AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Wywiad: Katarzyna Borek – „Muzyka daje nieograniczone możliwości rozwoju i wyboru”

Rozmowa z autorką płyty „Space In Between”.

Katarzyn Borek (foto: facebook.com/katarzynaborekpianist)

Pamiętacie projekt „Chopin na pięć fortepianów” prezentujący muzykę polskiego kompozytora w sposób zarówno klasyczny, jak i jazzowy? Za przedsięwzięciem tym stali czołowi krajowi pianiści: Sławek Jaskułke, Paweł Kaczmarczyk, Joanna Duda, Piotr Wyleżoł oraz Katarzyna Borek, która w maju ubiegłego roku zaprezentowała solową płytę „Space In Between”. Z myślą o albumie pianistka stworzyła i nagrała osobistą kompilację ulubionych kompozycji, zabierając je w kosmiczną przestrzeń. Artystka w wywiadzie dla AxunArts opowiada między innymi o pracy nad materiałem, selekcji dźwięków kosmosu, reakcjach słuchaczy oraz tworzeniu muzyki do spektakli teatralnych.

*** *** *** ***

Mateusz Kołodziej: Lubisz twórczość Davida Bowiego?
Katarzyna Borek: Gwiazdy muzyki pop nigdy nie były w centrum mojej uwagi, ale podziwiam Bowiego. Przyciąga niesamowitą energią, wyobraźnią, temperamentem, kreatywnością, charyzmą. Mając świadomość, że wypowiadam się o artyście, który odszedł, powinnam wyrażać się w czasie przeszłym, ale jest i będzie dla mnie jedną z największych osobowości muzycznych – magikiem, wizjonerem. Wcielając się w tyle ról, wypowiadając się zawsze spektakularnie i zarazem dość symbolicznie, potrafi przekazać nieoczywiste treści w sposób, który trafia do milionów odbiorców. To jest chyba sekret bycia wielkim artystą, nie tylko muzykiem ale także odważnym podróżnikiem, performerem.

Zapytałem ponieważ Anglik również miał swój kosmiczny epizod w muzyce. Twoja nowa płyta „Space In Between” dotyka tematu przestrzeni międzyplanetarnej. Dla Bowiego album z 1972 roku był punktem wyjścia dla wykreowania swojego nowego (na tamten czas) alter ego, Ziggy’ego Stardusta. Ty aż tak daleko się nie posuwasz, ale związek z kosmosem jest jednoznaczny. Czym dla Ciebie jest kosmos?
Przy tworzeniu konceptu płyty „Space In Between” nie myślałam o kreowaniu swojego kosmicznego alter ego. Przede wszystkim na pierwszym planie jest muzyka, przestrzeń fortepianu, a ja wcielam się w muzykę. Ostatecznie więc jest to moja jedyna rola. Połączenie dźwięków fortepianu z dźwiękami kosmosu to pewnego rodzaju refleksja nad naturą muzyki i postrzeganiem jej jako coś, co słyszalne jest ludzkim uchem i widzialne jako performance gołym okiem. Dużo mówi w tym temacie np. stara pitagorejska filozofia „muzyki sfer”. Takie podejście mniej materialnego, a bardziej duchowego postrzegania muzyki, jest mi bliższe. Kosmos istnieje dla mnie w naturze wszędzie, także „pomiędzy” słyszalnym i niesłyszalnym czy widzialnym i niewidzialnym. Muzyka i dźwięki otaczają nas wszędzie, jesteśmy otoczeni przez tony o różnej wysokości i natężeniu. Cisza także jest dźwiękiem, lecz o innym natężeniu. Wszystko, co dzieje się w naturze, dzieje się z pewnymi zasadami proporcji, którym towarzyszy dźwięk, także planety pozostające w ruchu, które tworzą między sobą pewną harmonię. Niestety nie jesteśmy w stanie ludzkim uchem odbierać większości dźwięków, choć wydaje nam się, że jesteśmy w swej naturze tacy doskonali. Jesteśmy tak skonstruowani, a może nie wykorzystujemy w pełni swojego potencjału?

Na swojej płycie wykorzystałaś – w dużym uproszczeniu – „dźwięki kosmosu” zarejestrowane przez urządzenia NASA. W Polsce, jeśli się nie mylę, to pierwszy tego typu przypadek. Na świecie dwóch czy trzech wykonawców wpadło już na podobny pomysł. Ty jednak nie kombinowałaś, nie wplatałaś kosmicznych szumów do muzyki, ale umieściłaś krótkie fragmenty jako przejścia pomiędzy kolejnymi utworami. Czym kierowałaś się w doborze tych kosmicznych przerywników, bo podejrzewam, że nie są to wybory na chybił-trafił?
Kiedy wymyślałam koncepcję programu na płytę i grałam sobie te utwory, w tym samym czasie, przez kilka tygodni wsłuchiwałam się w dźwięki zarejestrowane przez NASA Space Voyager. Zdarzało się, że nagrania sączyły się z głośników cały dzień, niektóre też towarzyszyły mi w nocy, kiedy spałam. Zupełnie naturalnie zaczęłam łączyć brzmienie poszczególnych planet z konkretnymi utworami i postanowiłam je razem zestawić. Na przykład „In A Landscape” Cage’a i dźwięki Neptuna brzmią ze sobą w takiej symbiozie, jakby mogły trwać razem w nieskończoność. Ciekawe jest to, że np. symbolika Neptuna w mitologii związana jest z morzem, odbiciem świata postrzeganego zmysłami w głębi ludzkiej podświadomości. Kojarzy się z mitami, legendą, duchowością, halucynacją, snem. To słyszę w muzyce tej planety i to także najlepiej oddaje wrażenie, które towarzyszy mi podczas grania utworu Johna Cage’a. Każdemu z utworów zadedykowałam dźwięki planet, z wyjątkiem utworów japońskiego kompozytora Takashi Yoshimatsu, który sam w swoich tytułach odniósł się do kosmosu („Globular Romance From Pleiades Dances czy „Piano Folio To A Disappeared Pleiade”). Na płycie znajduje się także kilka moich aranżacji na fortepian i rhodes, które brzmią bardziej elektronicznie i przestrzennie niż oryginały tych utworów (np. Manuel de Falla „Asturiana”), gdzie efektowany rhodes w połączeniu z fortepianem i introdukcją dźwięków planety tworzą razem muzyczny ambient.

Dziesięć utworów cudzych dopełniłaś kompozycją „Planet X”, czyli efektem współpracy z Wojciechem Orszewskim, z którym w niedalekiej przeszłości nagrałaś płytę „Tempus Fantasy”. Jak należy rozumieć ten autorski numer? To własna synteza wcześniejszych utworów zamieszczonych na płycie?
Nie traktowałabym tego jako syntezy wcześniejszych utworów. Jest to nasza wspólna, krótka, autorska kompozycja syntezatorowa, inspirowana dźwiękami fal elektromagnetycznych kosmosu. Tytuł jest dość symboliczny, bo jak sama nazwa wskazuje – planeta X istnieje tylko hipotetycznie, możemy więc sobie tylko wyobrażać jak mogłaby brzmieć. Utwór „Planet X” to krótka impresja na temat Nibiru – mitycznej planety o ekstremalnie wydłużonej orbicie, którą opisują sumeryjskie teksty. A ponieważ planeta ta według tych opisów znajduje się najdalej od słońca, poza orbitą Neptuna, któremu przypisałam przedostatni utwór Johna Cage’a, kompozycja „Planet X” została umieszczona na samym końcu.

Płyta „Space In Between” jest bardzo minimalistyczna: Ty plus Twój instrument. Z premedytacją nie chciałaś rozbudować instrumentarium i zostawiłaś pięciolinię tylko dla siebie?
Takie było moje założenie – nagrać płytę solową, ale w przestrzennym, medytacyjnym klimacie. Instrumentarium jest rozbudowane tylko o rhodes, który tworzy podstawę kilku kompozycji. Po wielu latach studiowania repertuaru muzyki klasycznej i wykonywania na koncertach bardzo rozbudowanych i wirtuozowskich utworów, pogranie bardziej minimalistycznych form sprawiło mi ogromną przyjemność. Z drugiej strony wcale nie jest to łatwym zadaniem, ponieważ prawdziwą sztuką jest wypełnić znaczeniem przestrzeń pomiędzy kilkoma prostymi dźwiękami.

Od premiery płyty minął ponad pół roku. Coś przez ten czas coś zaskoczyło Cię w reakcjach słuchaczy, z jakimi się spotkałaś?
Zaskoczyło mnie bardzo to, jak wiele osób pozytywnie odebrało płytę, także zupełnie mi nieznajomych. Wśród nich dość sporą część zajmuje grupa ludzi, którzy nigdy wcześniej nie słyszeli żadnej mojej płyty i poprzez „Space In Between” dowiadywali się o innych albumach czy wcześniejszych projektach, takich jak np. płyta czy spektakl „Tempus Fantasy”. Cieszy mnie także fakt, że nikt na siłę nie starał się sklasyfikować mojej płyty do jakiegoś „gatunku”, choć zdarzyło się klika bardzo zaskakujących odniesień czy skojarzeń z muzyką, której wcześniej nigdy nie słuchałam. Ktoś także wspomniał, że moja płyta wzbudza w nim niezdefiniowane poczucie lęku. W większości przypadków jednak wyzwala pozytywne emocje i działa ponoć wręcz terapeutycznie.

Pozwoliłem sobie zahaczyć o reakcje odbiorców, ponieważ poprzez pojawiające się recenzje (chociażby Dawida Bartkowskiego z goodkid.pl) zauważyłem, że „Space In Between” dociera do osób, które nie są w pierwszej kolejności kojarzone z tego typu muzyką. Cieszy Cię to jako autorkę? A może pozostaje pewien niedosyt, że słuchacze obcujący na co dzień z – nazwijmy to – muzyką fortepianową nie są w wystarczającym stopniu zainteresowani albumem?
Nie jestem do końca pewna, czy coś takiego jak „zamknięte grono odbiorców muzyki fortepianowej” w ogóle istnieje. Płyta wyszła w wydawnictwie Leszka Możdżera BITTT, czyli pod „patronatem” pianisty jazzowego. Bardzo mnie to cieszy. Nie jest jednak do końca ani płytą jazzową, ani klasyczną. Zawiera natomiast element pewnego rodzaju eksperymentu i jej zawartość z pewnością ma wymiar bardziej współczesny, a także w pewnym stopniu autorski. Stąd pewnie spore zainteresowanie słuchaczy spoza środowiska klasycznego czy tylko fortepianowego, a szczególnie duże wśród fanów muzyki elektronicznej czy jazzowej. Sądzę, że tak samo jak wielu muzyków, podobnie słuchaczy można podzielić na tych, którzy słuchają muzyki tylko w jednym gatunku lub też poszukują inspiracji. Zainteresowanie płytą w innym środowisku niż tylko wśród słuchaczy jednego gatunku nie przemawia więc dla mnie w żaden sposób na niekorzyść. Wręcz przeciwnie, bardzo mnie to cieszy.

Od chwili kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Twoją osobą, a było to przy okazji czytania informacji o projekcie „Chopin na pięć fortepianów”, mam nieodparte wrażenie, że walczysz z łatką pianistki klasycznej, która przylgnęła do Ciebie w tamtym okresie. „To reszta zespołu ma zapędy jazzowe, Katarzyna Borek jest tą klasyczną stroną projektu”, mówili krytycy i recenzenci. A Ty niemal wszystkimi późniejszymi muzycznymi decyzjami i eksperymentami pokazujesz, że się mylili. Jak to w końcu jest z tą Twoją klasyczną i nieklasyczną stroną?
Projekt „Chopin na pięć fortepianów” powstał w 2010 roku, mianowanym Rokiem Chopinowskim, z inicjatywy pianisty jazzowego Sławka Jaskułke. Było to dla mnie piękne doświadczenie i wykonaliśmy wspólnie wiele wspaniałych koncertów. Każdy z pianistów współtworzących projekt jest inną osobowością muzyczną, dlatego w rezultacie wiele to wniosło do naszego dialogu. Zgadza się, jestem osobą „wykształconą klasycznie” i wystąpiłam w tym projekcie jako „ogniwo klasyczne”, ale nigdy nie odczuwałam na sobie z tego powodu piętna przypisywanej łatki i moje dalsze poszukiwania muzyczne nie mają nic wspólnego z walką o wizerunek osoby mniej lub bardziej wyzwolonej muzycznie. Jest to naturalna konsekwencja rozwoju i chęci poszukiwania nowych brzmień. Nie mam także absolutnie nic przeciwko nazywaniu mnie „pianistką klasyczną”, ponieważ w życiu nagrałam się najwięcej klasyki i wiele dzięki temu zyskałam.

Sięgając daleko w przeszłość, zawsze interesowałam się muzyką bardziej wszechstronnie, otaczałam się osobami, które poszukiwały muzycznie, grały bardzo różną muzykę, chodziłam na różne koncerty. Wynik moich obserwacji jest taki, że większość pianistów odnoszących sukcesy, np. na gruncie muzyki szeroko rozumianej jako „jazz” czy innego typu muzyki, miało do czynienia w różnym stopniu z klasyką. Mogę tutaj wymieniać nieskończenie długą listę znanych i mniej znanych nazwisk. Niektórzy po prostu zaczynali od klasyki, mieli z nią kontakt w domu rodzinnym, czy porostu słuchali, niektórzy studiowali klasykę i wykonują ją nadal, część do niej wraca. U wielu słychać rozwiązania, które wynikają z wiedzy, którą także zaczerpnęli z klasyki. Nic w muzyce, podobnie jak w naturze nie jest od siebie oderwane.

Zdecydowanie mniej znanych „klasyków” miało czy ma cokolwiek wspólnego z poszukiwaniem innego języka. Dlaczego tak jest? Myślę, że po części jest to spowodowane specyfiką systemu edukacji muzycznej, który określa pewne ramy. Natomiast każdy system posiada jakieś ramy. Na świecie jest jednak wielu wspaniałych, odważnych i eksperymentujących muzyków klasycznych. Najważniejszym momentem jest chyba moment, w którym każdy sam może zdecydować w jakim kierunku chce pójść. Muzyka daje moim zdaniem nieograniczone pole, możliwości rozwoju i wyboru dla każdego, kto jest w stanie takiego wyboru dokonać. Jest to kwestia uzyskania jakiegoś poziomu, głównie świadomości i poczucia wolności w podejmowaniu tych wyborów. Jestem w momencie, w którym z wielką przyjemnością zagram koncerty klasyczne i dalej rozwijam swój repertuar, ale otwieram się na coś zupełnie innego jeśli tylko czuję, że mam na to ochotę. Jest to jednak zupełnie inna specyfika pracy i podejścia do słyszenia muzyki. Dużo inspiracji czerpię od osób, które spotykam, z którymi decyduję się coś wspólnie stworzyć.

Katarzyna Borek (foto: Łukasz Gawroński, Sylwia Cegielna)

Skoro wywołałem temat „Chopina na pięć fortepianów”, chciałem zapytać Cię o to, czy nie miałaś obaw co do przerabiania i dokonywania zmian w aranżacji kompozycji Chopina, bo na tym też polegał ten projekt na płaszczyźnie muzycznej. Dla wielu taki zabieg to wręcz niszczenie dobra narodowego, a wiesz, jak to jest narazić się muzycznym ortodoksom – lekko nie ma.
W projekcie „na pięć fortepianów” wykonywałam na koncertach wybrane utwory Chopina czy ich fragmenty w oryginale. Sławek Jaskułke, Joanna Duda, Piotr Wyleżoł i Paweł Kaczmarczyk występowali jako jazzowa strona projektu. Mieliśmy okazję zagrać wspaniałe koncerty w Polsce i w Azji, i wszędzie reakcje były bardzo entuzjastyczne. Mój bardziej autorski epizod z aranżowaniem muzyki Chopina znalazł się na płycie Classica & Electronica „Tempus Fantasy”. Brałam też udział w bardzo ciekawym spektaklu galowym PPA, reżyserowanym przez Agatę Dudę-Gracz, pt. „Rewolucyjna”, gdzie grałam „Etiudę Rewolucyjną” osadzoną w różnych kontekstach obok pieśni rewolucyjnych i undergroundowych piosenek hipisowskich. Tutaj jednak, ponieważ wystąpiłam w piżamie grając Chopina, okazało się to niegodnym występkiem o oczach kilku reprezentantów środowiska klasycznego starszej daty.

Wniosek jest jeden: muzyka i świat cały czas ewoluują, a bycie ortodoksem zaprzecza ewolucji i powoduje wojny. Zgadzam się, w świecie muzyki klasycznej zawsze znajdzie się jakiś ortodoks, ale spotykam się z takimi sytuacjami coraz rzadziej, częściej, jak wspomniałam, wśród muzyków starszego pokolenia. Każdy ma prawo wygłosić swoją opinię, ale jeśli mówimy o jakimś wykonaniu, które zakłada wykorzystanie muzyki Chopina czy jego wizerunku w sposób artystycznie ciekawy i twórczy, to dyskutowanie o tym w kontekście niszczenia dobra narodowego jest dla mnie niedorzeczne. Żyjemy w XXI wieku i każdy artysta ma prawo odnieść się do historii z punktu widzenia współczesności. Tak robili wielcy kompozytorzy, którzy swoim nowatorskim podejściem wyprzedzali swoje epoki i tak powstawały dzieła klasyfikowane dzisiaj do zbiorów „dóbr narodowych”.

Muzyka do spektakli teatralnych i filmów to kolejny temat, który chciałbym poruszyć. Praca nad ścieżką dźwiękową do „Chłopca z żabą” była dużym wyzwaniem? Co przysporzyło Ci najwięcej trudności?
Muzykę do filmu „Chłopiec z żabą” w reżyserii braci Bartos skomponowałam wspólnie z Wojciechem Orszewskim. Było to moje pierwsze doświadczenie z tworzeniem muzyki do filmu i sprawiło mi wiele przyjemności. Wspólnie z twórcami filmu założyliśmy, że muzyka będzie miała najmniej instrumentalny charakter, a bardziej wrażeniowy, minimalistyczny, ambientowy. Rezultatem tej decyzji było użycie zupełnie innego instrumentarium niż np. fortepian, do którego przywykłam. Jeśli więc wykorzystywałam jakieś instrumenty klawiszowe, to do tworzenia zupełnie innych, mniej oczywistych brzmień. Chyba to było największym wyzwaniem dla mnie, jako osoby, która przywykła wcześniej do wyrażania się głównie poprzez dźwięki fortepianu.

Z której współpracy przy produkcji teatralnej jesteś najbardziej zadowolona i dlaczego?
Myślę, że jest to spektakl teatru tańca „Tempus Fantasy” w reżyserii Jacka Gębury. Powstał na bazie muzyki z płyty o tym samym tytule, a jego premiera miała miejsce na dużej scenie Teatru Muzycznego Capitol w 2014 roku. Spektakl ten można zobaczyć nadal na scenie Capitolu. Płyta jest pewnego rodzaju fortepianowo-elektroniczną fantazją opartą na wybranych tematach z klasyki. Powstało z tego wspaniałe widowisko, w którym kluczową rolę odgrywa opowieść poprzez taniec współczesny z muzyką wykonywaną na żywo. Całość rozgrywa się w pięknej scenografii i z towarzyszeniem nowoczesnych projekcji. Ostatnio mieliśmy okazję wystąpić z tym spektaklem także poza sceną Capitolu, w Teatrze Studio w Warszawie. Mam nadzieję, że wiele się jeszcze z tym projektem wydarzy.

Gdzie, jako muzyk, widzisz się za dziesięć lat?
Dziesięć lat to bardzo długi okres czasu. Kiedy prześledzę ile wydarzyło się w moim życiu przez ostatnie dziesięć lat, jest to dość piękne i zaskakujące jednocześnie. Mam więc nadzieję, że za dziesięć lat będę mogła spojrzeć wstecz z zadowoleniem, jaki progres wykonałam.

Mamy styczeń, branża muzyczna ma to do siebie, że lubi w tym okresie gaworzyć o minionych dwunastu miesiącach. Ja jednak, trochę na przekór, chciałem zapytać Cię o plany na 2017 rok. Co szykujesz dla słuchaczy?
Pierwsza płyta, która zapewne się prędko ukaże, będzie płytą, którą nagrałam wspólnie z producentem i perkusistą Pawłem Osickim (PUSZ). Nie ma na niej dźwięków fortepianu. Będzie to raczej płyta dla miłośników elektronicznych brzmień, które powstały w wyniku eksperymentowania na przeróżnych instrumentach. Chciałabym także w tym roku nagrać kolejną solową płytę fortepianową, która będzie miała wymiar w pełni autorski.

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Advertisements

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2017-01-14 by in Wywiad and tagged , , , .

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: