AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Podsumowanie 2016 roku: Najlepsze zagraniczne płyty

Dziesięć najlepszych płyt 2016 roku.

Nie będę rozpisywał się o kondycji muzyki w 2016 roku, ponieważ chyba każdy, kto śledzi to, co dzieje się na świecie, potwierdzi, że było gorzej niż na przestrzeni poprzednich dwunastu miesięcy. Być może nie był to drastyczny spadek formy, jednak tak wielu pozytywnych zaskoczeń już nie było. Na mój pogląd wpływ może mieć fakt, że od premier płyt ważniejsze były jednak informacje o śmierci kolejnych muzycznych gwiazd. Przy tym wszystkim kilku faworytów zawiodło, kilku utwierdziło mnie, że wciąż mają do zaoferowania więcej niż debiutujące i znikające chwilę później gwiazdki. Pokazało się też paru nowych wykonawców, którzy bez pardonu weszli do ścisłej czołówki, pokazując, że to oni za kilka lat będą stanowić o sile sceny. Wydaje mi się, że poniższa dziesiątka jest wypadkową tego wszystkiego.

10. Dean Brown „RoLaJaFuFu” (2016; wydanie własne)
„RoLaJaFuFu” to bardzo barwna płyta. Okładkowy misz masz i paleta kolorów sygnalizują, że dźwiękowo słuchacz także może spodziewać się wielowymiarowego i różnorodnego grania. Sam Dean Brown zapowiadając ten materiał mówił, że będzie miał problem z jednoznaczną odpowiedzią na pytanie o to, jaki rodzaj muzyki gra. Album amerykańskiego gitarzysty to przykład nieograniczonego mieszania melodii, mozaiki dźwięków i kombinacji wielu wpływów, do których sam Brown zresztą się przyznaje. (Recenzja)

9. David Bowie „Blackstar” (2016; Columbia Records)
Pewnie wiele osób pomyśli, że patrzę na nią przychylniej przez śmierć Bowiego, ale to przecież nieprawda. Ta płyta jest dobra, ale nie ze względu na Bowiego (jakkolwiek to zabrzmiało), ale na muzyków, którzy nad nią pracowali wspólnie z Ziggym Stardustem. Saksofonista Donny McCaslin, gitarzysta Ben Monder czy perkusista Mark Guiliana to czołowi instrumentaliści współczesnej jazzowej sceny, mistrzowie improwizacyjnej odmiany tego gatunku. To oni sprawili, że „Blackstar” brzmi wyśmienicie. Wokal Bowiego czasami mi wręcz przeszkadza. Fani Anglika w tym momencie opluli zapewne ze złości monitory, ale nie powiecie mi, że zawodzenie artysty w utworze tytułowym lub „I Can’t Give Everything Away” jest czymś… pięknym. Uwaga dotycząca wokalu nie obejmuje oczywiście całego albumu. W „Tis A Pity She Was A Whore” intonacja i barwa głosu są już zgoła odmienne, a tym samym mniej uciążliwe dla uszu. Zresztą jeśli już mowa o tym numerze, muszę podkreślić świetne saksofonowe partie i napędzającą wszystko perkusję. Na „Blackstar” David Bowie zaszalał. W zasadzie należałoby napisać kolejny raz. Bez patrzenia na panującą w muzyce modę, bez zwracania uwagi na to, kogo warto zaprosić, aby zwiększyć sprzedaż. Jest jazzowo, niepokojąco, awangardowo, art-popowo, z polotem.

8. A Tribe Called Quest „We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” (2016; Epic Records)
Różne pokolenie inaczej będą odbierać ten album. Dla osób mających trzydziestkę na karku pożegnalna płyta A Tribe Called Quest to wydarzenie równe temu, co nasi rodzice przeżywali przy premierze ostatniego krążka Beatlesów. Młodsi słuchacze, którzy hołdują elektronicznemu brzmieniu i trapowej stylistyce, na „We Got It From Here…” nie znajdą prawdopodobnie wielu interesujących rzeczy. I ja to rozumiem, a przynajmniej staram się pojąć ich argumenty. Muzyka i styl, jaki prezentują ATCQ, są dla nich po prostu nudne. Sam mam wśród znajomych osoby, które płycie tej wystawiłyby zapewne ocenę oscylującą w granicach jedynki-dwójki. Ja jestem jednak z innego rocznika, dla mnie boom bap ma pierwszeństwo, a jazz rap stanowi istotną gałąź muzyki, której słucham od bardzo dawna. Nie zdziwić powinien zatem fakt, że wybrane krążki ekipy Phife Dawga i Q-Tipa to pozycje, które znam niemal na pamięć. Wielu z przekąsem stwierdzi, że „We Got It From Here…” to sentymentalna podróż do czasów młodości odbiorców, którzy słuchając nowych numerów przypomną sobie nagrania z „Midnight Marauders”, a tym samym odświeżą wspomnienia z tzw. okresu inicjacyjnego. Ja pozwolę sobie stanowczo zaprzeczyć. „We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” to pełnoprawny album, bez odgrzewanych kotletów, nagrany z pasją, w utworach przekazujący emocje, zmuszający zarówno do przemyśleń, jak i bujania głową. To album, który nawet z Busta Rhymesa, który w ostatnich latach miał więcej słabszych momentów, potrafi wykrzesać to, co najlepsze. Nie ma się jednak czemu dziwić – to ostatnia płyta grupy, która miała świadomy i znaczący wpływ na przyszłość muzyki. Tutaj każdy chciał pokazać życiową formę: i zbierający same pochwały André 3000, i współczesna hip-hopowa gwiazda Kendrick Lamar, jak i postaci niezwiązane z rapem pokroju Eltona Johna i Jacka White’a. Być może w niektórych przypadkach skończyło się na chęciach, ale efekt końcowy i tak wypadł bardzo (nawet bardzo bardzo!) przekonująco.

7. Charles Bradley „Changes” (2016; Daptone Records)
Charles Bradley, czyli bohater prawdziwej historii typu od zera do bohatera made in America (do czego artysta nawiązuje niejako już w dwóch pierwszych utworach „God Bless America” i „Good To Be Back Home” oraz poprzedzającym je monologu), w 2016 roku zaprezentował trzeci solowy album. „Changes” to kolejna pozycja w dyskografii czarnoskórego wokalisty oddająca hołd klasycznej muzyce soul. Skojarzenia z Jamesem Brownem i Otisem Reddingiem nie będą bezpodstawne. Tytułowy utwór zaczerpnięty z repertuaru legendarnej formacji Black Sabbath, który w formie singla wyemitowany został jeszcze przed premierą płyty, to iście mistrzowski przykład na to, jak powinno grać się covery. Bradley sięga po hard rockowy hymn i przerabia go na soulową melodię, tworząc w zasadzie zupełnie nową piosenkę. Wielkie, pozytywne zaskoczenie – nigdy nie przypuszczałem, że polubię kawałek Ozzy’ego. Wszystkie numery umieszczone na „Changes” to wokalny popis artysty. Bez względu na to, czy pojawiają się taneczne melodie („Ain’t It A Sin” z charakterystycznym Brownowskim zacięciem), czy też balladowe momenty („Nobody But You”), Bradley czaruje swoim głosem. Towarzyszący mu zespół dba o to, aby ten miał o co się oprzeć. Harmonizująca muzyka stanowi przykład na wehikuł czasu – słuchając jej, do końca nie wiesz, czy została nagrana dzisiaj, czy po prostu zgrana ze starych winylowych płyt pamiętających kadencję prezydenta Richarda Nixona.

6. Solange „A Seat At The Table” (2016; Columbia Records)
Jest mniej popularna, nie spędza połowy życia na tak zwanych ściankach, nie ma bogatego męża z branży muzycznej, nie robi z siebie na każdym kroku gwiazdy, ma zdecydowanie mniejsze ego i ogólnie od zawsze jest w cieniu swojej siostry. Mimo tego Solange Knowles ma coś, o czym Beyonce może pomarzyć – rozgłos tylko (podkreślam – tylko) dzięki artystycznemu poziomowi nagranej płyty. „A Seat At The Table” to trzeci tytuł w dyskografii wokalistki. Album nazwałbym zestawem nienamolnych piosenek, przy czym wciągających i przemawiających do słuchacza. Obcując z kolejnymi utworami, daje się wyczuć, że nie były nagrywane z myślą o komercyjnym sukcesie. O wiele bardziej od dużej sprzedaży liczyła się prawda i płynące prosto z serca emocje. Tych na „A Seat At The Table” jest sporo. Dzięki takiemu obrotowi sprawy, płytę można odbierać nie tylko jako dzieło muzyczne, ale również artystyczną spowiedź autorki. Solange porusza wątki osobiste oraz kwestie tyczące się afroamerykańskiej społeczności. Sięga po tematy trudne, czasami już poruszane, ale prezentowane z nieco innej perspektywy. Przy tym wszystkim nie ocenia i nie daje wytycznych, pozostawiając miejsce dla odbiorców, którzy wnioski powinni wyciągnąć sami. Muzyka soul na wysokim poziomie, której jakość brzmieniowa idzie w parze z wartością liryczną.

5. Takuya Kuroda „Zigzagger” (2016; Concord Records)
Kuroda od początku swojej muzycznej kariery nagrywał dobre płyty, ale materiał pod tytułem „Zigzagger” przebija je wszystkie. Bezapelacyjnie to najlepszy krążek w dorobku azjatyckiego trębacza, który od lat starał się wejść do ścisłej czołówki, a tym samym wyjść poza grupę jazzowych odbiorców. Co się stało, że wreszcie się udało? Kuroda na swoim nowym albumie z jeszcze większym natężeniem prezentuje miksturę swingu, neo-soulu, elektrycznej przestrzeni rodem z fusion. Do tego funk, hip-hop, afrobeat, rhythm and blues i muzyka miejska. Wszystko pod przewodnictwem instrumentu samego Japończyka.

4. Anderson .Paak „Malibu” (2016; Steel Wool/OBE)
Anderson .Paak to dla wielu muzyczna postać minionych dwunastu miesięcy, ale nie zapominajmy i tym samym nie umniejszajmy jego dokonań z 2015 roku, kiedy to również miał bardzo dobry czas (dwie świetne epki najlepszym tego przykładem). Zresztą gdybyśmy cofnęli się o jeszcze jeden rok, okazałoby się, że .Paak nie wziął się znikąd, a płyta „Venice” (2014, Steel Wool/OBE) już wtedy zasługiwała na zakręcenie się w okolicach najlepszych dziesięciu-piątnastu tytułów. Systematyczny muzyczny progres to pojęcie, którego Kalifornijczyk jest dla mnie definicją. Za każdym razem krok do przodu. „Malibu” to jedna z kilku zagranicznych płyt z 2016 roku, których słuchać mogę bez przerwy, bez skipowania i odkładania na później.

3. Josef Leimberg „Astral Progressions” (2016; World Galaxy Record)
Josef Leimberg w branży obecny jest już od dość dawna, jednak na debiutancki i autorski materiał sygnowany własnym nazwiskiem zdecydował się dopiero teraz. Można zapytać dlaczego tak późno i wyczekiwać odpowiedzi, jednak uważam to za stratę czasu. O wiele lepszym rozwiązaniem będzie niedociekanie, które porzucić należy na rzecz natychmiastowego wciśnięcia przycisku play. „Astral Progressions” to prawdziwa petarda. Jeśli pokochaliście ostatni materiał Kamasiego Washingtona, solowy materiał Leimberga także powinien przypaść wam do gustu. Dziesięć utworów to fuzja jazzu, r&b i soulu z najwyższej półki. Okładka płyty sugeruje nieco psychodeliczne i funkowe wątki – ci, którzy będą na „Astral Progressions” poszukiwać właśnie takich brzmień, również nie pozostaną z niczym. Leimberg udowadnia, że jest nie tylko świetnym instrumentalistą, ale i producentem, który ze smakiem potrafi połączyć muzykę z wokalem. Tak, tak! Płyta ta to bowiem nie tylko czyste brzmienie trąbki, perkusji, klawiszy i gitar, ale także utwory śpiewane (np. „As I Think Of You” z Georgią A. Muldrow i „Between Us 2” z Bilalem) i rapowane (numer tytułowy z gościnnym udziałem Kurupta). Oprócz autorskich kompozycji na albumie pojawia się także cover utworu Milesa Davisa „Lonely Fire”. Nagranie interpretowane wspólnie z kalifornijskim saksofonistą Terracem Martinem ociera się o mantrową stylistykę i orientalną melodykę. Wszystko dzięki wykorzystaniu charakterystycznych dla kultury hinduskiej instrumentów – sitary i tambury. To jednak nie wszystko. Josef Leimberg eksploruje jeszcze przynajmniej kilka muzycznych obszarów. Nie będę jednak spoilerował i odbierał wam przyjemność z obcowania z tą wybitną płytą.

2. Yussef Kamaal „Black Focus” (2016; Brownswood Recordings)
Przy takiej niechęci do wszystkiego, co arabskie, przyjęcie nazwy jednoznacznie kojarzącej się z tamtym kręgiem kulturowym, to dość ryzykowana praktyka. Równie ryzykownym może być wybór tej płyty na zagraniczny debiut roku (w końcu młodzi wszechpolacy w moim rodzinnym mieście mają się dość dobrze). Inaczej jednak sobie tego nie wyobrażam. Duet Yussef Kamaal (Yussef Dayes i Kamaal Williams) płytą „Black Focus” udowodnili, że łączenie jazzu z elektroniką cały czas ma sens. Pomimo ciągłego eksplorowania tej stylistyki, londyński projekt wsparty czołowymi muzykami angielskiej sceny jazzowej i alternatywnej (m.in. gitarzysta Mansur Brown, saksofonista Shabaka Hutchings, basista Kareem Dayes) potrafił nagrać materiał, który zaskakuje, czaruje i zachęca do kolejnego odtworzenia. Piękna płyta, z pewnością jedna z lepszych 2016 roku. Najlepszy debiut minionych dwunastu miesięcy.

1. Nils Petter Molvær „Buoyancy” (2016; Okeh Records)
„Buoyancy” nie jest na pewno stuprocentowym jazzem, chociaż ma z tym gatunkiem bardzo wiele wspólnego, a i sam autor wywodzi się przecież z tej muzycznej społeczności. „Buoyancy” to krążek ponadgatunkowy, czerpiący ze stylistyki delikatnego ambientu, hałaśliwego noise’u, hipnotyzującego progresywnego rocka oraz kojącej kultury wschodu. Trzeba bowiem zaznaczyć, że trębacz i towarzyszący mu zespół w studio nagraniowym korzystali nie tylko z instrumentarium, które nazwalibyśmy standardowym (tj. gitary elektrycznej i basowej, syntezatora, perkusji), ale również ze sprzętów nie będących w czołówce rankingów popularności, jak chociażby ksylofon, afrykański tam-tam, indyjska gitara shankar i wywodzący się również z tamtego regionu bęben obręczowy. Proszę nie robić jednak dużych oczy, nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Skandynawski artysta nie od dzisiaj znany jest z łączenia i mieszania. Jego wcześniejsze płyty najlepszym tego przykładem. Tegoroczny materiał z jednej strony kontynuuje obraną wcześniej drogę (szczególnie jeśli porównamy „Buoyancy” do tytułu go poprzedzającego), natomiast z drugiej pokazuje kolejne kierunki, jakie obrać można przy tworzeniu awangardowej hybrydy muzyki instrumentalnej z elektroniką. Niby temat wielokrotnie już poruszany, ale Molvær pokazuje, że nawet w tej materii wciąż można zadziwiać. Ten materiał z miejsca wchodzi do kanonu. Kanonu wszystkiego – płyt najlepszych, najciekawszych, najwybitniejszych, najlepiej zagranych i skomponowanych, najmocniej urzekających i najbardziej wciągających. (MAK)

* * * * *

Najlepsze zagraniczne płyty 2016 roku
Najlepsze polskie płyty 2016 roku
Najlepsze zagraniczne epki 2016 roku
Najlepsze polskie epki 2016 roku
Najlepsze zagraniczne debiuty 2016 roku
Najlepsze polskie debiuty 2016 roku
Najlepsze płyty z coverami 2016 roku
Najlepsze płyty z poezją 2016 roku
Najlepsze płyty koncertowe 2016 roku
Najlepsze utwory 2016 roku
Najlepsze koncerty 2016 roku

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: