AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Relacja/Wideo: Wojtek Waglewski/Wojtek Klich – Improwizacje (25.08.2016 r., Tarnów)

Lider grupy Voo Voo był gwiazdą koncertowego finału festiwalu Był Sobie Blues.

Jedenasta edycja festiwalu Był Sobie Blues została oficjalnie zakończona. Tegoroczne tarnowskie święto muzyki rodem z Delty Missisipi nie przyciągnęło tak licznej publiki, jak miało to miejsce w latach ubiegłych (pisałem o tym w jednej z wcześniejszych relacji, pytając przy okazji: „Ludzie, co z Wami?!”), jednocześnie cały czas pozostając wzorem do naśladowania w kwestii doboru zapraszanych wykonawców. Pod względem poziomu artystycznego impreza kolejny raz zasłużyła na wysoką notę. To, dlaczego nie działa już na słuchaczy jak magnes, pozostaje tajemnicą rodem z serialu z Davidem Duchovnym i Gillian Anderson w rolach głównych. Deserem po serii koncertów plenerowych i klubowym „Sam na sam z bluesem” był wspólny występ lidera grupy Voo Voo, Wojtka Waglewskiego, i gospodarza festiwalu, Wojtka Klicha, pod nazwą Bluesik Bonusik – Improwizacje. Była to jednocześnie inauguracja tego cyklu, który w zamierzeniu ma stać się stałą częścią sierpniowego festiwalu. Co ciekawe, dwadzieścia lat temu premierę innego koncertowego cyklu, którego pomysłodawcą również był Klich, występem uświetnił właśnie „Wagiel”. Jak widać, historia lubi się powtarzać.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: dwóch przyprószonych siwizną (jeden na włosach, drugi na brodzie) gości bierze do rąk gitary, siada naprzeciwko i zaczyna grać i śpiewać piosenki. Jaka sceneria roztacza się przed waszymi oczami? Mocno oazowa, powiedzmy coś na granicy ogniskowego spotkania i harcerskiego biwaku. W kwestii zachęty do wzięcia w czymś takim udziału, podejrzewam, sporo osób miałoby obawy. I chociaż panami z gitarami okazują się pierwszoligowi muzycy, owa niepewność, co do samego wydarzenia, cały czas utrzymuje się na podobnym pułapie.

Takie emocje towarzyszyły mi w drodze na czwartkowy koncert Wojtka Waglewskiego i Wojtka Klicha. Czym były one podyktowane: brakiem wiary w artystów, a może niewiadomą w stosunku do repertuaru? Właściwie nie wiem dokładnie dlaczego, ale w przypadku tego występu nie miałem pewności, że wyjdę z niego zadowolony. Wszystko co złe zniknęło jednak już w trakcie wykonywanie pierwszego utworu.

– Bluesik jak bluesik, to będą ładne piosenki – powiedział na samym wstępie Waglewski i dotrzymał danego słowa. Prezentując autorskie utwory dobrze znane z płyt Voo Voo („Nim stanie się tak”), krążka nagranego z Maciejem Maleńczukiem („Bo Bóg dokopie”) i tych, które wydał wspólnie z synami („Chromolę”, „Na okrągło”), kolejny raz udowodnił, że kompozytorem i autorem tekstów jest wybitnymi. Określanie ich mianem „ładne piosenki” to i tak zbyt mała pochwała. Drugi z bohaterów dołożył od siebie numery starsze (chociażby „Lalę”, którą zaczął czwartkowy koncert) i nowsze. Jak zwykle w przypadku utworów tarnowskiego muzyka, biła z nich charakterystyczna poetyka i coś, co lubię nazywać właściwym balansem pomiędzy treścią a formą. Płaszczyzny – muzyczna i liryczna – przeplatały się, tworząc w tym przypadku doskonały przykład autorskiej piosenki, która oparta na bluesie spokojnie i bezinwazyjnie ewoluuje w inne gatunki. Jednolity klimat wszystkich zagranych utworów sprawił, że koncert – będący tak naprawdę występem dwóch solistów – był bardzo spójny. Panowie, pomimo krótkiej próby (jak stwierdzili: dwunastominutowej, z czego przez osiem czyścili i stroili gitary), rozumieli się niemal bez słów. Wystarczyły porozumiewawcze spojrzenia i kiwnięcia głowami sygnalizujące gotowość do wejścia z partią solową (być może jestem czepialski, ale po cichu liczyłem na większą ilość improwizowanych, ba!, może nawet lekko wariackich fragmentów). Porozumienie pomiędzy artystami, ich wzajemny szacunek, ale i dystans do siebie, okazywane były również w rozmowach. Żarty, trochę ironicznych dogadywań (jak to w przypadku starych kolegów), ale i pochlebne opinie sączyły się to z jednej, to z drugiej strony. Taka aura szybko przekuta została w specyficzną atmosferę Piwnic TCK. Dobre samopoczucie muzyków udzieliło się także publice, co z kolei przełożyło się na jej aktywne uczestnictwo w wydarzeniu. Osoby, które tego wieczoru szczelnie wypełniły salę koncertową, pomagały – czy to śpiewając, czy też rytmicznie klaszcząc – w wykonywaniu kolejnych piosenek. Niecałe dwie godziny minęły niczym kwadrans, pozostawiając w głowie melodie, od których nie mogłem uwolnić się jeszcze na drugi dzień. W zasadzie to trzyma mnie aż do dzisiaj. (MAK)

About Mateusz "Axun" Kołodziej

tarnowianin, nauczyciel języka polskiego, autor książki „Utwór muzyczny jako środek dydaktyczny na lekcji języka polskiego”, bloger muzyczny, fan koszykówki, żużla i prozy Jerzego Pilcha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: