AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #310: „Seven Lives”, „Ace”, „Full Circle”

Francja, Niemcy, USA. Afro beat, jazz, muzyka house oraz country. W dużym skrócie to kryje się za (pod?) tytułami trzech płyt, które dzisiaj odradzam lub polecam.

Marabout Orkestra „Seven Lives”
(2016; Vlad)
Zespół uformowany kilka lat temu przez saksofonistę i kompozytora Johanna Guiharda debiutuje właśnie płytą zatytułowaną „Seven Lives”. Materiał jest odzwierciedleniem fascynacji lidera muzyką afrykańską, brzmieniami Karaibów oraz spajającym to wszystko jazzem. Osiem bardzo żywotnych, w pełni instrumentalnych numerów o iście karnawałowym zacięciu powinno przypaść do gustu miłośnikom dobrych dźwięków. Praca sekcji dętej (suzafon plus saksofony: tenorowy, barytonowy i sopranowy) przyprawia tutaj o opad szczęki. Zęby zbieram do teraz. Funkowa energia pojedynczych kompozycji dodaje całości dodatkowego smaczku. Co ciekawe, pomimo braku gitary basowej, perkusja bardzo dobrze wypełnia przestrzeń oddaną we władanie sekcji rytmicznej. Zasiadający za bębnami Laurent Cosnard wywiązuje się z powierzonego mu zadania w stu procentach, dbając o zachowanie dynamiki i rytmikę całości. Improwizacyjne wstawki są interesujące, aczkolwiek czasami mam wrażenie jakby pojawiały się w nieprzemyślany sposób. Niemniej, francuska Marabout Orkestra stanęła na wysokości zadania i zainteresowała mnie swoją muzyką. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że panowie znajdą nic porozumienia również z Wami.

Scooter „Ace”
(2016; Sheffield Tunes)
Całkiem niedawno bawiłem się przy tej płycie u znajomych na tak zwanej domówce. „Ace” podczas całonocnej imprezy kręciło się w odtwarzaczu mniej więcej 1/4 czasu. To niesamowite, ale to miało moc. Ludzie szaleli jakby chwilę wcześniej wciągnęli pokaźną kreskę dobrego towaru (być może tak było, nie chodziłem z nimi do toalety). Pod tym względem, nowa płyta zespołu Scooter to mistrzostwo świata. Trzeba się więc zastanowić jak podchodzić to tego typy albumów. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie słuchał takiego materiału wieczorową porą w mieszkaniu przy winie, z kotem na kolanach lub oddając się niecodziennemu hobby, jakim jest szydełkowanie. Samochodowe podróże z „Ace” w tle również odradzałbym ze względów bezpieczeństwa. Inne sytuacje też nie wchodzą w grę. Wychodzi zatem na to, że nowy materiał niemieckiej grupy nadaje się tylko do jednorazowego wprowadzenia kilku trzydziestolatków w dziwny, aczkolwiek dość wesoły nastrój. Tyle i aż tyle. Kiedy po imprezie przychodzi otrzeźwienie (dosłowne i metaforyczne), okazuje się, że płyta brzmi strasznie jednostajnie, niczym jeden długi utwór. Kolejne numery są do siebie tak łudząco podobne, że aż dziwne po co zespół nadawał im różne tytuły. Wystarczyłby jeden z dopisywaną za każdym razem inną cyfrą. Muzycznie Scooter również nie zachwyca (a kiedyś to robił?). Próbuje gonić nowe trendy i zapycha materiał elektroniką utrzymaną w takim stylu, który dominował jakąś dekadę temu. Żadne z nich asy, co najwyżej dwójki.

Loretta Lynn „Full Circle”
(2016; Legacy Recordings)
Jeden z tych albumów, którego okładka mówi „nie sięgaj po mnie”, a zawartość płyty CD przekonuje. Nie jest to na pewno najlepsza płyta w bogatej (bardzo bogatej!) dyskografii Loretty Lynn, z pewnością jednak warta uwagi szczególnie ze strony miłośników muzyki country. Ponad osiemdziesięcioletnia dzisiaj wokalistka z myślą o „Full Circle” zarejestrowała ponoć około stu utworów – praktycznie wszystkie przy pierwszym podejściu. Z jednej strony niesamowity etos pracy, z drugiej doświadczenie i duże rezerwy, których w tym wieku można Lynn tylko pozazdrościć. To, co najważniejsze, czyli muzyka – na nowej płycie nie wychodzi ona poza standard gatunku, jakim jest country. Nie powinno to jednak dziwić. Amerykanka nie jest już na tym etapie kariery, który naznaczony byłby eksperymentem. Na albumie pojawiają się zatem dobrze znane klasyki (na przykład „Fist City” wykonywany przez Lorettę już w latach 60. oraz „In the Pines”), a także premierowe piosenki, jak mocno osobisty numer „Who’s Gonna Miss Me?”, w którym artystka pyta słuchaczy Who’s gonna miss me when I’m gone?, i „Lay Me Down” w duecie z Williem Nelsonem. Wasze muzyczne horyzonty na pewno nie zostaną poszerzone (słyszałeś country już wcześniej, tutaj nie czeka na ciebie nic zaskakującego), ale dobrze nagranych płyt również nie powinno się odpuszczać. Fani gatunku – pozycja obowiązkowa, reszta słuchaczy – przy najbliższej okazji. (MAK)

About Mateusz "Axun" Kołodziej

tarnowianin, nauczyciel języka polskiego, autor książki „Utwór muzyczny jako środek dydaktyczny na lekcji języka polskiego”, bloger muzyczny, fan koszykówki, żużla i prozy Jerzego Pilcha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d bloggers like this: