AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #340: „Pure & Simple”, „Buoyancy”, „In Case You Didn’t Know”

Halo, baza! Czy mamy już płytę roku?

Dolly Parton „Pure & Simple”
(2016; Dolly Records/RCA Records Nashville)
Sytuacja z Dolly Parton staje się powoli irytująca. Nie oczekuję zmiany muzycznej stylistyki, bo wiadomo, że ta wokalistka jest synonimem muzyki country, ale mimo wszystko przydałoby się chociaż odrobinę dobrego smaku. To już nie jest nawet odcinanie kuponów. To perfidne żerowanie na słuchaczach, którzy niemal co roku kupują płyty Parton opatrzone innymi tytułami, ale posiadające praktycznie taką samą zawartość muzyczną. Ostatnie krążki Amerykanki – za wyjątkiem wydanego w 2011 roku „Better Day”, który zaskarbił sobie moją sympatię przebojowością – nie wnoszą do jej dorobku niczego nowego. Powielanie schematów Parton opanowała wręcz do perfekcji, co dobitnie słychać na „Pure & Simple” w wersji rozszerzonej, zawierającej dodatkową płytę CD znamiennie zatytułowaną „The Hits”. Nowe piosenki w porównaniu z „9 to 5”, „Jolene” i „My Tennessee Mountain Home” wypadają naprawdę blado i jak na kopie przystało – słabo. Na drugim krążku zaskakuje wykonanie beatlesowego „Help!” – mniej przebojowe, spokojniejsze i skręcające w stronę folku. Za płytę z hitami dałbym pięć słuchawek, za premierowy materiał – maksymalnie dwie.

Nils Petter Molvær „Buoyancy”
(2016; Okeh Records)
Ta płyta jest fantastyczna. Zwykle wystrzegałem się głoszenia tego hasła mając dziewięć miesięcy danego roku za sobą, ale tym razem można, tym razem wolno, tym razem nie widzę przeciwwskazań. To jest ten album, który już teraz zasłużył sobie na miano płyty roku. „Buoyancy” nie jest na pewno stuprocentowym jazzem, chociaż ma z tym gatunkiem bardzo wiele wspólnego, a i sam autor wywodzi się przecież z tej muzycznej społeczności. „Buoyancy” to krążek ponadgatunkowy, czerpiący ze stylistyki delikatnego ambientu, hałaśliwego noise’u, hipnotyzującego progresywnego rocka oraz kojącej kultury wschodu. Trzeba bowiem zaznaczyć, że trębacz i towarzyszący mu zespół w studio nagraniowym korzystali nie tylko z instrumentarium, które nazwalibyśmy standardowym (tj. gitary elektrycznej i basowej, syntezatora, perkusji), ale również ze sprzętów nie będących w czołówce rankingów popularności, jak chociażby ksylofon, afrykański tam-tam, indyjska gitara shankar i wywodzący się również z tamtego regionu bęben obręczowy. Proszę nie robić jednak dużych oczy, nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Skandynawski artysta nie od dzisiaj znany jest z łączenia i mieszania. Jego wcześniejsze płyty najlepszym tego przykładem. Tegoroczny materiał z jednej strony kontynuuje obraną wcześniej drogę (szczególnie jeśli porównamy „Buoyancy” do tytułu go poprzedzającego), natomiast z drugiej pokazuje kolejne kierunki, jakie obrać można przy tworzeniu awangardowej hybrydy muzyki instrumentalnej z elektroniką. Niby temat wielokrotnie już poruszany, ale Molvær pokazuje, że nawet w tej materii wciąż można zadziwiać. Ten materiał z miejsca wchodzi do kanonu. Kanonu wszystkiego – płyt najlepszych, najciekawszych, najwybitniejszych, najlepiej zagranych i skomponowanych, najmocniej urzekających i najbardziej wciągających. Noty maksymalnej nie stawiam tylko ze względu na to, że Molvær ma w swoim dorobku dwa lepsze albumy („Khmer”, „NP3”), które niezwykle trudno będzie przebić.

Rhonda Ross „In Case You Didn’t Know”
(2016; Makeda Music)
Przyjemna płyta. Bez zaskoczeń, ale przyjemna. Czarnoskóre amerykańskie wokalistki jazzowe mają to do siebie, że potrafią zaciekawić nawet w sytuacji, kiedy wykonywany przez nie repertuar nie odstaje zbytnio od schematycznego muzycznego ujęcia gatunku, jaki reprezentują. Nie inaczej jest w przypadku płyty Rhondy Ross. Artystka proponuje swingujący klimat, bardzo piosenkowe aranżacje kolejnych utworów oraz partie solowe (głównie klawiszy i trąbki), które czerpią sporo inspiracji z gatunkowych wzorców. To zarówno atut oraz minus „In Case You Didn’t Know”, bowiem w myśl zasady, że najlepiej słucha się tego, co już dobrze kojarzone i znane, Ross i jej zespół nie silą się na odkrywanie Ameryki. Ta, w odmianie jazzu, po który sięga wokalistka, już dawno została przemierzona wzdłuż i wszerz. Płyta ta jest więc doskonałą propozycją dla trzech grup słuchaczy: a) fanów Ross, b) miłośników takiej stylistyki, którzy nie oczekują świeżego spojrzenia na muzykę, c) tych, którzy zaczynają swoją przygodę z jazzem od dupy strony, czyli zamiast posłuchać klasyków, wolą w pierwszej kolejności poznać tegoroczne tytuły. (MAK)

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: