AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Gold Song #353: „Maseru”

Dom jest tam, gdzie jest muzyka.

Hugh Masekela podczas koncertu w 2009 roku (foto: Tom Beetz, Wikimedia Commons/CC-BY-2.0)

Słucham muzyki wydanej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, o czym pisałem zresztą tydzień temu, i jak to zwykle ze mną bywa, wymyślam sobie pewnie nikomu niepotrzebne plebiscyty w stylu „dziesięć najlepszych płyt nagranych przez gitarzystów” lub „dziesięć najbardziej ponurych piosenek” tamtej dekady. Cała zabawa polega na tym, że w zasadzie to wymyślanie zapewne nigdy nie skończy, bo przecież w każdej chwili można wpaść na pomysł nowej, nawet najbardziej absurdalnej listy. O, chociażby „dziesięć najlepszych płyt nagranych przez wokalistki, które przefarbowały się na blond”.

Lata siedemdziesiąte – i pewnie większość osób czytających teraz ten wpis zgodzi się ze mną – to niesamowicie mocny czas, jeśli chodzi o muzykę. Niemal co roku ukazywały się wówczas płyty, które dzisiaj wymieniamy wśród najlepszych muzycznych albumów wszech czasów. Próbka dla tych, którzy nie wierzą: 1970 – The Grateful Dead „American Beauty”, 1971 – Marvin Gaye „What’s Going On”, 1972 – David Bowie „The Rise And Fall Of Ziggy Stardust…”, 1973 – Bob Marley And The Wailers „Catch A Fire”, 1974 – Van Morrison „It’s To Late To Stop Now”, 1975 – Bruce Springsteen „Born To Run”, 1976 – Ramones „Ramones”, 1977 – Iggy Pop „The Idiot”, 1978 – Kraftwerk „The Man-Machine”, 1979 – Michael Jackson „Off The Wall”. I teraz rzecz najciekawsza, jaka wiąże się z tamtą dekadą: przy wyborze powyższych tytułów ominąłem jakieś czterdzieści-pięćdziesiąt płyt, które z czystym sumieniem również mógłbym wymienić.

Tylko po co o tym wspominam?

Sporządziłem listę dziesięciu płyt z lat siedemdziesiątych, które – moim zdaniem – są zazwyczaj pomijane przez słuchaczy w rankingach na najlepsze tytuły tamtego okresu. Mniejsza o to, jakie albumy pojawiły się na miejscach od dziesiątego do drugiego, ponieważ, raz, nie zapisuję tego, dwa, za pół roku zestawienie to wyglądałoby zapewne zupełnie inaczej. Istotny jest fakt, że numerem jeden okazał się materiał „Home Is Where The Music Is” Hugh Masekela. To przede wszystkim świetna jazzowa płyta – zdecydowanie jedna z ciekawszych wywodzących się z Afryki. Jej autor, pochodzący z RPA trębacz, uznawany jest za lidera pierwszego zespołu, który w swoim kraju nagrał album jazzowy. Czasowo zbiegło się to z nasiloną polityką segregacji rasowej. Jak kilka lat temu w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wyznał sam Masekela, grał jazz, ale niczym gwiazda rocka był buntownikiem, a jego muzyka była zaangażowana politycznie: – Nasza muzyka zawsze odnosiła się do polityki, nie było innych możliwości. (…) Będąc w opresji staraliśmy się z niej wyzwolić, walczyliśmy z systemem, który gnębił nas w coraz bardziej wymyślny sposób.

Nie będę bawił się w biografa i przywoływał najważniejsze daty z życia Masekela. W internecie znajdziecie wiele tego typu tekstów, które z pewnością przybliżą wam tę postać. Zatrzymam się na chwilę przy wydarzeniach z początku lat 60., które zmusiły trębacza do podjęcia bodaj najistotniejszej decyzji w jego życia – do opuszczenia rodzinnego kraju. To na emigracji powstały najważniejsze dzieła w dorobku muzyka, m.in. wprowadzony na szczyt notowania Billboardu utwór „Grazing In The Grass”. Okres ten to romans jazzmana z popem oraz współpraca z największymi muzycznymi tuzami, jak chociażby Herbie Hancock i Aretha Franklin. Mieszkając w Stanach Zjednoczonych, ciesząc się wolnością osobistą i artystyczną, Masekela tęsknił jednocześnie za domem, za ojczyzną. Jazz-pop, jaki dominował w tamtym czasie w jego twórczości, również zaczynał mu brzydnąć. Muzyk zapragnął zmian, zapragnął być bliżej swoich. W taki sposób wylądował w Gwinei, ale zanim fizycznie powrócił na afrykańskie łono, zrobił to również na płaszczyźnie muzycznej. Płyta „Home Is Where The Music Is” zrywa po prawie dekadzie z jazz-popem. Artysta sięga ponownie po swoje korzenie, afrobeat oraz panafrykańskie wątki. Materiał z miejsca stał się nie tylko wartym uwagi dziełem muzycznym, ale także jednoznacznym świadectwem przynależności do konkretnej grupy społecznej i brzmieniową deklaracją jazzmana w kwestiach politycznych.

Do wyboru miałem dziesięć kompozycji, bowiem tyle umieszczono na płycie z 1972 roku. Zdecydowałem się przypomnieć tę zatytułowaną „Maseru”. Nie przeważył poziom nagrania (jeśli miałbym postawić na najlepszy numer, byłby nim „Blues For Huey”), ale autorstwo. „Maseru” to jedyna kompozycja na albumie, której autorem jest Masekela. Jej tytuł nawiązuje do stolicy Lesotho – państwa, które za jedynego sąsiada ma Republikę Południowej Afryki. Jak czytamy w internecie, na terenie Maseru znajduje się jedyny dworzec kolejowy w całym Lesotho, z którego pociągiem można dostać się do jednego z miast RPA. Trębacz w obawie przed aresztowaniem i złym traktowaniem ze względu na kolor skóry nie mógł w tamtym czasie fizycznie wrócić do rodzinnego kraju. Skorzystał więc z pomocy muzyki. (MAK)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: