AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #313: „Changes”, „You And I”, „Work In Progress”, „You’re A Man Now, Boy”, „The Catastrophist”, „This Is What The Truth Feels Like”

Po tygodniowej przerwie wracam z cyklem Krótka piłka.

Wspominałem o tym na Facebooku, ale pozwolę sobie powtórzyć również tutaj – być może są osoby, które trafiają na blog bez pośrednictwa tego portalu społecznościowego. W ubiegłym tygodniu wpisu z cyklu Krótka piłka zabrakło z powodu… nadmiaru weny (tudzież wodolejstwa). Otóż przygotowane na tę okazję płyty (Rafał Gorzycki Trio „Playing”, Maria Pomianowska Ensemble „Stwórco łaskawy”, Sean Noonan „Memorable Sticks”) doczekały się osobnych recenzji. Nie zdążyłem posłuchać już nowych tytułów, a nie chciałem robić tego „na szybko”. Obiecałem jednak poprawę i powrót z podwójną dawką krótkich opinii. Słowa dotrzymuję i zamiast trzech prezentuję ocenę sześciu płyt.

* * * * *

Charles Bradley „Changes”
(2016; Daptone Records)
Charles Bradley, czyli bohater prawdziwej historii typu od zera do bohatera made in America (do czego artysta nawiązuje niejako już w dwóch pierwszych utworach „God Bless America” i „Good To Be Back Home” oraz poprzedzającym je monologu), prezentuje trzeci solowy album. „Changes” to kolejna pozycja w dyskografii czarnoskórego wokalisty oddająca hołd klasycznej muzyce soul. Skojarzenia z Jamesem Brownem i Otisem Reddingiem nie będą bezpodstawne. Tytułowy utwór zaczerpnięty z repertuaru legendarnej formacji Black Sabbath, który w formie singla wyemitowany został jeszcze przed premierą płyty, to iście mistrzowski przykład na to, jak powinno grać się covery. Bradley sięga po hard rockowy hymn i przerabia go na soulową melodię, tworząc w zasadzie zupełnie nową piosenkę. Wielkie, pozytywne zaskoczenie – nigdy nie przypuszczałem, że polubię kawałek Ozzy’ego. Wszystkie numery umieszczone na „Changes” to wokalny popis artysty. Bez względu na to, czy pojawiają się taneczne melodie („Ain’t It A Sin” z charakterystycznym Brownowskim zacięciem), czy też balladowe momenty („Nobody But You”), Bradley czaruje swoim głosem. Towarzyszący mu zespół dba o to, aby ten miał o co się oprzeć. Harmonizująca muzyka stanowi przykład na wehikuł czasu – słuchając jej, do końca nie wiesz, czy została nagrana dzisiaj, czy po prostu zgrana ze starych winylowych płyt pamiętających kadencję prezydenta Richarda Nixona.

Jeff Buckley „You And I”
(2016; Legacy Recordings)
Jeff Buckley to przykład wykonawcy, którego kariera kwitnie także po śmierci (oczywiście dzięki żerującej na jego talencie wytwórni). Amerykanin za życia nagrał tylko jeden studyjny album („Grace”, 1994), natomiast pięć płyt trafiło do sprzedaży już po 29 maja 1997 roku (z albumami live jest ich jeszcze więcej). „You And I” to kolejny tego typu tytuł. Jak informował wydawca krążka, opublikowany niedawno materiał to kilkanaście kawałków zarejestrowanych jeszcze przed oficjalnym debiutem artysty – w trakcie sesji nagraniowej z lutego 1993 roku. Złożony w całość i wydany w formie albumu zestaw piosenek to w większości covery (w stosunku 8:2) utworów z repertuaru takich wykonawców, jak chociażby Bob Dylan, The Smiths i Led Zeppelin. Jak na demo płyta wypada okazale. Słyszalne są inspiracje bluesem („Poor Boy Long Way From Home”, „Dream Of You And I”), rhythm and bluesem („Don’t Let The Sun Catch You Cryin'”), folk rockiem („Night Flight”), soulem („Everyday People”) oraz tzw. alternatywnym graniem („The Boy With The Thorn In His Side”). „You And I” to głos Buckleya plus gitara. Nic więcej. Minimalistyczna forma krążka uwypukla niebywały talent wokalisty, który mógł rozwijać się jeszcze długie lata (w chwili śmierci artysta miał dopiero trzydzieści lat).

Tortoise „The Catastrophist”
(2016; Thrill Jockey)
Niezwykle ważna dla słuchaczy pamiętających lata 90. grupa muzyczna powróciła z nowym materiałem po kilku wiosnach przerwy. I chyba na tym należałoby zakończyć recenzowanie płyty „The Catastrophist”, jeśli miałby zadziałać szacunek lub coś, co zowie się sentymentem. Tylko niby dlaczego – z szacunku – nie pisać o słabościach tego albumu, skoro właśnie o szacunku do fanów zapomnieli sami muzycy? Bo jak inaczej nazwać to, co słyszymy po umieszczeniu CD w odtwarzaczu i wciśnięciu play? Płytkie syntetyczne brzmienia, kiepska elektronika, nudne odwołania do post-rocka, mało interesujące kompozycje, przeciągane solówki. Kiedyś byli inspiracją dla innych, dzisiaj nie są nawet tłem. Prawdziwa katastrofa.

Signal To Noise Ratio „Work In Progress”
(2016; wydanie własne)
Trudna płyta. Zespół Signal To Noise Ratio zaprezentował materiał, który niełatwo będzie sprzedać szerszej publice. Tylko czy członkowie grupy stawiali sobie taki cel? Wątpię. „Work In Progress” to album przemyślany od pierwszej do ostatniej sekundy. Żaden dźwięk nie jest tutaj przypadkowy, przez co przyjąć można za pewnik, że krążek miał brzmieć właśnie tak. Porcja psychodelicznego i progresywnego rocka z syntezatorem w roli głównej. Oczywiście inne instrumenty również mają tutaj rację bytu, jednak to fale dźwięki wytworzone przez wspomnianą machinę wyznaczają drogę, którą podążać mają i muzycy, i słuchacze. Wizytówką płyty (ale także i grupy), wydaje się być piętnastominutowy numer „Entropia”. Utwór praktycznie w stu procentach muzyczny (mniej więcej w drugiej połowie słyszymy na chwilę wokal) rozwija się z frazy na frazę. Początkowo dominującą funkcje pełni saksofon, później pałeczkę przejmuje syntezator, by w momencie pojawienia się partii śpiewanej dodać do tego jeszcze perkusję i gitarę, która zresztą żegna nas dość ładną partią. Pojawiający się tuż po niej remiks „Duchów elektryczności” to kawałek wyciągnięty żywcem z lat 80. Wątek kontynuuje, aczkolwiek w lżejszej i bardziej nowoczesnej formie, utwór „Ludzie-muchomory”, którego główna melodia wyznaczana jest przez klawisze. Wychwalam, wychwalam, ale część czytelników zdążyła już zapewne zauważyć, że ocena końcowa nie jest przecież maksymalna. Co więc mi nie pasuje? Cover Marka Grechuty. „Droga za widnokres” w wykonaniu Signal To Noise Ratio nie przypadła mi do gustu. Szanuję pomysł, ale nie odnajduję w nim wiele dla siebie. Cały czas mam w głowie oryginalną wersję tego utworu, która wydaje mi się lepsza. Do tego dodać należy momentami męczącą manierę wokalną Przemysława Piłacińskiego, który sprawia, że o wiele większa radość płynie z obcowania z instrumentalnymi partiami płyty.

Raleigh Ritchie „You’re A Man Now, Boy”
(2016; Columbia Records)
Nie oglądam „Gry o tron” (widziałem dwa odcinki, które nie przekonały mnie do poświęcenia swojego czasu kolejnym częściom). Spora część znajomych patrzy na mnie jak na kosmitę, mając przy okazji powód do żartów, które zazwyczaj słyszę podczas spotkań. Nie mam zatem pojęcia, czy rola, jaką we wspomnianym serialu gra Jacob Anderson, jest istotna dla całej historii. Wiem natomiast, że jego muzyczne alter ego, Raleigh Ritchie, w roli wokalisty R&B radzi sobie całkiem znośnie. Brytyjczyk sygnalizował to już kilka lat temu na „The Middle Child EP”, dzisiaj potwierdza formę pełnoprawnym longplayem. „You’re A Man Now, Boy” to płyta bardzo emocjonalna. Faktycznie, jak informuje nas tytuł, o stawaniu się mężczyzną, na skutek – a jakże by inaczej – miłosnych doświadczeń. Wokalista otwiera się, nagrywając wręcz coś na miarę pracy domowej zadanej przez psychoterapeutę. Oczyszczającą moc mają przede wszystkim „Cowards”, „Never Better” i zamykający płytę „The Last Romance”. Ten ostatni to naprawdę ładna piosenka, która moim zdaniem już niedługo zbierać będzie pochwały słuchaczy po obu stronach oceanu. Kiepsko brzmi za to utwór „Keep It Simple” z gościnnym udziałem rapera Stormzyego. Negatywnym elementem nie jest jednak udział hip-hopowca, ale strasznie cukierkowa i płytka muzyka. Słychać, że panowie celują tym numerem w rodzime listy przebojów, stąd też jego popowe zacięcie. Główny problem „You’re A Man Now, Boy” jest jednak inny: takich płyt rocznie ukazuje się kilka, a przebicie jakości najlepszych albumów Drake’a lub J.Cole’a jest zadaniem wręcz karkołomnym. Ładnie, ale brak tutaj punktu zaczepienia, którym Raleigh Ritchie mógłby powalczyć o słuchaczy i zatrzymać ich przy płycie na dłużej.

Gwen Stefani „This Is What The Truth Feels Like”
(2016; Interscope Records)
Ta płyta ma w swoim tytule słowo „prawda”, ale niewiele można jej odczuć. Nowy solowy album Gwen Stefani to bowiem idealnie wymyślony, wyprodukowany, zapakowany i ładnie zaprezentowany produkt. Taki, co się błyszczy, świeci, dobrze wygląda i cieszy oko. Ale ucha już niestety nie. Topowi producenci odpowiedzialni za muzyczne sukcesy Justina Biebera, Seleny Gomez i Adele mieli zapewnić brzmienie, które z łatwością trafi do słuchaczy komercyjnych rozgłośni radiowych. Bezsprzecznie trzeba przyznać, że z powierzonego zadania wywiązali się znakomicie. Piosenki umieszczone na „This Is What The Truth Feels Like” brzmią miałko, sztampowo, cukierkowo i przewidywalnie, a więc idealnie jak dla tego typu targetu. Odpuście, lepiej wrócić do starych płyt No Doubt. (MAK)

About Mateusz "Axun" Kołodziej

tarnowianin, nauczyciel języka polskiego, autor książki „Utwór muzyczny jako środek dydaktyczny na lekcji języka polskiego”, bloger muzyczny, fan koszykówki, żużla i prozy Jerzego Pilcha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: