AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Michał Wierba „Body Language”

Radiowy koncert Michała Wierby doczekał się archiwizacji i wydania w formie płyty CD.

Okładka płyty „Body Language” (foto: materiały prasowe)

Michał Wierba od dłuższego czasu jest pianistą, o którym się mówi. Oczywiście konkurencja nie śpi, a nazwiska typu Sławek Jaskułke, Kuba Płużek, Marcin Wasilewski, Dominik Wania, Paweł Kaczmarczyk czy Nikola Kołodziejczyk pokazują, że poziom polskiej pianistyki jazzowej jest niezwykle wysoki, dlatego tym większe uznanie należy się artyście, który potrafi przebić się ze swoją muzyką, mając za konkurencję tak zacne grono. Wierba solowo zadebiutował już ładnych parę lat temu płytą „Blackjack”, która dołączona została do periodyku „Jazz Forum”, ciągle jednak zaliczany jest do grupy tak zwanej młodej fali polskiego jazzu. Od czasu debiutu jego pozycja w środowisku systematycznie rośnie, a sam Wierba zdążył zgarnąć znaczące nagrody i wyróżnienia na festiwalach i konkursach w kraju oraz poza jego granicami. W latach poprzednich rodzimy rynek fonograficzny wzbogaciło kilka tytułów płytowych z muzyką jego autorstwa, na przykład krążki zespołu założonego z Piotrem Schmidtem, na których sporo kompozycji było pokłosiem talentu pianisty. Ubiegłoroczna płyta „Orange Sky” sygnowana nazwą Marcin Wierba Doppelganger Project, moim zdaniem, całkiem niesłusznie została trochę przeoczona – również przeze mnie, za co biję się w pierś („Orange Sky” sprawdziłem dopiero dwa-trzy miesiące temu). Dlatego żywię nadzieję, że tym razem nowy album krakowskiego artysty otrzyma odpowiednie wsparcie.

Materiał „Body Language” to zapis ubiegłorocznego występu w radiowym Studiu im. Agnieszki Osieckiej. W porównaniu do wcześniejszej płyty, małej zmianie uległo wykorzystane instrumentarium. Zrezygnowano z Rhodesa, zastępując go dźwiękami saksofonów – tenorowego i sopranowego. W porównaniu do „Orange Sky” na nowym krążku próżno szukać także wokalistki. Oczywiście wciąż pierwszoplanową postacią jest fortepian, przy którym zasiada lider. To gra Wierby wyznacza oś kolejnym utworom, prowadząc resztę grupy i wyznaczając innym muzykom kierunek, w którym mają podążać. Ci wchodzą w swoją rolę, wypełniając – użyję terminologii sportowej – zalecenia taktyczne w stu procentach, momentami dodając również od siebie ciekawe partie solowe. Najbardziej słyszalny jest Maciej Sikała, którego saksofony dopełniają fortepianową frazę (już wiadomo dlaczego zdecydowano się na ich dodanie), jednocześnie łamiąc ją i wprowadzając własne melodie. W innych fragmentach, kiedy oba instrumenty współgrają, płynnie przechodzą w miły dla ucha klimat smooth i jazzu współczesnego. „Body Language” to także przykład na wzorcową współpracę klawisza z sekcją rytmiczną (mainstreamowy „It’s Always Night…”), którą oprócz basu (Kuba Dworak) i bębnów (Arek Skolik) współtworzą także perkusjonalia z różnego rodzaju bębenkami, congosami, bongosami i dzwoneczkami na czele (Bogusz Wekka). Wyróżniają się szczególnie te dźwięki, które do tematu głównego dodaje właśnie Wekka. To one budują nastrój w kompozycji „Riddlemaster” (pojedyncze dzwoneczki) i przenoszą słuchaczy na amerykańską ziemię, kiedy z głośników wydobywa się melodia „St James Infirmary” (rytmika odgrywa tutaj zresztą bardzo ważną rolę, gdyż cały utwór oparty jest w głównej mierze na sekcji rytmicznej).

Obok autorskich utworów Michała Wierby na „Body Language” pojawiają się także covery numerów Phila Markowitza („Sno’ Peas”), Pata Metheny’ego („Sirabhorn”) oraz George’a Gershwina (kultowe „Summertime”), a także wspomniana już tradycyjna amerykańska melodia „St James Infirmary”, którą w przeszłości w swoim repertuarze zawierali między innymi jazzowi klasycy pokroju Duke’a Ellingtona i Louisa Armstronga oraz wykonawcy ze sceny rozrywkowej, jak chociażby Tom Jones.

Premierowy krążek Michał Wierby zwyczajnie cieszy – muzyką, fakturą brzmienia, balansem pomiędzy kompozycjami autorskimi i standardami, a także ich doborem. Chociaż na albumie znajduje się zapis koncertu z ubiegłego roku, to dołączenie materiału do domowej płytoteki jest jak najbardziej wskazane – nawet w przypadku, kiedy wspomniany koncert jest nam już znany. „Body Language” i składające się na niego dziewięć utworów to nie tylko mocna kandydatura do miana najlepszej płyty w dorobku Wierby, ale także materiał, który z powodzeniem będzie rywalizował o tytuł najlepszej polskiej płyty jazzowej tego dziesięciolecia w kategorii zespołów z pianistą w roli lidera. (MAK)

Michał Wierba „Body Language”
(2016; For Tune)

*** *** *** ***

Bądź na bieżąco z publikacjami na blogu AxunArts. Zapisz się już dzisiaj do newslettera.

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: