AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Palmer Eldritch „Natural Disaster”

Katastrofy nie ma. Duet Palmer Eldritch w formie.

Okładka płyty „Natural Disaster” (foto: materiały prasowe)

Znacie poprzednie płyty duetu producenckiego Palmer Eldritch? Świetnie, to teraz możecie o nich zapomnieć. To były wprawki (uwaga ta tyczy się nawet wychwalanego drugiego krążka z Justyną Sylwią). Nowy materiał, „Natural Disaster”, to zupełnie inny, wyższy poziom, a użyty jakiś czas temu przez muzyków slogan „zwycięskie brzmienie”, doczekał się wreszcie urzeczywistnienia.

Raph i digan grają razem nie od wczoraj. Panowie, którzy już pewnie na zawsze pozostaną w głębokim muzycznym podziemiu (chciałem napisać „w głębokiej dupie”, ale dalsze rozwinięcie tej frazy nie byłoby miłe ani dla twórców, ani dla mnie), od samego początku pokazują, że brzmieniowy eksperyment nie jest im obcy. Przez kilka ostatnich lat ich działalność skupiała się na produkcji płyt innych wykonawców (interesujące spoken wordowe krążki z Estragonem) oraz współpracy z wokalistkami. Okres ten przepełniony był poszukiwaniem rozwiązań, których trudno było doświadczyć wcześniej, podczas nagrywania tylko w duecie. „Natural Disaster” jest więc swego rodzaju powrotem do korzeni związanych z wydawaniem muzyki pod szyldem Palmer Eldritch bez żadnego uzupełnienia po znaku &.

Za ponownym wyborem stricte instrumentalnej muzycznej formy nie poszło powielanie pomysłów na brzmienie. Być może część słuchaczy będzie zawiedziona, ale duet porzucił (swoją drogą ciekawe na jak długo) fascynację odkurzaczami. Tym razem zamiast nudnej ambientowej stylistyki, producenci proponują bardziej przystępne melodie z elementami zaczerpniętymi z pieśni plemiennych oraz stylizowanym na nie brzmieniem (np. „Ritual Of Sunspots”, „Life And Death Of George Martin”, „The Great Wheel”). Zastosowanie tego, jak zwykłem go nazywać, szamańskiego motywu, okazało się strzałem w dziesiątkę. Dobrze, że panowie pokusili się o takie urozmaicenie. Niewątpliwie wpłynęło to na muzyczne zespolenie materiału, gwarantując jednocześnie jego lepszy odbiór. Pojawiający się w większości utworów pierwiastek pierwotności sprawia, że „Natural Disaster” owiany jest nutką tajemniczości i mroczności, która może nawet uwydatniać ukryte głęboko w człowieku lęki (przykładem „The Rose, The Phoenix, The Crowned King” z mantrowym fragmentem i dość demoniczną końcówką). Podobne uczucia towarzyszyły mi ostatnio podczas obcowania z krążkiem „Primal” tria Tomasza Sroczyńskiego (2016, For Tune).

Nowa płyta Palmer Eldritch to materiał niezwykle dopracowany. Odkąd tylko pamiętam, duet słynął z dopieszczonych dźwięków, jednak tym razem detale zostały dokręcone niemal do perfekcji. Ten plemienny wątek to tylko część atrakcji, jakie czekają na słuchaczy-śmiałków. Raph i digan uzupełnili melodie także samplem imitującym chorał („Brothers And Sisters”) i świetną perkusją w drugiej części „Radiosphere Preachers”. Uwagę zwraca też „The Autumn In Your Hometown”, w którym producenci jakby powielali rytmiczne rozwiązania z wcześniejszego utworu, ale w o wiele spokojniejszej formie. Kończąc tę wyliczankę zalet trzeba wspomnieć o brzmieniu „Tlaloc”, będącego z kolei powrotem do plemiennego trip-hopu dominującego na początku płyty.

Jedyna uwaga in minus, jaką mam do tego albumu, jest taka, że w dwóch (no, może trzech) momentach materiał zostaje jakby oderwany od wątku przewodniego. Są to: druga część „New Atman, Now In Bigger Bottle” przywołująca na myśl bardziej legendę o fleciście z Hameln niż afrykańską pierwotność; elektroniczność „The Beginners Guide To Maya”, która nie ma punktów wspólnych z resztą płyty; oraz kończący wszystko numer „Lullaby” zagrany przez Rapha na kalimbie (przypomina on melodię z babcinej pozytywki znalezionej na strychu pośród szpargałów i zdjęć dziadka z Wermahtu). Utwory te same w sobie są świetne, ale słuchane w otoczeniu reszty tytułów z „Natural Disaster” moją gorsze notowania.

Palmer Eldritch swój nowy materiał zapowiadali, jako współpracę „dwóch producentów, trzynaście instrumentalnych utworów, bogate aranżacje, czystą radość tworzenia”. Myślę, że słowa te idealnie oddają to, co powstało, oraz to, co czeka słuchaczy, którzy dadzą tej płycie szansę. Bo dacie, prawda? (MAK)

Palmer Eldritch „Natural Disaster”
(2017; Skwer)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2017-02-01 by in Recenzja and tagged , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: