AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #360: Początek roku należy do kobiet

Oto dziewięć ciekawych płyt z początku tego roku nagranych przez wokalistki lub zespoły, którym przewodzą panie.

Noveller „A Pink Sunset For No One”
(2017; Fire)
Nowy Jork to od lat miejsce artystycznej bohemy. Zmieniają się czasy, trendy w sztuce i dzielnice, w których artyści bywają, ale Wielkie Jabłko wciąż przyciąga nowe postaci, które chcą zaistnieć dzięki swojemu talentowi. Sarah „Noveller” Lipstate jest jedną z takich osób. Na co dzień mieszkająca na Brooklynie artystka w lutym zaprezentowała swój ósmy solowy materiał. Sam byłem trochę w szoku, kiedy okazało się, że to już jej kolejna płyta (przyznaję, do tej pory słyszałem tylko dwie). Mniejsza jednak o ilość. „A Pink Sunset For No One” to zestaw dziewięciu instrumentalnych utworów o mocno filmowej budowie. Fakt ten nie powinien dziwić nikogo, wszak Noveller z równie dużą pasją pała się i muzyką, i filmem. Kompozycje posiadają mocno eksperymentalną formę, której korzeni szukałbym w psychodelicznym rocku oraz współczesnej scenie elektronicznej (szczególnie w subgatunkach hołdujących dronom i ambientowi). Całościowo materiał o dość mrocznej muzycznej scenerii, który, o dziwo, nie męczy.

Blanca Rose „No Fear Here”
(2017; wydanie własne)
Świetna jest ta płyta, ale… Świetna ponieważ: muzycznie podąża co prawda ścieżką wytyczoną przez chociażby Emeli Sande, nie wnosząc do popkultury niczego nowego, ale i tak jestem pod sporym wrażeniem łączenia muzyki rozrywkowej z partiami smyczków. Tekstowo również porusza ważną tematykę przeciwstawienia się obawom i własnemu strachowi, który należy zrozumieć, poznać i przezwyciężyć, wydobywając z siebie lwa (co zresztą widać na wizualizacji zawartej na okładce). Ale ponieważ: problemem i to poważnym jest wokalna forma Rose. Momentami, szczególnie w wyższych partiach, piosenkarka zwyczajnie nie daje rady, wypadając poza rejestr. Nie chcę pisać o fałszowaniu, bo to z automatu oznaczałoby dyskwalifikację, ale do ideału jeszcze trochę brakuje.

Flow „Kleśa”
(2017; FloffArt)
Zaznaczyć trzeba, że „Kleśa” nie jest łatwą płytą. Nie znajdziemy tutaj radiowych hitów. Oprócz mającego przed sobą perspektywę letniego hitu utworu „Królik w samochodzie”, reszta spośród dziesięciu zawartych na krążku piosenek nie jest materiałem na listę przebojów. Powód? Połączenie specyficznej muzycznej różnorodności („Dziewczyna z tramwaju” ma folkowy klimat, „Perła” unosi się w lekko dubowych oparach, a „Warkoczyk”, „Kłębek” i „Bajki robotów” wnoszą trip-hopową zagadkowość) oraz tekstów, które w większości skłaniają się bardziej ku sferze poetyckiego uniesienia. (Uwaga! Pełna recenzja płyty zostanie opublikowana już jutro).

Cygne „Let It Breathe”
(2017; wydanie własne)
Cygne, po powrocie do USA po kolejnej europejskiej trasie, nagrała longplay „Let It Breathe”. Po poprzedniej płycie zatytułowanej „Passenger”, która powstała przy wykorzystaniu skromnego instrumentarium (większość utworów wokalistka zaśpiewała wyłącznie przy akompaniamencie gitary), tym razem Amerykanka postanowiła pójść inną drogą i melodie wszystkich piosenek zaaranżować z myślą o większym składzie (z perkusją, gitarami, basem i klawiszami). Tworząc utwory, które ostatecznie znalazły się na albumie, Cygne nie ukrywała inspiracji i wpływów, jakie pozostawiły po sobie podróże po Starym Kontynencie, a także sytuacja społeczna w Europie oraz Stanach Zjednoczonych. Kryzys emigracyjny, zmiany związane z trendami politycznymi na bardziej skrajne i zamachy, jakich dokonano na przestrzeni ostatniego roku – to tylko niektóre z rzeczy, których echa odbijają się na „Let It Breathe”. Album nie jest jednak, pomimo dość spokojnego brzmienia piosenek, wyrazem wielkiego smutku. Cygne pokazuje, że mimo wszystko należy znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Już otwierający płytę utwór „Angel” daje jasno do zrozumienia, że tylko walka z własnymi słabościami i strachem ma sens, a oswojone zło można nawet polubić („When you run from your demons / They will come for you / But if you make peace with the devil / You’ll see that he’s an angel too”). Z kolei w „The Way” wokalistka wzywa do odnalezienia własnej tożsamości, ścieżki do wnętrza samego siebie. Czas napięć społecznych Cygne komentuje piosenką „Surrender”, który niesienia przesłanie pokoju (spokoju?) dnia codziennego. Artystka przy okazji wyjaśnia, że określenia „surrender” i „give up” nie są dla niej tożsame („I surrender / That ain’t the same as giving up / I surrender / I remember I came here to love”). Kulminacją wyrzucania z siebie złych emocji jest mroczny, bluesowy numer „The Undertown”, po którym dla kontrastu następuje pogodna piosenka „String To The Sky”. W podobnym tonie utrzymana są także „All Roads” (muzyczni numer nawiązuje do stylistyki calypso) oraz „Seabright”. Płytę kończy kawałek „Miracles” skierowany do boga, w którym Cygne wylicza cuda, których oczekiwałaby od niego (m.in. spełnienia własnych marzeń, jak koncert w Royal Albert Hall, oraz lepszego świata z czystą wodą i domami dla wszystkich bezdomnych). Kiedy wydaje się, że piosenka będzie miała wyłącznie rozczeniowo-wyliczeniowy charakter, wokalistka w finale całkiem poważnie wyznaje, że my, ludzie, nie potrzebujemy wielkiego cudu, ale dowodu miłości. Płyta z przesłaniem, których dzisiaj wiele się nie ukazuje.

*** REKLAMA ***

*** REKLAMA ***

Daymé Arocena „Cubafonía”
(2017; Brownswood Recordings)
Daymé Arocena, autorka dwóch świetnych krążków (płyty i epki), oddaje do dyspozycji słuchaczy najbardziej taneczny materiał w swoim dorobku. „Cubafonia” to w dalszym ciągu zestaw piosenek zakorzenionych w mieszance kubańskiego jazzu („Negra Caridad”, „Valentine”), latynoskiej pasji („Todo Por Amor”) oraz amerykańskiego soulu i funku („Como” i „Mambo Na’ Ma”, który przywołuje na myśl XIX-wieczne czarnoskóre wokalne perły śpiewające scatem w zadymionych klubach). Mikstura, jak na artystów wywodzących z Kuby, sami przyznacie, nie jest zaskakująca, niemniej Arocena na nowej płycie robi znaczący krok na przód, dopuszczając w większym niż wcześniej stopniu zachodnie trendy. Doskonały głos to jedno, ale nagranie trzeciego krążka pod ten sam brzmieniowy schemat, mogłoby okazać się dla artystki zgubne. „Cubofonia” jest najmniej surowym materiał w dyskografii piosenkarki. Daymé swoje wokalne walory prezentuje na tle dobrze dopracowanej i świetnie wyprodukowanej muzyki, co z miejsca plasuje ją w ścisłej czołówce najbardziej pożądanych artystek tego roku.

Hurray For The Riff Raff „The Navigator”
(2017; ATO Records)
Nie znałem wcześniej grupy Hurray For The Riff Raff. „The Navigator” jest wprawdzie kolejną płytą zespołu, ale dla mnie album ten był pierwszym kontaktem z jego twórczością. Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony, chociaż nie kupuję tego produktu w całości. Liderką projektu jest wychowana na Bronksie Alynda Segarra. Korzenie jej rodziny wywodzą się z Puerto Rico. Fakt ten ma oczywiście wpływ na artystyczne dokonania Sagarry, jednak bardziej widoczny jest w warstwie tekstowej niż muzyce. Ta druga odwołuje się mieszanki folku, bluesa oraz gospel z elementami brzmienia rodem z Ameryki Południowej i Kuby. Płyta „The Navigator” przyjmuje ciekawy koncept historii opowiadającej o wędrującej kobiecie. Czy Sagarra jest tylko narratorką tej opowieści, czy też w postaci bohaterki upatrywać należy alter ego wokalistki – trudno jednoznacznie orzec. Pewne jest na pewno, że artystka wykorzystała w tekstach wątki, które z łatwością odnaleźć można w historii każdej latynoskiej mniejszości żyjącej w USA. Motyw odosobnienia i niezrozumienia przez otoczenie, poszukiwania nowej tożsamości przy jednoczesnym zachowaniu tradycji wyniesionej z rodzinnego kraju, nostalgii i tęsknoty, ale także piosenki jako narzędzia do mówienia prawy o otaczającym nas świecie – to kwestie, z jakimi zmierzy się w trakcie poznawania tej historii. Jest w tym jednak pewna przewidywalność, która pod koniec obcowania z płytą sprowadza się do myślenia o jak najszybszym jej zakończeniu.

Jay Som „Everybody Works”
(2017; Polyvinyl Records)
Dwudziestodwuletnia Melina Duterte w lutym zaprezentowała swój debiutancki longplay. Zrobiła to pod pseudonimem Jay Som, ale nie to jest chyba najważniejsze. Istotny fakt jest taki, że wszystko, co słyszmy na „Everybody Works”, zostało nagrane i wyprodukowane przez samą artystkę w jej domu. Być może trudno będzie w to uwierzyć, szczególnie jeśli pod uwagę weźmiemy takie numery, jak chociażby synth-popowy „Remain”, nasiąknięty progresywnym funkiem „One More Time, Please”, popowy i oparty na zabawnym koncepcie rozmowy dwójki dzieci „The Bus Song” czy odwołujący się do stylistyki shoegaze „1 Billion Dogs”. Gitary, perkusja, przeszkadzajki, smyczki, orkiestracje – słowem wszystko. Takie jednoosobowe projekty często kończą się klapą. Artystka z Oakland unika blamażu. Jej propozycja wbrew pozorom i temu, co napisałem dwa zdania wcześniej, jest bardzo spójna, a różne stylistyki, które pojawiają się na płycie naznaczone są mocno alternatywnym stemplem. Jeden z ciekawszych tytułów pierwszego kwartału tego roku.

Jesca Hoop „Memories Are Now”
(2017; Sub Pop Records)
„Memories Are Now” nie jest pierwszą płytą Hoop, ale z pewnością to po tej premierze nastąpi większe zainteresowanie jej osobą. Duża w tym zasługa ubiegłorocznego albumu, „Love Letter For Fire”, nagranego w duecie z Samem Beamem z Iron & Wine. Znane nazwisko wokalisty zrobiło swoje, a kobieca postać z Kalifornii automatycznie stała się bardziej rozpoznawalna. Być może jest to połowiczny sukces – zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby Jesca Hoop wcześniej zwróciła uwagę słuchaczy autorską muzyką, ale narzekać też nie ma na co. Cieszmy się tym, co jest, czyli płytą „Memories Are Now”. Album jest mieszanką piosenek o przerwanej miłości, obawach, zrywanych związkach, duchowości i kwestiach religijnych (Hoop jako nastolatka wychowywała się w tradycyjnej mormońskiej rodzinie), nadziejach oraz wyzwalaniu się z objęć negatywnych emocji i wpływu nieodpowiednich ludzi („Go find some other life to ruin / Let me show you the door” śpiewa w jednym utworze wokalistka, mocno akcentując swoją postawę w tej kwestii). W warstwie muzycznej płyta również jest wyrazem sprzeciwu – tym razem elektronice oraz komputerowej ingerencji w materiał. Wykorzystując akustyczne rozwiązania, wokalistka, jak na artystkę z folkowego nurtu przystało, prezentuje się głównie z gitarą. Dopełnieniem jej głosu – przenikliwego, wzniosłego, momentami przejmującego – w mniejszym stopniu stają się instrumenty perkusyjne, na których gra producent albumu Blake Mills („Unsaid”), elektryczna gitara hawajska („Pegasi”), harmonijka ustna („Cut Connection”) i smyczki („Songs Of Old”).

Doll Duncan „Hurricane EP”
(2017; wydanie własne)
Na koniec interesująca epka od Doll Duncan. Brytyjka nagrała materiał w Nowym Jorku, a podróż z Europy do Stanów Zjednoczonych uznać należy za udaną. Efekt, czyli pięć utworów, jakie znajdziemy na „Hurricane EP”, to zadowalająca dawka indie popu: balladowego („Love Ligh”), nadającego się do radiowej rotacji komercyjnych stacji („Pull Me Away”) i emocjonalnego (numer tytułowy). Brzmieniowo część podkładów oparta została na obowiązujących w tej stylistyce trendach. Na to ostatnie można oczywiście kręcić nosem, ale ostatecznie płyty, jako całości, słucha się dość dobrze. Łatwa, lekka muzyka, która nie powinna znudzić się słuchaczom szukającym spokojnych popowych melodii z kobiecym wokalem. (MAK)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: