AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Wywiad: Palmer Eldritch – „Praca nad płytą dłużej niż rok to absurd”

Wywiad z autorami płyty „Natural Disaster”.

Palmer Eldritch ponownie jako duet

Kilka dni temu do sieci trafił pewien remiks, dzięki któremu duet Palmer Eldritch ma szansę zaistnieć w świadomości słuchaczy po obu stronach oceanu. Zanim jednak przeróbka utworu Sage’a Francisa znalazła się w internecie, spotkałem się z Raphem i diganem, aby porozmawiać o ich najnowszej płycie zatytułowanej „Natural Disaster”. Oprócz wątku nagrywania i odbioru nowego albumu, poruszyliśmy również tematy plusów i minusów pracy w duecie, tego, kim są słuchacze (fani?) Palmer Eldritch, dlaczego Raph nie uściskał Anny Muchy oraz co, według digana, jest inspirującego w Mościach. W trakcie trwającej kilka godzin (nie, to nie żart) rozmowy, narzekaliśmy też na krajowy rap oraz szykanowaliśmy i wyśmiewaliśmy muzyczne legendy. Tego jednak nie znajdziecie poniżej, ponieważ to materiał na osobny i o wiele dłuższy tekst.

* * * * *

Mateusz Kołodziej: Rozmawiałem o tym wcześniej z Rafałem (Raph – przyp. red.) i powiedziałem, że płyta „Natural Disaster” wywołuje u mnie pewnego rodzaju lęki, do tego jest trochę mroczna. W związku z tym zastanawiam się, czy jest jakaś rzecz lub sytuacja, która wyzwala w Was – niekoniecznie muzykach, ale jako ludziach – emocje wręcz zwierzęcego, pierwotnego strachu, bojaźni?
Raph: To jest dobre pytanie, ponieważ jeden z numerów, „Radiosphere Preachers”, został stworzony z myślą o grze komputerowej. W związku z tym, że mieliśmy wcześniej podobne doświadczenie, wpadliśmy na pomysł, żeby ponownie tego spróbować. Piotrek (digan – przyp. red.) znalazł studio, które zajmuje się tworzeniem gier komputerowych. Mieliśmy zrobić dla nich muzykę na próbę. Początkowy fragment z „Radiosphere Preachers” to właśnie to, co zostało przez nas zaprezentowane. Gra była survival horrorem, więc chcieliśmy podkręcić te emocje strachu, o którym wspomniałeś.
digan: Tak żeby odczuwać zwierzęcy strach, to nie, dawno mi się nie zdarzyło. Czasami tylko zastanawiam się nad tym, jak się zrobi do reszty paskudnie, na przykład będzie wojna, to na ile w takiej sytuacji dam sobie radę. Nigdy nie napawało mnie to specjalnie strachem, a teraz faktycznie jestem bardziej tym wszystkim zaniepokojony.

Nastroje społeczne, to, co dzieje się w Polsce i na świecie – to wszystko prowokuje do takiego myślenia. Nawet jeśli wcześniej nie zdawałeś sobie z tego sprawy, albo wydawało ci się, że nie jest to istotna kwestia, to teraz niektóre wydarzenia faktycznie zmuszają do przerabiania takich tematów w głowie ze zdwojoną siłą.
digan:
Wszystko od jakiegoś czasu szło w tę stronę, ale nikomu chyba się nie wydawało, że zrobi się aż tak dziwnie. Mówiąc szczerze – też mi się nie wydawało. Brałem to za jakiś lokalny koloryt, że ludzie otworzą sobie na przykład Muzeum Powstania Warszawskiego i będą wpierać tam dzieciom dziwne rzeczy, ale dobra – taki naród, z czasem się to jakoś uspokoi, wyrówna. Ale okazało się, że nic się nie wyrównało. Na przestrzeni lat zebrała się masa negatywnych zjawisk, złych pomysłów i idei, które wszyscy trochę olewali i teraz te rzeczy procentują w zły sposób. To jest smutne. Tego się tak naprawdę boję. Nie jest to jednak zwierzęcy strach, ale myślenie w stylu „kurwa, trzeba się będzie wynieść, spakować te wszystkie rzeczy”.
Raph: Jak Ty te wszystkie gitary spakujesz? (śmiech)
digan: To jest jak wypełnianie PIT-ów, tylko trochę gorsze. Ale serio, boję się, że niedługo może się coś poważnie popieprzyć.

Czy te emocje – strachu, niepewności jutra – o których wspomnieliśmy, miały wpływ na ostateczny kształt „Natural Disaster”?
Raph:
To zabrzmi strasznie głupio, ale traktuję tworzenie muzyki w formie swego rodzaju autoterapii na zasadzie, że wlewam do niej wszystkie negatywne emocje, z którymi nie chcę mieć na co dzień nic wspólnego. Wydaje mi się, że to słychać.
digan: Ja od dłuższego czasu nie traktuję muzyki w ten sposób. Są po prostu pewne brzmienia, które mnie interesują. Tak działałem przy tej płycie – szukałem dźwięków, które są ciekawe i starałem się z Rafałem zlepić je w całość. (chwila ciszy) To jest ciekawe, czy podświadomość twórcy może przenieść się na podskórną wartość dzieła. Mówiąc szczerze – nie wierzę w takie rzeczy, ale jesteś kolejną osobą, która wypowiada się o naszej płycie w taki sposób i… to jest dziwne.

Przy tej płycie – z wyłączeniem jednego utworu – wróciliście do pracy w duecie. Tęskniliście za tym, czy nie było wyjścia, ponieważ inni nie wytrzymywali Waszego towarzystwa?
Raph:
Nie wytrzymywali z Piotrkiem.
digan: Myślę, że mam dobry kontakt z ludźmi, z którymi nagrywaliśmy. (śmiech) Co do twojego pytania – tak, było to zamierzone. Dawno nie robiliśmy niczego w duecie.
Raph: Praca we dwóch jest zawsze najbardziej komfortowa. Pamiętam, jaka była tragedia przy albumie „Nagrania dla Androidów”, gdzie długo czekaliśmy na wokale i przez to praca bardzo się przedłużyła. W duecie jest zdecydowanie wygodniej. „Hum” nagraliśmy przecież w dwa tygodnie. Nad tą płytą pracowaliśmy dłużej…
digan: … dłużej, ale dużo było też takiego leżakowania. Zrobiliśmy jakiś numer i zostawialiśmy go na miesiąc albo dwa.

Było to spowodowane brakiem czasu, brakiem pomysłu na rozwinięcie lub dokończenie nagrania?
Raph:
W międzyczasie zajmujemy się jeszcze innymi projektami. Nagrania, jakie pojawiły się na „Natural Disaster”, były robione trochę na boku. Z czasem stwierdziliśmy, że nagramy płytę tylko we dwóch, jak za starych, dobrych czasów. To jest fajne, jak te kompozycje popłynęły. Były momenty, gdzie mieliśmy stworzony jeden segment numeru, to przeleżało jakiś czas, a później do tego wracaliśmy i dorzucaliśmy coś nowego. Przez to – tak mi się wydaje – tworzy się wrażenie progresywności tej płyty. Utwory dzielą się na poszczególne segmenty, niektóre tematy wracają i finalnie brzmi to dobrze.

Na którym etapie pracy nad płytą pojawiły się plemienne elementy, które nadają całości konkretności i wyrazu?
digan:
Były obecne od samego początku. Pierwszy numer, czyli „Life And Death Of George Martin”, został nagrany z myślą o pewnej składance, która nigdy się nie ukazała. Podjęliśmy decyzję, że może pójdziemy w tę stronę, że zrobimy większy materiał oparty o takie rdzenne brzmienia.

To była inspiracja zaczerpnięta z jakiejś innej płyty lub utworu?
Raph:
Nie było konkretnego momentu, w którym zaczęlibyśmy mówić „Nagrajmy coś, jak ten czy tamten”, jak to miało miejsce przy poprzednich płytach, na przykład przy „Bluedive EP”, gdzie robiliśmy dream pop w określonym stylu. „Koniec świata” też był przecież jedną wielką kopią innych wykonawców. Intro jest inspirowane Godspeed You! Black Emperor, outro brzmi jak Sigur Ros. (śmiech) Zresztą ostatni numer, jaki umieściliśmy na tamtej płycie, w wersji roboczej nosił tytuł „Sigur Ros”.
digan: Faktycznie, zawsze się czymś podpieraliśmy, a teraz stwierdziliśmy, że zrobimy to sami.
Raph: Oczywiście, pojawiają się pewne inspiracje, czasami nawet takie, z których nie zdajemy sobie sprawy. Nie było jednak przy „Natural Disaster” świadomego stwierdzenia, jak przy poprzednich płytach, żeby wziąć określone patenty i przefiltrować je przez własną wrażliwość.

Wspomnieliście o tym, że w duecie pracuje się Wam szybciej, że opieracie się na chwilowym zainteresowaniu danymi dźwiękami. Jakby to wyglądało, gdyby proces pracy nad materiałem trwał w Waszym przypadku dłużej?
Raph:
To ciekawe, ponieważ niedawno sam zastanawiałem się, jakby brzmiały nasze płyty, gdybyśmy robili je dłużej. Na przykład DJ Shadow pracował nad kolejnymi płytami po pięć lat. Chyba nie jarałoby mnie to już tak bardzo. Męczyć przez pięć lat piętnaście numerów? To jest dla mnie bzdura! Jako odbiorca muzyki, jestem pozytywny nastawiony do sytuacji, w której artysta tworzy materiał przez pięć lat i robi z tego coś naprawdę zajebistego. Z kolei jako twórca podchodzę do tego inaczej. Praca nad płytą dłużej niż rok to jest absurd.
digan: Ciekawi mnie kwestia technikaliów w muzyce – instrumentów, urządzeń itd. Jak przywołany DJ Shadow robił „Endtroducing…”, musiał siedzieć przy samplerku, docinać tymi suwaczkami, później przenosić to na Akai MPC60, stukać paluszkami. Przecież tylko same te czynności zajmowały bardzo dużo czasu. W Abletonie dopasowanie sampla pod bit zajmuje jakieś 15 minut… To tak na marginesie. W nawiązaniu do tego, co powiedział Rafał, to są pewne brzmienia, które mnie ciekawią w danym okresie, ale nie wiem czy będą mnie ciekawić za rok. Jeśli mielibyśmy robić płytę przez dwa-trzy lata, to nie wyszłoby z tego finalnie nic dobrego. Chyba trochę jest tak, że jak kondensujesz swoją pracę w krótkim czasie, to płyta, która jest tego efektem, również jest bardziej skondensowana, kręcąca się wokół tych samych tematów i brzmień. Gdybyśmy pracowali nad płytą dłużej, byłoby to wszystko bardzo pomieszane.
Raph: Ale tak było przy „Nagraniach dla Androidów”.

Dobrze, że wspomniałeś ten album. Według mnie to nie chwyciło. To jest najsłabszy element Waszej dyskografii. Nie wracam do niego chętnie.
Raph:
Ludzie dość często wracają. To była nasza najprzystępniejsza płyta.

Odwróćmy sytuację: czy pracując teraz w duecie, zatęskniliście za czymś, co miało miejsce w trakcie pracy z wokalistkami?
Raph:
Ja nie.
digan: Ja też nie.

Ryzykowana deklaracja.
Raph:
Źle to zabrzmiało, bo wychodzi na to, że nie współpracowało się nam z nimi dobrze, a tak nie było. My inaczej podchodzimy do współpracy z osobami z zewnątrz, a inaczej do sytuacji, gdzie mamy robić coś tylko w duecie.
digan: Inne jest podejście do pracy, ale inna jest też muzyka. Robiąc coś z kimś innym, musisz oddać mu trochę przestrzeni.
Raph: Pamiętam jednak, że zaczęliśmy współpracę z innymi, ponieważ byliśmy zmęczeni robieniem w pełni instrumentalnych materiałów. W naszej muzyce brakowało mi treści wypowiedzianej dosłownie.
digan: Z muzyką instrumentalną jest ten problem, że dość łatwo zgubić jej osobowość.
Raph: Dużo w tym przypadku zależy od ogarnięcia słuchacza, jak on to odbierze.

Muzyka instrumentalna daje słuchaczom możliwość dopowiedzenia sobie zupełnie czegoś innego, czegoś, o czym nie myślał twórca. Jak Umberto Eco i jego koncepcja dzieła zamkniętego i otwartego, gdzie odbiorca interpretuje je po swojemu.
digan:
Ale ludzie nie chcą mówić nic własnego. Wymagasz w tym momencie od odbiorcy jakiegoś wysiłku i zaangażowania się w próbę odczytania muzyki, kiedy on może nie mieć na to ochoty. Ja się temu nawet nie dziwię. Wrzucasz do odtwarzacza jakąś płytę i chcesz, żeby cię porwała. Nie chcesz siedzieć w słuchawkach i rozkminiać wszystkich elementów po kolei, nawiązań, brzmień i czego tam jeszcze.

Wasi słuchacze też są tacy?
digan:
Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym.

Dostałeś przecież jakiś odzew na płyty – tę lub wcześniejsze.
digan:
Wydaje mi się, że osoby, które trafiły na naszą nową płytę, są generalnie ludźmi osłuchanymi, więc jest im łatwiej odnaleźć się w takiej muzyce. Odbiorca masowy nie byłby już zadowolony.
Raph: To jest bardzo ciekawy temat, który sam w ostatnim czasie zgłębiam widząc to, co dzieje się chociażby na Facebooku. My spuszczamy się nad różnymi ambitnymi i alternatywnymi rzeczami, a ktoś wrzuci na tablicę jakąś LP, która leci co pięćdziesiąt minut w radio, i podchodzi do tego na zasadzie „to wpada w ucho”. Według mnie to jest parodia odbioru muzyki.
digan: Dlaczego? Myślę, że to jest właśnie ważne, że puszczasz kawałek i po trzydziestu sekundach wiesz, że będziesz go katował przez najbliższe dwa tygodnie. To jest mega sprawa, że właśnie coś ci wpada w ucho. Czysta magia muzyki!
Raph: Dla mnie określenie „wpada w ucho” jest pejoratywne. Jeśli ktoś tak mówi, to oznacza, że nie wymaga niczego od muzyki.

Przecież ktoś może użyć tego określenia w stosunku do waszych numerów. I co wtedy?
Raph:
To byłoby dziwne. Oznaczałoby to, że albo się mocno naćpał, albo… (śmiech)

Ej, są przecież różni odbiorcy. Ja lubię Waszą muzykę.
digan:
Dobra, podsumujmy: ludzi, którym nasza muzyka wpada w ucho, jest niewielu.

Palmer Eldritch i Klatka 19

Jednak jacyś się znajdą i myślę, że chcieliby od Was jeszcze jednej rzeczy – koncertu. Czy materiał z „Natural Disaster” dałoby się zaprezentować na żywo?
digan:
Dałoby się to zagrać na koncercie. Zresztą gdybyśmy mieli grać na żywo, to nie chciałbym odtwarzać jeden do jednego tego, co znajduje się na płycie.
Raph: Weszłoby w to dużo improwizacji. Dwa miesiące temu byłem u Piotrka i przez chwilę sobie jamowaliśmy. Myślę, że jako punkt wyjścia, było spoko. Oczywiście pasowałoby to wszystko jeszcze dopracować, przećwiczyć, ale to jest do zrobienia. Powiem ci, że wysyłałem niedawno maile z ofertą do organizatorów różnych festiwali i imprez muzycznych. Jestem ciekawy, co z tego wyjdzie – pewnie nic, jak zawsze. (śmiech) Jeżeli pojawiłaby się propozycja zagrania na żywo, uważam, że bylibyśmy w stanie to zrobić.

Rozszerzalibyście skład?
Raph:
Może wzięlibyśmy basistę?
digan: Ja bym sobie poradził na basie.
Raph: A kto grałby wtedy na gitarze?
digan: Grałbym raz na jednym, raz na drugim.
Raph: Axun, grasz na czymś? (śmiech)

Niektórym na nerwach, ale zostawmy to. (śmiech) Dalej wypuszczacie muzykę w Skwerze. Nie próbowaliście przy okazji tej płyty wyjść z twórczością dalej, poza krąg skwerowych odbiorców?
digan:
Mieliśmy rozmowy z kilkoma wydawnictwami, jednym nawet zaawansowaną, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.
Raph: Jeśli chciałeś przez to pytanie zahaczyć o temat fizycznego wydania „Natural Disaster”, to informuję, że taka wersja płyty ukaże się prawdopodobnie w marcu. Wydamy ją sami.

Może opcja typu crowdfunding?
Raph:
Osobiście jestem sceptycznie nastawiony do takich akcji, chociaż bardzo cieszyłem się z udanego finału zbiórki funduszy na pierwszą płytę zespołu Eskaubei & Tomek Nowak Quartet. Byłem, co prawda, trochę zaskoczony, że udało im się zebrać kasę, ale cieszę się z rezultatu. Ostatecznie powstała przecież bardzo dobra płyta. Sami jednak nie poszlibyśmy raczej w tym kierunku. Myślę, że by się to nie udało.
digan: Dla mnie to jest słabe, że robisz akcję w stylu „dasz nam dwadzieścia złotych, to wyślemy ci pocztówkę, albo pokażę ci, jak robić bity w Abletonie”. Po co? Sytuacja, w której jesteś grajkiem po godzinach pracy, jest generalnie średnia, ale ma też swoje niewielkie plusy. Jednym z nich jest stuprocentowa niezależność. Jak będę chciał nagrać „odkurzacze”, to wezmę i nagram. To, że nasza muzyka jest udostępniana za darmo w sieci, ma w sobie element uczciwości na zasadzie „ściągnij sobie i słuchaj, a jak pojawia się fizyk i nas lubisz, to go kup”.
Raph: Bardziej zależy nam na tym, żeby to trafiło do ludzi, niż jaką drogą to trafi.

Trafiacie też do ludzi dzięki dużemu ekranowi. Nawet niedawno film „Olbrzym”, w którym wykorzystana została muzyka z płyty „Golem”, wyróżniono na jednym z festiwali kina niezależnego. Rafale, zdaje się, że odbierałeś laur w imieniu twórcy filmu. Jak było na gali?
Raph:
Ojej! Ania Mucha tam była i nawet przez chwilę z nią rozmawiałem.
digan: O, nie chwaliłeś się wcześniej. Uściskałeś ją?
Raph: Nie.
digan: Ja bym uściskał.
Raph: Była ładnie ubrana.

Szkoda było miąć sukienkę?
Raph:
Ta rozmowa zmierza w złym kierunku. (śmiech) Wróćmy do gali. Byłem, odebrałem dyplom i powiedziałem, że przekażę go Marcinowi (Podolcowi, reżyserowi filmu – przyp. red.). Samego filmu nie widziałem w trakcie festiwalu, ponieważ spóźniłem się na projekcję. (śmiech)

A można go gdzieś zobaczyć? Projekcje w kinach? Internet?
Raph:
Film jest cały czas wyświetlany na różnych festiwalach.

Płyty, muzyka do gier komputerowych, muzyka filmowa. Gdzie dalej zaprowadzi Was współpraca?
Raph:
Mamy rozgrzebane projekty, o których nie chcemy jeszcze mówić.
digan: I robimy jeszcze hit, a właściwie to aktualnie robi go Rafał.
Raph: Tak, robimy numer, który będzie hitem… dla naszej dwójki. (śmiech) Pracuję nad nim od tygodnia i Piotrek codziennie co dwie godziny pisze do mnie z pytaniem, czy już go zrobiłem.
digan: Ponieważ chciałbym się nim zająć. Mam zajawkę na ten numer, serio! A nowa płyta… Zrobiłbym sobie teraz płytę z elektroniką w stylu Boards Of Canada. Widzisz, i znowu wracam do tego, że interesuje mnie kwestia konkretnego brzmienia, które chciałbym zgłębić tu i teraz.

Płyta „Natural Disaster” jest powrotem do pracy w duecie, ale w jednym utworze pojawia się gość, Klaudia Wilk, która prywatnie jest partnerką Rafała. Skąd pomysł na współpracę?
Raph:
Przede wszystkim Klaudia potrafi grać na skrzypcach i flecie. Zawsze jej mówiłem, że mogłaby się dograć do muzyki, którą tworzę, ale nie miałem siły przekonywania. „Niedawno kupiłem dość drogi mikrofon”. Stwierdziłem, że skoro mam wreszcie mikrofon dobrej jakości, to może teraz uda się ją namówić? Zapytałem, Klaudia się zgodziła, wyjęła instrumenty, zagrała tak, jak ją poprosiłem i poszło to na płytę.

Wyciągam temat tego featu teraz, ponieważ trochę żałuję, że nie napisałem o nim w recenzji „Natural Disaster”. Udział Klaudii jest ciekawym uzupełnieniem, takim swego rodzaju smaczkiem. Zresztą na całej płycie jest kilka takich dźwiękowych smaczków.
digan:
Na poprzednich płytach też było ich całkiem sporo.

Tak, one były też wcześniej, ale – nie obraźcie się – odczuwałem je bardziej jednopoziomowo. To nie były takie „strzały”, którymi od razu się zachwycasz. Na przykład „Hum” musiałem uważniej posłuchać drugi, trzeci, a nawet czwarty raz i dopiero wtedy je odkryłem. Na „Natural Disaster” są one bardziej uwypuklone.
Raph:
Staramy się, żeby sample i żywe instrumenty grały na podobnym poziomie. Zupełnie inaczej niż na przykład w rapie, gdzie kiedy ktoś dogrywa żywe instrumenty, to są one od razu lepiej słyszalne. Nie chcemy, żeby odbiorca słuchając naszych numerów myślał sobie „o, tutaj jest sampel, a tutaj dograli żywą gitarę”.
digan: Ja się jeszcze pochwalę, że tytuł „Natural Disaster” wymyśliła z kolei moja dziewczyna, Ola.

Zrobiła to po przesłuchaniu całego materiału?
digan:
Tak.

To jest ciekawy temat, dlaczego akurat taka fraza przyszła jej do głowy po sprawdzeniu tych numerów. Tak wracam trochę do strachu i niepewności, które momentami odczuwam przy tej płycie.
digan:
Było tak: po posłuchaniu tej płyty, Ola zaproponowana jakieś dwadzieścia tytułów. Ten był drugi. Spodobał nam się bardzo. Pamiętam, że jeden z zaproponowanych przez nią tytułów to było „Low Expectations”. (śmiech całej trójki) Tak nazwę chyba swoją solową ambientowa epkę, którą zrobiłem już jakiś czas temu.

Twoja dziewczyna, Ola, jest również autorką okładki.
Raph:
Piotrek również miał wkład w jej powstanie!
digan: Tak, narwałem liści na balkonie, bo Ola wzięła jakieś zeschłe. Zacząłem grymasić, że to jest prosty koncept, mają być liście! (śmiech)

A czy jest coś w Waszym muzycznym dorobku, czego dzisiaj się wstydzicie?
Raph:
Usunęliśmy ostatnio z kanału na YouTube płyty „Bluedive EP” i „Koniec świata”. Nie potrafimy się już jarać tymi rzeczami.

Ale czy pojawia się przy tym wszystkim poczucie wstydu?
Raph i digan
(równocześnie): Nie.
Raph: Te płyty dalej można ściągnąć za darmo z internetu, więc całkiem śladów nie zacieramy. Nie ma w tym wszystkim wstydu. Jako muzycy jesteśmy już na innym etapie, poszliśmy o wiele dalej. Słucham starszych rzeczy i myślę sobie, że tyle można by tam poprawić i ulepszyć.

To jest to, o czym pisałem w recenzji „Natural Disaster” – nowa płyta jest o wiele lepsza od poprzednich. Wcześniejsze albumy nazwałem przecież wprawkami.
Raph:
Myślę, że jest w tym stwierdzeniu trochę prawdy. Bez poprzednich płyt nie doszlibyśmy na pewno do poziomu, jaki prezentujemy teraz i do brzmienia, które pojawiło się na „Natural Disaster”.
digan: Nie ma się też w co wczuwać. Za pięć lat stwierdzimy, że „Natural Disaster” to jest gówno.
Raph: „Anhedonia EP” podoba mi się jednak do teraz.
digan: Mi też się podoba. Wróciłbym tutaj do kwestii szczerości. „Anhedonia EP” była robiona na zasadzie „mam w sobie tonę żółci i muszę to z siebie wyrzucić”.
Raph: Mieliśmy wtedy takie podejście, żeby zrobić epkę na dziesięć minut i wkurwić słuchaczy, bo pewnie i tak nikt tego nie będzie słuchał. Dlatego zaskakuje mnie, że numer tytułowy z tej płyty ma dużo odtworzeń. Piotrek, szczerze, kiedy ostatnio słuchałeś go w całości? Ja pewnie kilka lat temu.
digan: (po chwili zastanowienia) Jakiś rok temu.

Często słuchacie swoich wcześniejszych płyt lub pojedynczych utworów?
Raph:
Tych starszych – nie aż tak często. Natomiast rzeczy, nad którymi aktualnie pracujemy, słucham bardzo często. Na przykład jadąc autobusem lub pociągiem odpalam to, co zrobiliśmy. W międzyczasie zastanawiam, czy czegoś nie poprawić, czegoś nie zmienić. Przykładowo ostatnio w jednym z naszych projektów był fragment, który mocno zaburzał dynamikę numeru. Doszedłem do takiego wniosku w trakcie podróży i od razu napisałem Piotrkowi, że trzeba to zmienić.

To jest trochę słuchanie muzyki z pozycji odbiorcy, w sytuacji codziennej, jak wspomniana jazda autobusem.
digan:
Mimo wszystko uważam, że w naszym przypadku jest to wciąż słuchanie z pozycji producenta. Odbiorca po prostu wysłuchałby takiego utworu. Ja słysząc coś, co mi nie pasuje, od razu chciałbym to poprawić. Są jednak sytuacje, że nie mogę zrobić tego od razu, ponieważ na przykład jadę akurat tramwajem do pracy. Wkurza mnie to bardzo, ale co zrobisz.
Raph: Też tak mam. Plus jest taki, że po powrocie do domu od razu wiem, co mam zrobić, żeby utwór był lepszy.
digan: Tak samo było przy „Natural Disaster”. Największy fun miałem wtedy, jak robiliśmy płytę. Słuchałem często tych utworów, byłem z nimi na bieżąco. Cieszyło mnie, jak szukaliśmy sposobów, żeby ulepszyć ich brzmienie. Kiedy zamknęliśmy całość, czułem lekkie zmęczenie. Teraz, kiedy jej słucham jako gotowej, czuję radość, ale pewnie za kilka tygodni mi się to znudzi.
Raph: Jak każda wcześniejsza płyta. Jeśli człowiek jest zmęczony jakimś materiałem, to wraca do niego dopiero po jakimś czasie. Ostatnio po dłuższej przerwie słuchałem „Black To White”. Myślę, że pod względem brzmienia to jest straszna „buła”. Przykładowo perkusje – jak one kwadratowo brzmią.
digan: Ja nie mam z tym problemu.

Ponieważ nie nagrywałeś perkusji, to Rafał za nie odpowiada. (śmiech)
Raph:
Ale na nową płytę już nagrywał perkusję. Nawet jestem zaskoczony i jednocześnie dumny z Piotrka, ponieważ zawsze miał problem ze zrobieniem fajnej perkusji, a na „Natural Disaster” udało mu się to nawet kilka razy.
digan: Wszystko na pętlach. (śmiech) Dobra, zostawmy już tę moją perkusję. Wiecie, co jest naprawdę fajne? Mościce (fabryczna dzielnica Tarnowa – przyp. red.).

Serio? Ale inspirują Cię do tworzenia?
digan:
Tak, inspirują mnie. W dzieciństwie spędziłem tam sporo czasu, może dlatego mam do tej dzielnicy taki sentyment. Jednak dzisiaj, jako człowiek dorosły i inaczej patrzący na świat, uważam, że to strasznie dobre miejsce do życia. Osiedle zaprojektowane przez urbanistów! W czasach szalonych deweloperów to czyste science fiction. Poza tym jest w tym wszystkim wyczuwalny PRL, ale widać było, że projektanci jarali się jakimś futuryzmem. Na przykład budynek Centrum Sztuki Mościce, który teraz jest chujowy, bo go odremontowali i wygląda jak… buty. Ale wcześniej tak nie wyglądał i strasznie mi się podobał. Ten stadion… Nawet kościół mi się tam podoba.

Stadion? Naprawdę? Jako kibic żużla spędzam tam sporo czasu i to jest przecież ruina. Wręcz skansen.
digan:
Ale to jest właśnie ciekawe – ten skansen w otoczeniu futuryzmu. Te światła! A obok stadionu – dworzec.

Tak, co do dworca zgodzę się z Tobą. Budynek, jako bryła z zewnątrz i wewnątrz – świetny! Byłem tam raz na występie zespołu Pustki. Akustyka strasznie kulała, ale cały koncert wspominam bardzo dobrze. Pamiętam, że zakochałem się wtedy w tym wnętrzu. Moim zdaniem ten budynek się marnuje, powinien zostać lepiej wykorzystany. Klub, może galeria sztuki?
digan:
Tak, jest to pewien pomysł. A lodowisko-hala Jaskółka, którą skończyli budować pod koniec lat osiemdziesiątych? Ten budynek też się idealnie wpasował w otoczenie, w cały klimat Mościc. Pewnie dlatego, że projekt był klepnięty w końcówce PRL-u. (zwracając się do Rapha) Mówię Ci, stary, zróbmy płytę o Mościcach.

Być może jeszcze udałoby się Wam na tym zarobić? Chociażby stypendium kulturalne prezydenta miasta Tarnowa.
Raph:
Palmer Eldritch jak L.U.C, który nagrał płytę „39/89 Zrozumieć Polskę” i wkleił między muzykę wypowiedzi Wałęsy?
digan: Takie schylanie się po granty. Wiem, o co Ci chodzi. To by akurat bolało.

Wywiad przeprowadzony 4 lutego 2017 roku.


Dworzec PKP w Tarnowie-Mościcach przed koncertem zespołu Pustki (foto: Mateusz Zaczkiewicz/axunarts.pl)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2017-02-20 by in Wywiad and tagged , , , .
%d blogerów lubi to: