AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #334: Kilka płyt na koniec wakacji

W dzisiejszej odsłonie cyklu Krótka piłka sięgam po kilka płyt na koniec wakacji, które niekoniecznie utrzymane są w letnim tonie.

Causes „Under Bridges That You Built For Me”
(2016; RCA Records)
Jak to mawiają – złe dobrego początki. Zaczynam dzisiejszy wpis od najgorszej propozycji. Robię to z dwóch powodów: aby przestrzec przed ewentualnym zakupem oraz po to, aby podziękować zespołowi Causes. Za co? Na pewno nie za muzykę. Słowa podzięki kieruję w stronę angielsko-holenderskiego bandu za to, że dzięki takim płytom łatwiej nam, słuchaczom, docenić dobre albumy. Pamiętajmy, że gdyby nie naprawdę utalentowani i pomysłowi wykonawcy, bylibyśmy zmuszeni do obcowania z takimi wyrobami muzycznopodobnymi jak „Under Bridges That You Built For Me”. Bez wyczucia, bez smaku, bez czegokolwiek, co można by podciągnąć pod wymagane minimum. Indie pop w najgorszym wydaniu, niemal w stylu Jonas Brothers i One Direction. Trzynastoletnie fanki zapiszczą z zachwytu, wydawca liczący na zarobek pewnie też.

Lulek & Magierski „Liście”
(2016; Queen Size Records)
Być może za bardzo polecę teraz w dziwną teorię, ale miałem taką wizję: Lu i Magiera wydają w następnym roku nową płytę, album ukazuje się siedemnaście lat po premierze kultowego „2071” i nosi tytuł „2017”. Kto wie, być może jeszcze tak będzie… Tymczasem producenci postanowili zrobić autorowi tych słów psikusa, a wszystkim słuchaczom niespodziankę i już w tym roku wypuścili nowy wspólny materiał. „Liście” ukazały się co prawda jakiś czas temu, ale do mojego odtwarzacza dotarły z lekkim opóźnieniem. Mogę tylko żałować, że po płytę sięgnąłem dopiero teraz. Zawartości albumu na pewno nie można uznać za novum. Łączenie muzyki elektronicznej z hip-hopem, soulem i jazzem nie jest czymś, co dzisiaj dziwi. Zaskoczeniem jest już jednak fakt, że pomimo tak częstego eksploatowania tej muzycznej płaszczyzny, wrocławianie potrafili nagrać spójny i interesujący materiał na wysokim poziomie. „Liście” są na tyle dobre, że słuchając ich – nawet i dziesiąty raz z rzędu – trudno będzie się nudzić. Kto wie, może jest to nawet niemożliwe?

Dagadana „Meridian 68”
(2016; Karrot Kommando)
Dagadana to przykład na wykonawcę, który każdą kolejną płytą podnosi poziom swoich nagrań. Polsko-ukraiński zespół dowodzony przez Dagę Gregorowicz i Danę Winnicką ponownie zabiera słuchaczy w podróż do miejsc oddalonych od Polski o tysiące kilometrów. Tym razem celem peregrynacja staje się daleki wschód – z Chinami, Tybetem i Mongolią na czele. To właśnie z tego regionu geograficznego z myślą o tegorocznej płycie grupa czerpała najwięcej muzycznych inspiracji. Co charakterystyczne dla twórczości Dagadany, artyści zagraniczne wzorce przetwarzają przez słowiańskie sito, dopieszczając wszystko elementami elektroniki i jazzową ekstrawagancją. Efekt końcowy wbija w fotel. Tytułowy południk sześćdziesiąty ósmy, znajdujący się w połowie drogi między Częstochową a Pekinem, to symbol tej swoistej dźwiękowej fuzji. Pomimo różnych źródeł, odmiennych kultur i tradycji, Dagadana z gracją łączy polskie i ukraińskie piosenki ludowe, mongolski gardłowy śpiew, a nawet język chiński, przekazując odbiorcy jasny sygnał, że dobra sztuka nie zna granic i z łatwością przemówi do osób zamieszkujących odległe krainy.

Minden „Sweet, Simple Things”
(2016; wydanie własne)
Czytelnicy śledzący to, co pojawia się na blogu wiedzą, że do tej pory polecałem dwie tak zwane wakacyjne płyty. Były to „Dla domu i ogrodu” oraz „NuFunk”. Listę w trybie nagłym rozszerzyć należy o jeszcze jeden tytuł – „Sweet, Simple Things”. Nowy krążek zespołu Minden to pop, ale nie cukierkowy, co mylnie wnioskować można po różowej okładce i podnoszącym – już na sam widok – poziom glukozy lodowym przysmaku. Dzięki nawiązaniom do innych muzycznych gatunków, amerykańskiej grupie udało się uniknąć miałkości. Ozdobnikami tymi są między innymi funkowa gitara („All The Girls”), soulowy wokal („Never Spayed”) i vibe znany chociażby z filadelfijskiego podwórka lat 60. i 70. („Real Sugar”). Dziewięć piosenek, do których za sześć miesięcy nie będziecie wracać w pierwszej kolejności mówiąc o tytułach z 2016 roku, ale tworzących zestaw, który z pewnością powinien umilić te kilka ostatnich chwil lata.

Wacław Zimpel „Lines”
(2016; Instant Classic)
OK, to nie jest wakacyjna płyta ani pod względem daty wydania (luty 2016), ani zawartości (dominują: pokręcony jazz w wersji free, ambient i alternatywa), ale jednocześnie album „Lines” ma w sobie tak dużo dobrego, że trudno było mi się oprzeć przez napisaniem kilku słów na jego temat. Wacław Zimpel proponuje słuchaczom dawkę minimalistycznego grania (autor doszukuje się go nawet w renesansowy dziele Johannesa Ockeghema!) opartego na dźwiękach elektrycznych instrumentów klawiszowych (Hammond, Rhodes), klarnetu (w odmianie basowej i altowej) i khaenu (tradycyjnego azjatyckiego instrumentu z Tajlandii; ciekawostka: na wszystkich instrumentach gra sam gospodarza). I chociaż Zimpel kojarzony jest z improwizacyjną odmianą jazzu, „Lines” pod względem kompozycji jest płytą uporządkowaną. Efekt dowolności wywołuje zastosowana tutaj polifonia, która była głównym kluczem do nagrania tego albumu. Zimpel na krążku sięga do tradycji indyjskiej, free jazzu, ambientu i etnicznego postrzegania muzyki. Balansowanie na granicy gatunków i automatyczne wystrzeganie się ewentualnego zaszufladkowania, prowadzi finalnie do dwóch wniosków: to muzyka, którą w teorii trudno będzie jednoznacznie nazwać (termin „szeroko pojęta alternatywa” będzie chyba najodpowiedniejszy), by w praktyce nadać jej miano bardzo dobrej.

Taco Hemingway „Wosk EP”
(2016; wydanie własne)
Pierwsza epka Taco Hemingwaya była sporym wydarzeniem. Koncept krążka i poruszona na nim tematyka okazały się strzałem w dziesiątkę. „Umowa o dzieło” pokazała jednak, że nadmuchany balonik pęka przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością. Raper, prezentując nowe utwory bez słyszalnego punktu wspólnego, okazał się postacią, która szybko wypada z playlist. Teraz jest inaczej. W stosunku do tegorocznej płyty ponownie jestem na „tak”. „Wosk EP” jest przede wszystkim materiałem wyrazistym – muzycznie i tekstowo. Produkcje od Rumaka są naprawdę klasowe, a do ich poziomu dostosował się również sam raper. Taco popracował nad flow, nieznacznie zmienił styl, wciąż pozostając wiernym swojej muzycznej filozofii – cały czas woli być nową Nosowską niż Tupakiem. I ja to szanuję.

Ocean of Noise „Still in a Dream”
(2016; wydanie własne)
Odcinek, który miał być w pełni poświęcony płytom, które towarzyszyły mi w drugiej połowie sierpnia, przerodził się w coś, co zwykłem nazywać nadrabianiem zaległości. Wakacje są jednak poniekąd takim właśnie okresem, kiedy mniejsza ilość premier pozwala na sięgnięcie po to, co przegapione lub niedostatecznie poznane. Tak też było z drugą płytą projektu Rafał Konopki, Ocean of Noise. Czytając zapowiedzi „Still in a Dream” bardzo ucieszył mnie fakt, że główną wokalistką (ciekawe czy tylko z myślą o tym krążku, czy też na stałe?) została Magdalena Noweta. Uśmiecham się, ponieważ trzy lata temu recenzując debiutancki album Konopki, poniekąd domagałem się właśnie takiego rozwiązania. Jednak nie tylko za spełnienie mojego życzenia cenię „Still in a Dream” wyżej od poprzedniczki. Tegoroczny krążek jest przede wszystkim żywszy od wcześniejszego. Wpływ ma na to przede wszystkim zmiana muzycznego kierunku: z obecnych na debiucie indie i noise rocka na dream- i elektropop. Jest tanecznie (kto by pomyślał?), lżej i jeszcze bardziej melodyjnie. Powiedziałbym nawet – radiowo, tylko szkoda, że duże rozgłośnie nie chcą grać tak dobrej, łatwej do przyswojenia i wciąż alternatywnej muzyki.

Lakuta „Brothers & Sisters”
(2016; Tru Thoughts)
Jeśli chcecie, aby ostatnie dni tegorocznych wakacji przepełnione były muzyką, z której bije pasja, piękno i korzenny klimat, płyta „Brothers & Sisters” powinna być dobrą propozycją. Muzycy tworzący angielski zespół, których drzewa genealogiczne sięgają Czarnego Lądu, taką wizję melodii wyssali z mlekiem matek. Prawdziwą petardą jest już otwierający wszystko singiel „Bata Boy”. Piosenka charakteryzuje się mocną rytmiką przy jednoczesnej dużej frywolności skłaniającej do bezgranicznego i wolnego tańca. Im dalej, tym bardziej pochłania nas letnia energia. Nastawiona na afro beat kompozycja „So Sue Us” zachwyca partiami instrumentów dętych, „Changanya” puszcza oko do miłośników latynoskich dźwięków, „Lose Yourself” czerpie sporo inspiracji z klasyki disco, natomiast „Kansan” pokazuje, że Lakuta dobrze sprawdza się również w jazzowo-soulowych schematach. Trudno nie polubić. (MAK)

About Mateusz "Axun" Kołodziej

tarnowianin, nauczyciel języka polskiego, autor książki „Utwór muzyczny jako środek dydaktyczny na lekcji języka polskiego”, bloger muzyczny, fan koszykówki, żużla i prozy Jerzego Pilcha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: