AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Jazzpospolita „Jazzpo! Live Made In China”

Jazzpospolita i jej koncertowe wspomnienia z Chin.

Okładka płyty „Jazzpo! Live Made In China” (foto: materiały prasowe)

Chiny, chociaż odległe geograficznie, od dawna ciekawe są naszej kultury – również jej muzycznej odsłony. Bez względu na gatunek i stylistykę mieszkańcy Państwa Środka lubią dźwięki z zewnątrz. Brak pełnej możliwości poznawania zagranicznych rynków muzycznych i śledzenia scenicznych trendów sprawia, że każda rzecz nie made in China jest dla nich przejawem świeżości i czymś, co Polacy w okresie PRL-u nazywali „powiewem z Zachodu”. Zaczęło się od Chopina, który w azjatyckich krajach często ma większe poważanie niż nad Wisłą (kilka lat temu świetny artykuł na ten temat dla „Przekroju” napisał Mariusz Herman; tekst można przeczytać online na stronie autora – Ziemia Niczyja). Później Chińczycy poznawali zespół Mazowsze i pojedyncze utwory, jak na przykład „Bania u Cygana”. Swoje pięć minut w komunistycznym kraju przeżywali także muzycy zespołu Roan i pionierzy disco polo, Bayer Full. Poruszając ten wątek nie można zapomnieć o polsko-ukraińskiej Dagadanie, która w Azji koncertuje regularnie, przemycając w swojej muzyce elementy ludowej tradycji obu wschodnioeuropejskich państw. Ale jest też jazz, na przykład „Jazz po polsku”, którego inicjator Jakub Krzeszowski wpadł na pomysł pokazania zagranicznym odbiorcom młodej i alternatywnej sceny z Polski. Zaczęło się dwa lata temu. Trzy koncerty w Azji zagrali wówczas panowie z Imagination Quartet. W ubiegłym roku doszło do kolejnej wizyty. Tym razem swoją muzykę chińskim słuchaczom zaprezentowały grupy Pink Freud i Jazzpospolita. Ci drudzy koncertowe poczynania postanowili zarejestrować i wydać w formie płyty. Materiału udało się zebrać sporo (pięć występów), a ostateczna selekcja dała mocny dwupłytowy album zatytułowany „Jazzpo! Live Made In China”.

Koncerty Jazzpospolitej to chwile naprawdę wyjątkowe. Kto był obecny chociaż na jednym, ten doskonale zdaje sobie sprawę, że na drugim czy trzecim się nie skończy i na występy grupy będzie chodził tak często, jak to tylko możliwe. Wydaje się więc, że publikacja płyty koncertowej była tylko kwestią czasu, tym bardziej, że grupa w swojej dyskografii posiada tytuły nagrywane w studio na tak zwaną setkę, a więc w opcji, gdzie wszystko dzieje się tu i teraz – zupełnie jak w sytuacji występu scenicznego. Można więc śmiało powiedzieć, że „Jazzpo! Live Made In China” jest albumem wyczekiwany – zapewne w podobnym stopniu przez słuchaczy, jak i sam zespół.

Podczas serii chińskich koncertów warszawska grupa promowała swój ostatni studyjny materiał zatytułowany „Jazzpo!”. Nie dziwić powinna więc zawartość podwójnego albumu, który w dużej mierze stanowią kompozycje pochodzące z krążka sprzed dwóch lat. Post-rockowa i mocno gitarowa (w stylu fusion) pierwsza odsłona materiału sprawia, że słuchacz od razu zostaje wciągnięty do muzycznego świata Jazzpospolitej. Sceniczna realizacja tego, co znane z płyty studyjnej, utrzymana jest na wysokim poziomie zarówno odtworzenia, jak i urozmaicenia. Dobrze słychać to na przykładzie „Balkonów”, gdzie brudne dźwięki gitary oddają klimat utworu w wersji podstawowej, dokładając do niego typową dla koncertów fantazję i spontaniczność. A to tylko przykład pierwszy z brzegu, bo im dalej, tym lepiej.

Koncertowa energia narasta i podobnie jak podczas występów zespołu, na których byłem, najlepszy pułap osiąga bliżej końca. W przypadku płyty „Jazzpo! Live Made In China” akcent ten pada mniej więcej na solową partię klawiszy w utworze „Pogadanka” (trzecia pozycja na płycie numer dwa). Reakcje publiczności wydają się być tutaj najgorętsze. Taka atmosfera utrzymuje się już do samego końca, a zespół, zgodnie z przewidywaniami, otrzymuje na sam koniec owacje. Trudno jest stwierdzić czy taki był zamysł samych muzyków, którzy przy składaniu materiału zaplanowali całość tak, aby atmosfera gęstniała z utworu na utwór, czy też chińscy słuchacze odebrali muzykę Jazzpospolitej jak Polacy, którzy przecież całkiem podobnie zachowują się na koncertach grupy. Jakkolwiek nie było, wyszło zacnie, a klimat występu live oddany został – przynajmniej na płaszczyźnie słuchowej – w stu procentach.

„Jazzpo! Live Made In China”, podobnie jak wiele innych tego typu płyt, jest tylko substytutem emocji i wrażeń, jakie towarzyszą podczas prawdziwych koncertów i trzeba postawić sprawę jasno – nigdy nie zdoła ich zastąpić. Tym bardziej odczuwalne będzie to w przypadku tego materiału i Jazzpoposlitej, czyli grupy, której występy pozostawiają w pamięci wyraźne obrazy i dobre wspomnienia. Nie zmienia to jednak faktu, że pierwsza płyta live w dorobku warszawskiego kwartetu to pozycja, którą poznać trzeba z przynajmniej trzech powodów: jakości zawartego materiału, sentymentu dla chwil spędzonych na koncertach Jazzpo oraz nadziei na to, że jeszcze na takowe człowiek się załapie. Ponoć najbliższa okazja nadarzy się w marcu przyszłego roku. Do tego czasu muszą wystarczyć chińskie reminiscencje. (MAK)

Jazzpospolita „Jazzpo! Live Made In China”
(2016; Audio Anatomy)

About Mateusz "Axun" Kołodziej

tarnowianin, nauczyciel języka polskiego, autor książki „Utwór muzyczny jako środek dydaktyczny na lekcji języka polskiego”, bloger muzyczny, fan koszykówki, żużla i prozy Jerzego Pilcha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2016-10-05 by in Recenzja and tagged , , , , , , , .

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: