AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Limboski „One Man Madness”

Krok od popularności?

Limboski podczas koncertu w Tarnowie (2011 rok)

Michała Augustyniaka znam – rzecz jasna muzycznie – od dawna (co prawda osobiście też poznaliśmy się kilka lat temu po koncercie, jaki muzyk zagrał ze swoim zespołem w Tarnowie, ale wątpię, aby artysta pamiętał tamto spotkanie; bardziej ode mnie będzie kojarzył niesamowity upał i duchotę, w jakie obfitował tamten sierpniowy wieczór). Płyta „Czarny kolczyk” – nagrana jeszcze jako Limbo w 2008 roku – oraz „Cafe Brumba” nie były tytułami, które przez większość odbiorców i krytyków zostały zauważone. Materiały te posiadały za to wielką duszę i zakusy do eksperymentalnego grania blues-rocka w stylu Toma Waitsa, a to powodowało, że na Augustyniaka zwróciłem uwagę. Limboski podobne muzyczne pomysły realizował na wydanej w 2011 roku płycie „Tribute To Georgie Buck”, której echa mocno słychać również na tegorocznym albumie. Pisząc o dyskografii wokalisty wspomnieć należy także o płycie „Verba Volant” (tym razem nagranej z zespołem), z której pochodzi świetny singiel „Jezus był słaby” (piosenka zaliczona została przeze mnie do grona najlepszych utworów 2014 roku). Tyle o przeszłości, co z teraźniejszością?

To, co definiuje album „One Man Madness”, to miejsce, w którym został on nagrany. Rogalów Analogowy, czyli w pełni analogowe studio, gdzie praca wygląda zupełnie inaczej niż w nowoczesnych miejscach przeznaczonych do tego celu. Nie ma tam komputerów, poprawiania wokalu i korekty dźwięków. Człowiek staje przed mikrofonem, zaczyna grać i śpiewać, a wszystko to zapisywane jest na taśmie. Jeden mały błąd, źle wzięty oddech, omsknięcie się palca na strunie lub nieprzewidziany szmer i wszystko diabli biorą – trzeba zaczynać od nowa. To technologia sprzed dobrych sześćdziesięciu lat. Przestarzała? Być może. Powodująca, że praca jest jeszcze mozolniejsza? Z pewnością. Jednocześnie jednak dająca o wiele lepsze brzmienie – mniej nieskazitelne i wymuskane, ale za to posiadające duszę i nie wybaczające błędów i braków u artysty. Kiepski muzyk i wokalista bez komputerowych poprawek nie istnieje. Limboski te obawy może jednak wyrzucić do kosza. Jego charakterystyczny chrypliwy głos w takiej stylistyce sprawdza się bardzo dobrze. Mocny wokal uwypuklony zostaje jeszcze przez swoisty brud doprawiony sposobem jego rejestracji. Przestrzeń, jaką instrumentom daje analogowe nagrywanie, dodatkowo sprzyja jakości efektu końcowego.

Dobór piosenek, jakie znajdziemy na zaprezentowanej płycie, świadczy dodatkowo o inteligencji samego artysty. Nie mógł on bowiem, przy tego typu staroświeckim podejściu, sięgnąć po utwory namaszczone wesołkowatością i współczesnością. „One Man Madness” to album spokojny, wręcz wycofany, ale posiadający jednocześnie muzyczną siłę. Bluesowe kawałki otrzymują mroczną barwę, która dobrze pasuje do sytuacji, w której dojrzały mężczyzna zasiada samotnie z gitarą naprzeciwko mikrofonu i zaczyna opowiadać historie (np. w „Park Song” i „I’m So Many Men”). Pojawiają się również utwory przesiąknięte wspomnieniami z podróży do Indii („Down In India”), jaką Limboski odbył przed rozpoczęciem nagrywania płyty. Przy tym wszystkim artysta nie zapomina o swoich inspiracjach i muzycznych korzeniach (covery Toma Waitsa i Lou Reeda). Co może zaskakiwać, sięga on także po klasykę gatunku chanson (zamykający całość „La Boheme”) i pieśń „Kongurei”, wykonując ją typowym dla tradycji mongolskiej gardłowym śpiewem. To smaczki, które w pierwszej chwili nijak pasują do reszty materiału, ale w ostatecznym rachunku tylko go urozmaicają.

Jeśli miałbym „One Man Madness” porównać do czegoś, co w przeszłości swoim pseudonimem sygnował Limboski, byłaby to płyta „Tribute To Georgie Buck” (wspominałem o tym zresztą w jednym z wcześniejszych akapitów). Album sprzed pięciu lat również posiada analogowy klimat, z tą tylko różnicą, że tamten materiał nagrany został przez muzyka na domowym komputerze. Dzisiaj, przy okazji sesji nagraniowej w Rogalowie, gitarzysta powrócił do solowego patentu, sięgając już jednak po bardziej oldschoolowe rejestratory.

Tę płytę poznać należy z jeszcze jednego niemuzycznego powodu. „One Man Madness” zamyka pewien etap w karierze Michała Augustyniaka – etap najogólniej związany z undergroundem i popularnością w skali mikro. Muzyk podpisał niedawno kontrakt z Sony Music na wydanie nowego krążka. Kto wie, może teraz od prawdziwej popularności (na którą, cholera, zasłużył!) dzieli go tylko jeden mały krok? Oby Limboski wykorzystał szansę i możliwości, jakie daje duża wytwórnia. Muzycznie jest na to przygotowany. Pytanie tylko czy tak zwana szersza publika i włodarze firmy fonograficznej wyrażają taką samą gotowość? (MAK)

Limboski „One Man Madness”
(2016; Obuh)

About Mateusz "Axun" Kołodziej

tarnowianin, nauczyciel języka polskiego, autor książki „Utwór muzyczny jako środek dydaktyczny na lekcji języka polskiego”, bloger muzyczny, fan koszykówki, żużla i prozy Jerzego Pilcha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2016-09-08 by in Recenzja and tagged , , , , , , , , , .

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: