AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #350: Grudniowe nadrabianie zaległości (II)

Nadrabiałem tydzień temu, nadrabiam i dzisiaj.

R. Kelly „12 Nights Of Christmas”
(2016; RCA Records)
W tym roku nie planuję osobnego wpisu poświęconego świątecznym płytom. Jak zawsze takich tytułów w listopadzie i grudniu ukazało się sporo, dlatego – pomimo sporej niechęci do tego typu albumów – postaram się przemycić nieco bożonarodzeniowych treści w grudniowych odcinkach cyklu Krótka piłka. Zaczynam od krążka „12 Nights Of Christmas” nagranego przez amerykańskiego wokalistę r&b R. Kelly’ego. Materiał swoim tytułem nawiązuje (i jednocześnie stanowi przeciwieństwo) do anglojęzycznej kolędy „The Twelve Days Of Christmas” i bożonarodzeniowej tradycji chrześcijańskiej, wedle której okres świąteczny trwa od narodzin Jezusa do dnia wizyty trzech króli. Ja jednak nie chciałem pisać o aspektach religijnych, ale nowej płycie gwiazdy muzyki ze Stanów Zjednoczonych. Szczerze? Gdyby nie świąteczna tematyka utworów, materiał ten nie różniłby się aż tak bardzo od standardowych studyjnych albumów R. Kelly’ego. Wokalista czaruje głosem, który doskonale znamy z jego największych przebojów. Muzycznie umieszczone na płycie piosenki, bez typowych dla stylistyki christmas song wstawek w postaci chociażby dzwoneczków i słownictwo (na przykład: Merry Christmas i Santa Claus), również nie są zestawem, jaki kojarzyć będziemy z płytami innych wykonawców, którzy do znudzenia wałkują te same bożonarodzeniowe numery. R. Kelly postarał się o premierowe utwory, które naprawdę wpadają w ucho. Co prawda, słuchając „12 Nights Of Christmas”, świąteczna atmosfera nie udzieliła mi się ani trochę, myślę jednak, że i tak jest dobrze. Za tego typu muzyczne święta i takie skarpetki pod choinką mógłbym rozważyć aspekt nawrócenia się.

Cleo „Bastet”
(2016; Universal Music)
Zaczynała od słowiańskiego image’u, teraz wciela się w postać egipskiej bogini, aż strach pomyśleć, do której tradycji odwoła się następnym razem. Hellada, starożytny Rzym, a może coś w tematyce rdzennych Amerykanów? To melodia przyszłości, za którą rozliczać będziemy Cleo innym razem. Dzisiaj na tapecie jest płyta „Bastet” (tytuł nawiązuje do wspomnianej postaci z panteonu egipskich bóstw). Osobiście jest mi zwyczajnie smutno, ponieważ Cleo jest właścicielką naprawdę ładnego i mocnego czarnego głosu, który jest marnowany na kiepskie piosenki. Takich na „Bastet” jest niestety sporo. „Mi-Sie” i „Kocia mama” zostały już zjechane w internecie od góry do dołu (zresztą całkiem słusznie) za słabe teksty i przewidywalne podkłady. Do wspomnianych utworów dołożyłbym jeszcze „Przepis idealny” i singlową „N-O-C” – pierwszy za słowa na poziomie gimnazjalnej grafomanii, drugi za jarmarczno-dyskotekowy bit. A to tylko czubek tak zwanej góry. Pozytywy? Są i upatrywałbym ich raczej w spokojniejszych utworach typu „Astrofizyka”, „Wolę być” i, o dziwo, radiowym „Zabiorę nas”. Niestety, nie wystarcza to na długo. „Bastet” przechodzi do historii, w której nie będzie pełniła istotnej roli.

Feed Me ‎”Feed Me’s Family Reunion EP”
(2016; Sotto Voce)
Brytyjski producent i didżej tworzący pod pseudonimem Feed Me zaprezentował w lipcu nową epkę. Mieszanka drum’n’bassu, dubstepu i muzyki house zawarta w ośmiu numerach przerobiona na tabletkę lub napój od razu stawiałaby na nogi. Nogi te w następstwie podania specyfiku najpewniej zaprowadziłby nas do klubu i zmusiły do całonocnych pląsów. Anglik nagrywając „Feed Me’s Family Reunion EP” skupił się na probie połączenia niemal wszystkiego, co najcenniejsze i najpopularniejsze we współczesnej muzyce elektronicznej. Dzięki takiemu zabiegowi na płycie zawarte zostały brzmienia, które nazwalibyśmy undergroundowymi oraz mainstreamowymi. Najbardziej komercyjnym utworem na epce jest bezapelacyjnie „What It Feels Like” z gościnnym udziałem Niny Nesbitt. Popowa elektronika, kilka radiowych „chwytów” i przyjemny wokal spełniają wszystkie warunki, aby numer mógł pojawić się w rotacji wielu rozgłośni. Szczerze – aż dziw bierze, że prezenterzy RMF-u i Eski jeszcze tego nie znają. Ten popowy sznyt zupełnie jednak nie przeszkadza. „What IT Feels Like” to piosenka utrzymująca ogólny poziom całej płyty, który wyznaczają przede wszystkim mocno acid house’owy „Stay Focused” i dubstepowy „Schizoid”.

Mateusz Gawęda Trio „Overnight Tales”
(2016; Audio Cave)
Okazuje się, że na zdominowanym w ostatnim czasie przez wydawnictwo For Tune krajowym jazzowym rynku fonograficznym, możliwe jest jeszcze pojawienie się istotnego płytowego debiutu. Chociaż z tym debiutem w przypadku albumu „Overnight Tales” tak do końca nie jest – owszem, trio Mateusza Gawędy płytę nagrało pierwszy raz, ale każdy z członków tworzących zespół, pomimo wciąż młodego wieku, ma na swoim koncie sporo doświadczenia i muzycznego stażu w różnych formacjach. Będzie uznane za frazes stwierdzenie, że właśnie to zdobyte wcześniej doświadczenie procentuje na albumie „Overnight Tales”, ale co zrobić – tak właśnie jest. Ta nagrana w fortepianowym trio (klawisz plus sekcja rytmiczna) płyta, łącząc tradycyjne podejście do brzmienia z nowoczesną wizją jazzu, nie przynosi rewolucji w muzyce. Jest jednak na tyle dobra, że z chęcią polecić mogę ją innym. Otwierająca płytę kompozycja „Kasia” rozpoczyna się dość klasyczną fortepianowa frazą, która w okolicy drugiej minuty – po włączeniu się perkusji (Grzegorz Pałka) i kontrabasu (Alan Wykpisz) – zmierza bardziej ku jazzowemu brzmieniu. Dwa kolejne numery są już typową współczesną wizją jazzu, dodatkowo „Zły stan torów” zaskakuje finałem, w którym muzycy wykrzykują frazę tytułową. Najmocniejszym ogniwem płyty jest według mnie utwór „Timmy 3000” – początkową partią kontrabasu wprowadzający nieco niepokoju, który ustępuje dopiero w chwili wybrzmienia pierwszych poważnych dźwięków fortepianu (około 2:30 minuty). Później przez moment Alan Wykpisz ponownie przechodzi do natarcia, jednak budowa kompozycji niemal od razu przywraca do pierwszej linii biało-czarną klawiaturę. Ciekawy zestaw spokojnych numerów (muzycznych opowieści?) dla nocnych marków – niekoniecznie z papierosem w ręku, jak sugerować może okładka.

A Tribe Called Quest „We Got It From Here… Thank You 4 Your Service”
(2016; Epic Records)
Różne pokolenie inaczej będą odbierać ten album. Dla osób mających trzydziestkę na karku pożegnalna płyta A Tribe Called Quest to wydarzenie równe temu, co nasi rodzice przeżywali przy premierze ostatniego krążka Beatlesów. Młodsi słuchacze, którzy hołdują elektronicznemu brzmieniu i trapowej stylistyce, na „We Got It From Here…” nie znajdą prawdopodobnie wielu interesujących rzeczy. I ja to rozumiem, a przynajmniej staram się pojąć ich argumenty. Muzyka i styl, jaki prezentują ATCQ, są dla nich po prostu nudne. Sam mam wśród znajomych osoby, które płycie tej wystawiłyby zapewne ocenę oscylującą w granicach jedynki-dwójki. Ja jestem jednak z innego rocznika, dla mnie boom bap ma pierwszeństwo, a jazz rap stanowi istotną gałąź muzyki, której słucham od bardzo dawna. Nie zdziwić powinien zatem fakt, że wybrane krążki ekipy Phife Dawga i Q-Tipa to pozycje, które znam niemal na pamięć. Wielu z przekąsem stwierdzi, że „We Got It From Here…” to sentymentalna podróż do czasów młodości odbiorców, którzy słuchając nowych numerów przypomną sobie nagrania z „Midnight Marauders”, a tym samym odświeżą wspomnienia z tzw. okresu inicjacyjnego. Ja pozwolę sobie stanowczo zaprzeczyć. „We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” to pełnoprawny album, bez odgrzewanych kotletów, nagrany z pasją, w utworach przekazujący emocje, zmuszający zarówno do przemyśleń, jak i bujania głową. To album, który nawet z Busta Rhymesa, który w ostatnich latach miał więcej słabszych momentów, potrafi wykrzesać to, co najlepsze. Nie ma się jednak czemu dziwić – to ostatnia płyta grupy, która miała świadomy i znaczący wpływ na przyszłość muzyki. Tutaj każdy chciał pokazać życiową formę: i zbierający same pochwały André 3000, i współczesna hip-hopowa gwiazda Kendrick Lamar, jak i postaci niezwiązane z rapem pokroju Eltona Johna i Jacka White’a. Być może w niektórych przypadkach skończyło się na chęciach, ale efekt końcowy i tak wypadł bardzo (nawet bardzo bardzo!) przekonująco.

Bruce Springsteen „Chapter & Verse”
(2016; Columbia Records)
Bruce Spingsteen chyba dobrze zdawał sobie sprawę, jakim wynikiem zakończą się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych i w tym roku nie zaangażował się w kampanię tak namiętnie, jak miało to miejsce chociażby w przypadku starań Baracka Obamy o nominację. Być może nie chciał być utożsamiany ze stroną, która przegra. „Boss” nie zdecydował się zatem na nagranie premierowej płyty, na której zawarłby kilka wzniosłych piosenek o amerykańskim społeczeństwie, rządzących i tym, że w zasadzie będzie dobrze, bylebyśmy tylko byli razem pod Gwieździstym Sztandarem. Ale spokojnie, Springsteen nie zostawił odbiorców z niczym, w 2016 roku proponując zestaw książka biograficzna plus płyta. O tej pierwszej jeszcze się nie wypowiadam (przeczytam, a wtedy zobaczymy), natomiast o krążku kilka słów chętnie napiszę. „Chapter & Verse” to kompilacja przebojów Springsteena, której życzyłby sobie pewnie każdy fan muzyka. Oprócz ponadczasowych hitów z różnych okresów kariery (m.in. „Born In The U.S.A.”, „Born To Run”, „The Ghost of Tom Joad”, „Wrecking Ball”) na płycie uwzględnione zostało również sześć piosenek z drugiej połowy lat 60. i początku kolejnej dekady, a więc czasu przed premierą debiutanckiego albumu artysty. Pięć z nich to nigdy wcześniej niepublikowane nagrania pochodzące z sesji pierwszych zespołów Springsteena (The Castiles, Steel Mill), formacji The Bruce Springsteen Band oraz solowy kawałek, który był prawdopodobnie przymierzany do umieszczenia na pierwszej płycie wokalisty z grupą E Street Band. Świetnym pomysłem jest ułożenie tracklisty w kolejności chronologicznej, dzięki temu „Chapter & Verse” jawi się jako doskonały przykład na rozwój i zmiany, jakie zachodziły w twórczości pochodzącego z New Jersey muzyka. Zwykle płytom typu the best of wystawiam czwórkę, ale tym razem dodaję pół stopnia za kilka nieznanych wcześniej utworów.

Krzysztof Dys Trio „Toys”
(2016; For Tune)
Rock i jazz mają to do siebie, że wykonywanie cudzych utworów nie jest postrzegane jako coś negatywnego (wyobrażacie sobie taką nagminną sytuację na przykład w rapie?). To raczej oddawanie hołdu klasyce, albo szukanie własnego stylu i szlifowanie umiejętności. Wspominam o tym nieprzypadkowo, ponieważ płyta „Toys” to niemal w całości materiał zawierający kompozycje cudzie. Krzysztof Dys (fortepian) wspólnie z Krzysztofem Szmańdą (perkusja) i Andrzejem Święsem (kontrabas) interpretują jedenaście numerów gigantów światowego jazzu, między innymi Herbie Hancocka, Milesa Davisa, Johna Coltrane’a i Theleniousa Monka. Muzykom nie można odmówić talentu oraz tego, że tylko w sobie znany sposób potrafili z tak różnorodnego materiału stworzyć płytę spójną, nastrojową i niezwykle wysublimowaną dźwiękowo. Oczywiście jak zawsze w takich przypadkach pozostaje pewien niesmak – bo przecież energia włożona w pracę nad coverami, spożytkowana mogła zostać na nagranie albumu z własnymi kompozycjami. A że Dys potrafi napisać ładną melodię przekonujemy się na samym końcu krążka, który zamykany jest przez utwór „Green In Blue” podpisany nazwiskiem pianisty. (MAK)

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: