AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #303: „Wildfire”, „First Things First”, „Blackstar”

Pierwszą odsłonę cyklu Krótka piłka w 2016 roku od razu poświęcam płytowym premierom.

Nell Greco „First Things First”
(2016; wydanie własne)
Jazzowa pocztówka z Wysp Brytyjskich. Krótki materiał (oficjalnie w tytule nie widnieje skrót EP, ale przecież za longplay uznać tego nie można), na który złożyło się pięć piosenek jazzowych utrzymanych w klimacie standardów z lat 40., 50. i 60. ubiegłego wieku. Nic w tym dziwnego, bowiem wszystkie kompozycje wzięte na warsztat przez londyńskich muzyków to utwory stare jak świat: „Yardbird Suite”, „Dindi”, „One Of A Kind”, „Baltimore Oriole” i „Say It’s Only A Paper Moon”. Piosenki, które w przeszłości wykonywali najwięksi z największych, żeby wspomnieć tylko Sarę Vaughn, Franka Sinatrę, Ellę Fitzgerald i Carmen McRaę. Nell Greco interpretuje klasyki na swój sposób, pozostając jednak cały czas w jazzowej przeszłości. Muzycznie niektóre z tytułów są żywsze, co wyraźnie odpowiada wokalistce. Jej głos lepiej radzi sobie bowiem w szybszych numerach. Momenty, kiedy trzeba zwolnić i wyciągnąć niego dźwięk są w jej wykonaniu gorsze (przykładem „Baltimore Oriole”). Wzorcowe instrumentalne trio towarzyszące (Jamie Safiruddin – klawisze, Casper Hoedemaekers – kontrabas i Mez Clough – perkusja) oprócz bycia tłem dla liderki, dostaje również szanse na partie solowe (jazz bez solówek – wyobrażacie sobie w ogóle coś takiego?). W tej kwestii szczególnie na plus wypadają partie Safiruddina w „Yardbird Suite”. Płyta bez zaskoczeń, ale dobrze zagrana, bez większych błędów i chwil zwątpienia w dalsze słuchanie. Oby nie skończyło się tylko na coverach.

Rachel Platten „Wildfire”
(2016; Columbia Racords)
Trzecia studyjna płyta Rachel Platten ujrzała w końcu światło dzienne. W końcu, bowiem singiel „Fight Song” promował ją od lutego ubiegłego roku. Prawie dwanaście miesięcy przygotowywania słuchaczy na cały album to dość długo. Miałoby to sens, gdyby finalnie płyta okazała się dziełem wybitnym. Tak niestety nie jest. „Wildfire” to bardzo przeciętna popowa produkcja uzupełniona równie nieprzekonującym głosem Platten. Dwanaście utworów zwyczajnie nie porywa. Artystka próbuje momentami naśladować w swoich wokalnych próbach Katy Perry, jednak zabieg ten tylko potwierdza słaby poziom krążka i brak pomysłu na samą siebie. „Fight Song” nie jest piosenką, która w rankingach dekady będzie miała szansę na pierwszą dziesiątkę, ale z pewnością stanowi najmocniejszy akcent tej płyty. Reszta to utwory z grona tych, które sprawdzisz raz i nie masz ochoty więcej już tego robić.

David Bowie „Blackstar”
(2016; Columbia Records)
Internet żyje od poniedziałku tym, że David Bowie już nie żyje. Śmierć rodzi życie – tak było od wieków, w XXI wieku dochodzi do tego również życie w sieci. Ale ja nie o tym. Nowy, wydany w miniony piątek i tym samym ostatni w dorobku Bowiego album zatytułowany „Blackstar” to ciekawa rzecz. Pewnie wiele osób pomyśli, że recenzując płytę patrzę na nią przychylniej przez wydarzenia ostatnich dni, ale to nieprawda. Dowód? Ta płyta jest dobra, ale nie ze względu na Bowiego, ale na muzyków, którzy nad nią pracowali wspólnie z Ziggym Stardustem. Saksofonista Donny McCaslin, gitarzysta Ben Monder czy perkusista Mark Guiliana to czołowi instrumentaliści współczesnej jazzowej sceny, mistrzowie improwizacyjnej odmiany tego gatunku. To oni sprawili, że „Blackstar” brzmi wyśmienicie. Wokal Bowiego czasami mi wręcz przeszkadza. Fani Anglika w tym momencie opluli zapewne ze złości monitory, ale nie powiecie mi, że zawodzenie artysty w utworze tytułowym lub „I Can’t Give Everything Away” jest czymś pięknym. Uwaga dotycząca wokalu nie obejmuje oczywiście całego albumu. W „Tis a Pity She Was a Whore” intonacja i barwa głosu są już zgoła odmienne, a tym samym mniej uciążliwe dla uszu. Zresztą jeśli już mowa o tym numerze, muszę podkreślić świetne saksofonowe partie i napędzającą wszystko perkusję. Na „Blackstar” David Bowie zaszalał. W zasadzie należałoby napisać kolejny raz. Bez patrzenia na panującą w muzyce modę, bez zwracania uwagi na to, kogo warto zaprosić, aby zwiększyć sprzedaż. Jest jazzowo, niepokojąco, awangardowo, art-popowo, z polotem. Problemem będzie jednak postrzegane tego materiału nie jako dobrego ze względu na jego zawartość, ale ze względu na wydarzenie, jakie nastąpiło kilka dni po jego wydaniu. A to już równa się z niesprawiedliwością i błędną oceną pracy, jaką Anglik i jego amerykańscy kompani włożyli w nagranie „Czarnej Gwiazdy”. (MAK)

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: