” zbiera trochę zgranych patentów z przeszłości (np. przywołujący muzyczny kolaż z SBTRKT-em „Take Me Inside”), konfrontuje je z nowymi pomysłami i przedstawia jako premierowe utwory. Przeszkadza mi również to, że im bliżej jest do końca album zwalnia. Początek – „Plastic 100°C” i „Blood On Me” – petardy. Im dalej tym smutniej, wolniej, bardziej lirycznie. Ta część płyty skupia się tak naprawdę wokół fenomenalnego „(No One Knows Me) Like The Piano” – niezwykle rozczulającej piosence, w której Sampha wraca wspomnieniami do dzieciństwa. Szczerością uderza z kolei „Kora Sings” – numer o orientalnym muzycznym posmaku, w którym wokalista wyrzuca z siebie emocje związane ze śmiercią matki. Słuchając tej płyty nie mam jednak wrażenia pełnego zadowolenia. Odczuwam brak niewypowiedzianego, brakującego elementu, który sprawiłby, że album „Process” stałby się dziełem kompletnym.

*** REKLAMA ***

Valerie June „The Order Of Time”
(2017; June Tunes Music)
Nie mam dobrych wiadomości dla fanów gitarzystki z Memphis – po sukcesie płyty „Pushin’ Against A Stone” z 2013 roku, Valerie June nie sprostała zadaniu nagrania nowego krążka, który byłby przynajmniej tak samo dobry. Nie wiem czy to wina presji (jeśli tak, to przez kogo wywieranej – słuchaczy, wydawnictwo, samą artystkę?), czy też zwyczajny spadek formy, ale „The Order Of Time” jest materiałem słabszym od poprzedniego. Czwarty studyjny krążek June to wprawdzie kontynuacja tego, do czego wokalistka zdążyła nas przyzwyczaić (blues, korzenny folk, trochę country), ale bez iskry, jaką usłyszeć można było na wspomnianej wyżej płycie sprzed czterech lat. Kompozycje wydają się bardziej monotonne niż wcześniej, nastawione na zadowolenie dotychczasowych słuchaczy niż próbę zdobycia nowych. Pomimo tego „The Order Of Time” i tak mnie w pewnym sensie przekonuje. Nie kiwam głową z aprobatą przy każdej piosence, jednak mniej więcej połowa tracklisty zasługuje na pozytywną notę.

Clap! Clap! „A Thousand Skies”
(2017; Black Acre Records)
Z ziemi włoskiej do Anglii z przesiadką w Afryce – tak, używając nawiązania do podróży pociągiem, można w skrócie opisać to, co znajdziemy na płycie Cristiano Crisciego – włoskiego producenta tworzącego pod pseudonimem Clap! Clap!. „A Thousand Skies” to fuzja elektronicznego hip-hopu, stylistyki footwork oraz brytyjskiego house’u opartych na inspiracjach zaczerpniętych z muzyki afrykańskiej. Czarny Ląd kusi wieloma brzmieniami, rytualnym śpiewem, oryginalną rytmiką i pierwotnością przepuszczoną przez londyńską klubową cywilizacje. Od całości – w kwestii melodii i klimatu – odstaje nieco „Ode To The Pleiades”, który dzięki klawiszowym frazom kojarzy się raczej z jazzem niż tanecznym parkietem, ale nie jest to w żadnym wypadku zarzut. Ot, sześciominutowy przerywnik, który dziwi i zadziwia zarazem. Zresztą jak cała płyta Crisciego.

Dams Of The West „Youngish American”
(2017; 30th Century Records)
Chris Tomson jest ostatnim członkiem zespołu Vampire Weekend, który zdecydował się na muzyczny skok w bok i nagranie czegoś pod innym szyldem. Zrobił to w ramach solowego projektu Dams Of The West. Płyta „Youngish American” to materiał zaangażowany w kwestii liryki oraz mogący podobać się pod względem muzycznym. Tomson porusza tematy dotyczące amerykańskich obywateli, przedstawicieli pokolenia, które nie zdążyło się jeszcze zestarzeć, ale tak zwane dorosłe życie (obowiązki, dzieci, kredyty) mocno dało mu się we znaki. Rutyna, zachłyśnięcie się konsumpcją, która opanowała społeczeństwo, wszystkie pułapki współczesnych trendów, a nade wszystko pytanie o kondycję dzisiejszej Ameryki i osób w niej mieszkających (mocne słowa „When I drink a Bud Light do I love America? / Or only when there’s a flag on the can?” otwierające utwór „Flag On The Can”) – to tylko czubek góry, którą artysta chce wstrząsnąć. Muzycznie płycie „Youngish American” jest dość blisko do materiału kolegi Tomsona z Vampire Weekend, Chrisa Baio („The Names”, 2015). Mam na myśli przede wszystkim sposób operowania perkusją, jej tempem i łamaniem niektórych fraz. Różnica polega jednak na tym, że Baio osiągnął ten efekt przy użyciu większej ilości elektroniki, Tomson sięgnął z kolei po wpływy post punka i stylistyki new wave. (MAK)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Advertisements

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

One comment on “Krótka piłka #362: Tego (dotychczas) słuchałem w marcu

  1. Pingback: Z ręką na pulsie (#8): Allison Crutchfield, Molly Burch, Nadia Reid – Kulturalne pisanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: