AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #349: Grudniowe nadrabianie zaległości

W grudniu standardowo nadrabiam zaległości, a o części z nich piszę krótko w środowym cyklu.

Agnieszka Chylińska „Forever Child”
(2016; Warner Music)
Zauważyłem, że w ostatnim czasie lekką ręką – na prawo i lewo – przyznaję wysokie oceny, więc dla równowagi postanowiłem napisać też kilka słów o dwóch płytach, które nie przypadały mi do gustu. Zaczynam od materiału Agnieszki Chylińskiej. Dlaczego? Ponieważ kolejny raz zawiodłem się na osobach, które kiedyś szanowałem. Mam na myśli duet producencki Plan B, czyli Bartka Królika i Marka Piotrowskiego. Panowie współtworzyli grupę Sistars (jedną z najważniejszych, jakie pojawiły się na polskiej scenie po 1989 roku), dzisiaj stanowią o sile równie ciekawego projektu Łąki Łan. Zaskakuje duża rozbieżność w kwestii poziomu tego, co robią. W zależności od tego, pod którym szyldem tworzą, zyskują lub tracą na jakości. Muzyka komponowana z myślą o Agnieszce Chylińskiej dobitnie pokazuje, że stara prawda mówiąca o tym, że gdzieś trzeba zarobić, aby gdzie indziej móc dołożyć do tworzenia prawdziwej sztuki, wciąż jest aktualna. „Forever Child” to płyta niedopracowana, oparta na schematach i bardzo małostkowym brzmieniu robionym jakby na jedno kopyto (dance, dubstep, pop, dance, dubstep, pop – i tak w kółko) – byleby w tanecznym rytmie, byleby pod sceną poskakać mogły i drechy, i pani Jadzia z warzywniaka. Chylińska, jak to Chylińska – śpiewać wciąż nie potrafi, drzeć ryja za to jak najbardziej. Popowe pioseneczki ubarwiane jej rykami wcale nie zyskują na jakości – i to zwyczajnie boli, kiedy wciskasz play. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że „Forever Child” podoba się Polakom, którzy sprawili, że przez chwilę płyta była nawet najchętniej kupowanym tytułem w kraju.

Tede & Sir Mich „Keptn'”
(2016; Wielkie Joł)
Jestem fanem Tedego. Jestem gościem, który w czasach tak zwanej infamii zupełnie nie rozumiał dlaczego spore grono słuchaczy odwróciło się od warszawiaka, kiedy ten nagrywał całkiem udane – z dzisiejszej perspektywy – płyty „Fuck Tede”, „Mefistotedes” i „Notes 3D”. Jednak słuchając albumów, które na przestrzeni ostatnich trzech lat ukazały się z ksywką Granieckiego na okładce, zaczynam mówić w czasie przeszłym – byłem fanem. Bo trudno jest, nawet największym sajko, zostać przy czymś, co zwyczajnie przestaje banglać i wypacza wcześniej przyjęte standardy. Ostatnie dwie płyty TDF-a były bardzo nierówne, chociaż koniec końców i tak szala przechylała się na jego korzyść. W przypadku krążka zatytułowanego „Keptn'” wszystko poszło w złą stronę. Ta płyta jest tak słaba, że nawet na siłę, poprzez usunięcie części utworów, nie udałoby się stworzyć epki, która miałaby szansę na notę oscylującą w okolicach szkolnej trójki (na to zasługują utwory „Kiedy Keptn'”, „Autowpierdol” i „Asbest”, których nie miałem ochoty skipować). Klimaty disco i euro dance, które sugerują, że płyta wyraźnie robiona była pod koncerty, to już totalna tragedia. Też mam sentyment do lat 90., też słuchałem Captaina Jacka, ale są pewne granice, których zwyczajnie nie powinno się przekraczać. I proszę, nie piszcie mi, że gdybym dostał taki materiał za darmo od alter ego Tedego, czyli didżeja Buhha, to piałbym z zachwytu. Nie, nie piałbym – reakcja byłaby identyczna. Być może jestem głupi i nie rozumiem przelotu Jacka, ale wolę pozostać głupim niż głuchym.

Mostly Other People Do The Killing „Live”
(2016; For Tune)
Okładka tej płyty mówi sporo – wojskowe pojazdy ustawione w gotowości ataku. Amerykański kwartet Mostly Other People Do The Killing swoją muzyką także gotów jest zaatakować, nie pozostawiając przy tym żadnych złudzeń, kto ewentualne wygra muzyczne starcie. Panowie na przestrzeni nieco ponad dekady od powstania, zdążyli stać się idolami dla połowy świata, by drugą połowę doprowadzić do szału. Taka rola niepokornych buntowników. MOPDTK wprowadzili jazz na inny poziom, gdzie liczy się szybkość, natężenie, ilość. Według filozofii, jaką przyjęli, ma być najszybciej, najwięcej, najczęściej. Wszystkiego – nut, zmiany tempa, synkop. Pełna swoboda i improwizacja, gdzie pięciolinia i podstawowa forma granego utworu są tylko kwestią pomocniczą, źródłem, od którego trzeba (a nawet nie trzeba, ale można) wyjść. Chaos i częściowa kakofonia przeradzające się w uporządkowaną całość, która ponownie przeznaczona jest do destrukcji. Najdobitniej słychać to w sytuacji koncertowej. Wydany w tym roku album „Live” dokumentuje występ, jaki amerykańska grupa zagrała cztery lata temu w Katowicach. Francuzi z Daft Punk powiedzieliby coś w stylu „harder, better, faster, stronger”, chociaż stwierdzenie „jazzowy orgazm” też będzie dobre.

Jimmi Nolan „Milestones EP”
(2016; wydanie własne)
Urodzony w Melbourne, ale mieszkający w Londynie wokalista i autor muzyki Jimmi Nolan debiutuje epką „Milestones”. Fakt pochodzenia z Australii oraz życia w Wielkiej Brytanii ma znaczący wpływ na to, co zawarte zostaje na płycie. Sześć zaprezentowanych utworów to mieszanka słonecznego i optymistycznego brzmienia z lekką domieszką melancholijnej, mglistej i flegmatycznej brytyjskości. Kiedy dodamy do tego jeszcze folk („Life Carries On”), jako gatunek dominujący, oraz odwołania do akustycznego popu (mający radiowy potencjał utwór „Miracle With Eyes”), okazuje się, że „Milestones EP” to materiał, jakich wiele ukazało się na przestrzeni ostatnich kilku lat. Czy płyta Jimmiego Nolana wyróżnia się czymś w tej grupie? Od strony muzycznej – nie specjalnie. W temacie budowy i kompozycji piosenek nie oczekujmy wielu innowacji. Jest jednak jeszcze kwestia barwy głosu, jaką posiada Nolan, a ta z powodzeniem może konkurować z najważniejszymi i najbardziej znanymi współczesnymi głosami światowej sceny. W połączeniu z gitarą, na której gra artysta (otwierający całość numer „Blizzard”), a także instrumentalnym tłem, wokal tworzy w miarę ciekawą całość, która z pewnością przypadnie do gustu fanom takiego muzycznego klimatu.

Marek Napiórkowski Sextet „Trójka Live”
(2016; Polskie Radio)
Ubiegłoroczny radiowy koncert sekstetu Marka Napiórkowskiego doczekał się wydania płytowego. Występ promujący mającą premierę trzy lata temu płytę „Up!” to – i tutaj bez niespodzianek – materiał wart uwagi każdego fana jazzowych dźwięków. W porównaniu do krążka studyjnego, koncertowy album nagrany został w okrojonym składzie, tj. bez zespołu złożonego z instrumentów dętych (m.in. fletu, oboju i klarnetów) oraz wiolonczeli. Pojawiła się także jedna zmiana personalna – Clarence’a Penna na perkusji zastąpił wcale nie gorszy Paweł Dobrowolski. Odchudzono również tracklistę, ale to dziwić akurat nie powinno. Koncertowe wersje utworów z oczywistych względów zostały wydłużone. Wszak solowe partie gitary lidera to smaczek, dla którego ludzie nabywają bilety i zasiadają w pierwszych rzędach. Na „Trójka Live” znalazło się zatem pięć (z ośmiu) utworów, jakie zawarte zostały na „Up!” oraz kompozycja „Vietato Fumare” (tutaj w aż szesnastominutowej odsłonie) – sztandarowy numer Napa, który towarzyszy mu od wydanej w 2007 roku płyty „Wolno”. Gdyby nie adnotacja na okładce i nazwisko gitarzysty w nazwie grupy, gwiazdorski skład sekstetu (Krzysztof Herdzin, Robert Kubiszyn, Henryk Miśkiewicz, Adam Pierończyk i wcześniej wspomniany Dobrowolski) spowodowałby, że trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, kto tutaj pełni rolę faktycznego lidera (mając w pamięci koncert z listopada 2014 roku, stawiałbym pewnie na Herdzina lub Pierończyka).

Bauer/Bałdych/Duchnowski/Konrad „Trans-fuzja”
(2016; For Tune)
Kolejna płyta koncertowa, kolejny zapis radiowego koncertu (tym razem z 2012 roku), jaki odbył się w ramach cyklu Trans-fuzja, któremu krążek zawdzięcza swój tytuł. Ponad godzinny materiał to siedem utworów będących mieszanką jazzu, folku, awangardowo-minimalistycznych dźwięków, którym patronują postaci typu Steve Reich, oraz klasycznego podejścia do grania, czego z kolei przykładem kilka skrzypcowych partii dobiegających do naszych uszu po włożeniu płyty do odtwarzacza. Improwizacja to przewodnia forma wyrazu artystycznego towarzysząca czwórce muzyków. Oddają się jej przede wszystkim Andrzej Bauer (wiolonczela), Andrzej Bałdych (skrzypce) i Cezary Duchnowski (fortepian). Perkusiście Cezaremu Konradowi, jako jedynemu przedstawicielowi sekcji rytmicznej, przypadła najtrudniejsza z ról – czuwanie nad wszystkim, trzymania w ryzach zarówno kolegów, jak i granej przez nich muzyki. Te mocno improwizowane zapędy sprawiają, że płyta nie przypadnie wszystkim do gustu. „Trans-fuzji” nie polubią przede wszystkim ci, którzy przy słuchaniu muzyki nie lubią myśleć, a tutaj ta umiejętność będzie przydatna. W innym razie zguba gwarantowana. (MAK)

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: