AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #317: „Ambara$”, „Życie po śmierci”, „Hannibal”, „Nawiasem mówiąc”

Dzisiejsza odsłona cotygodniowego cyklu Krótka piłka w całości poświęcona jest rodzimemu rapowi.

Małach/Rufuz „Ambara$”
(2016; Prosto)
Od bardzo dawna nie jestem już fanem tak zwanego ulicznego rapu. Wszystko przez monotonię – tematyczną i muzyczną – oraz światopogląd większości raperów reprezentujących wspomniany nurt. Jak jednak wiadomo nawet od najtrwalszych reguł zdarzają się wyjątki. Nie inaczej jest w przypadku krajowej sceny i rodzimych uliczników. Tutaj od pewnego czasu moją uwagę przyciąga duet Małach/Rufuz. Warszawiacy po okresie działalności pod szyldem własnego labelu w 2014 roku związali się z wydawnictwem Prosto i opublikowali album „Oryginał” (sprawdź recenzję). Teraz – ponownie w duecie i w barwach firmy Sokoła – serwują słuchaczom nowy materiał. „Ambara$” daje dowód na to, że hip-hop z szarych blokowisk nie musi być nudny i przewidywalny. Małach i Rufuz wychodzą od pewnych utartych schematów, ale mają odwagę je rozwinąć, wyjść poza hermetyczne podwórko. Dzięki poczynionemu progresowi (szczególnie jest on słyszalny w nawijce Rufuza, który na poprzednich płytach mógł być traktowany jako ta gorsza część projektu) raperzy mogą w interesujący sposób poruszać tematy uniwersalne, nieobce żadnemu mieszkańcowi polskich osiedli. Podobnie rzecz ma się z warstwą muzyczną. Małach, Sir Michu i Flame zadbali o to, aby utwory trafiły w wąskie gusta chłopaków z ławki (mocne bębny, klasyczne sample i skrecze), ale i tych odbiorców, którzy szukają w rapie jednak czegoś więcej niż rozpoznawalnego od dawna brzmienia charakteryzującego się brudem i surowością chodnika. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie gościnnych zwrotek na dobrym poziomie, które mogłyby przynajmniej równać się z tym, co na „Ambara$ie” prezentują gospodarze.

O.S.T.R. „Życie po śmierci”, „Życie po śmierci (Snap Jazz Editin)”
(2016:; Asfalt Records)
Pewnie sporo osób będzie zaskoczonych, ale nowy album Ostrego nie powalił mnie na kolana. „Życie po śmierci” to niezwykle szczera płyta, po posłuchaniu której zasmuciła mnie jedna kwestia: Ostrowski musiał dostać od życia naprawdę porządnego kopniaka w cztery litery, aby obudzić swoją artystyczną stronę. Pochwalić trzeba koncept albumu. Widać, że jeśli Adam chce, to potrafi. Podobnie jak w przypadku „Tylko dla dorosłych”, gdzie jeden z krążków nagrany został na fajnym patencie, tak samo tutaj materiał przyjmuje formę pewnej historii ujętej w ramy muzycznego pamiętnika. Jednak ma to też swoje minusy, jak chociażby brak możliwości wybierania utworów na chybił trafił i słuchania ich na wyrywki. „Życie po śmierci” to jedna z tych płyt, które zgłębiać trzeba od pierwszego do ostatniego numeru, bez przeskakiwania. Nie ma także na albumie tym swoistego czynnika „wow!”. Słuchając tego krążka złapałem się kilka razy na tym, że po czterech-pięciu utworach przestawałem skupiać się na tym, co Ostry ma mi do powiedzenia. Nie wciągnęła mnie ta opowieść na tyle, aby chętnie do niej wracać. Muzycznie OK, chociaż cały czas będę twierdził, że O.S.T.R. w dorobku ma kilka lepiej wyprodukowanych płyty (chociażby „Jazz w wolnych chwila”, „O.C.B.”). Pozytywniej odbieram więc wersję Snap Jazz Edition. Muzycznie przewyższa ona zestaw oryginalnych produkcji, udowadniając przy okazji, że rapowi i jazzowi jest bardzo po drodze.

Wersja standardowa:
Wersja jazzowa:

Łona i Webber „Nawiasem mówiąc”
(2016; Dobrzewiesz)
Majster Łona powrócił. Kolejny raz słuchając utworów szczecińskiego rapera mam nieodparte wrażenie, jakby ten wszedł do mojej głowy, wyciągnął z niej kilka fraz i przemyśleń, które następnie posłużyły mu za fundament nowych tekstów. Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile razy w prawdziwym życiu byłem bohaterem utworu „Nie mam pojęcia”. W „Gdzie tak pięknie?” również się odnajduję, bo chyba każdy z nas miał okres typowo polskiego gdybania. Z kolei „Nie pogadasz” stanowi idealną charakterystykę młodego, często niemającego swojego zdania i podążającego za trendami społeczeństwa, w którym przyszło mi się obracać. W „Błędzie” niemal jeden do jednego oddany zostaje mój stan umysłu, kiedy ktoś przeszkadza mi w czytaniu. Ponadto Łona na płycie kontynuuje ideę konceptualnych numerów. W „Co tak wyje?”, który nieprzypadkowo kojarzyć może się z Tuwimowską „Lokomotywą”, nawijka przyjmuje pociągową rytmikę, której sprzyja zresztą specyficzny ciuchciowy bit autorstwa Webbera. „Doklej plakat” – mój faworyt z „Nawiasem mówiąc” – to ładna historia czułego plakatowego spoglądania Gomnbrowicza na Azealię Banks, w końcowej fazie nawiązująca dodatkowo do utworu „W kawiarence Sułtan” z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. Od strony tekstowej ta płyta już dzisiaj przebija resztę tytułów przygotowanych przez polskich raperów. Nie przeszkadza nawet monotonne flow Łony i trochę zachowawczy Webber, którego podkłady mogłyby w dwóch-trzech miejscach odejść nieco od schematu i dostosować się do konceptu lirycznego (jak miało to miejsce we wspomnianym już numerze „Co tak wyje?”).

Abel „Hannibal”
(2016; Wielkie Joł)
Słychać, że Abel i Jordah śledzą trendy w światowym rapie. „Intro” i „Korona” mają klimat bardzo zbliżony do utworów grupy Odd Future i Kanye’go Westa. Słubickiego rapera interesują również przejawy starszej kultury, czego wyrazem odwołania do jaskini w Akwitanii i artystów, takich jak chociażby Marcel Duchamp i Jan Vermeer. „Hannibal” to płyta pełna nawiązań, symboli oraz wtrąceń zapożyczonych z innych tekstów sztuki (rodzimej lub zagranicznej). Dzisiaj to niby modne, aby robić właśnie taki hip-hop, ale nie każdy potrafi udźwignąć ciężar i jednocześnie bawić się całą koncepcją. Abel niewątpliwie posiada tę umiejętność. Dodatkowo, dynamiczny tembr głosu rapera sprawia, że zaprezentowane na „Hannibalu” kawałki zyskują jeszcze bardziej. Energia emanująca z niektórych wersów – czasami wykrzyczanych, innym razem zarapowanych w różnym tempie – sprawia, że płyta przykuwa uwagę słuchacza. Dobrym partnerem Abla kolejny raz okazuje się Brat Jordah. Połowa duetu Małe Miasta udowadnia, że rapowe podkłady oparte w całości na elektronice nie kryją przed nim żadnej tajemnicy. Producent żongluje na płycie surowym brzmieniem, solidnymi bębnami, dudniącym trapem i ciekawymi smaczkami naznaczonymi syntetycznym klimatem. Na minus niektóre refreny (szczególnie te wykonywane przez kobiety), które zwyczajnie nie pasują mi do reszty utworów. Niemniej jest to element, który można przeboleć – wszak nie trwają one nie wiadomo jak długo. Raperzy, strzeżcie się! Hannibal ante portas. (MAK)

About Mateusz "Axun" Kołodziej

tarnowianin, nauczyciel języka polskiego, autor książki „Utwór muzyczny jako środek dydaktyczny na lekcji języka polskiego”, bloger muzyczny, fan koszykówki, żużla i prozy Jerzego Pilcha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: