AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Podsumowanie 2015 roku: Najlepsze polskie epki

Za nami połowa podsumowania 2015 roku. Dzisiaj wyróżniam pięć najlepszych polskich epek.

Epki przez odbiorców muzyki odbierane są w różny sposób. Jedni szanują je i traktują jako pełnowartościowe płyty, na których znaleźć można tyle samo dobrych rzeczy, co na tak zwanych long playach. Inni mają o tych krążkach nieco gorszą opinię. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro sami muzycy również są w tym temacie podzieleni, traktując epki jako przedsmak właściwego albumu, element promocyjny lub nieznaczącą pozycję w dyskografii. Ja po epki lubię sięgać, ponieważ często na tego typu płytach otrzymujemy bardziej skondensowaną formę twórczości danego wykonawcy. Ograniczenie czasowe sprawia, że nie ma miejsca na słabsze momenty. O ile dwie, trzy mniej ciekawe piosenki umieszczone na krążku liczącym dwanaście utworów są do przeżycia, o tyle taka liczba na epce niemal automatycznie przekreśla szansę na jej pozytywny odbiór jako całości. Epki są dla mnie doskonałym sprawdzeniem danego artysty w warunkach bojowych. Pięć poniższych tytułów wystawia doskonałe świadectwo ich autorom.

1. So Flow „Live Sessions EP” (wydanie własne)
Wiecie co najbardziej lubię w tej mojej dziesięcioletniej przygodzie z prowadzeniem blogu i amatorskim pisaniem o muzyce? Uwielbiam odkrywać nowych wykonawców, którzy zaskakują mnie do tego stopnia, że przez moment zaczynam zastanawiać się „Czy to dzieje się naprawdę?”. Tak samo jest z krakowskim zespołem So Flow, który zaliczyć mogę do tego grona nieznanych wykonawców, którzy odkryci dają mi radość tworzenia projektu AxunArts. „Live Sessions EP” to dopiero początek ich drogi, ale za to jaki! Grupa postawiła sobie poprzeczkę naprawdę wysoko i utrzymać (a co dopiero przeskoczyć) ten poziom będzie im naprawdę trudno. Piszę tak, ponieważ cztery utwory zawarte na epce to potężna dawka ciepłej, analogowej muzyki oscylującej w okolicach soulu, neo-soulu i jazzu. Retro przygoda, którą słuchacz lubiący takie dźwięki na pewno będzie chciał powtórzyć. Brzmienie okraszone zostało miłą barwą wokalistki. Karolina Teernstra śpiewa i po angielsku („Boom Boom”, „River”), i po polsku („Limbo”). Co godne pochwały – w obu przypadkach radzi sobie na tyle dobrze, że sam zacząłem zastanawiać się w jakiej wersji wolałbym usłyszeć ją na pełnym albumie (według mnie wybór jednego języka byłby w tym przypadku chyba najlepszym rozwiązaniem) – bo ten, mam nadzieję, pojawi się i to jak najszybciej. Chociaż w przypadki So Flow nawet wybór języka nie jest aż ważny. „Origin” – w pełni instrumentalny utwór na epce – udowadnia, że muzycy równie dobrze poradziliby sobie nawet bez wsparcia wokalistki, a taka uniwersalność jest przecież na wagę złota.

2. taktoprawda „Kiedykolwiek EP” (Kalejdoskop Records)
Debiutancki krążek tria taktoprawda ma tylko jedną wadę – długość. Niespełna trzynaście minut roznieca w odbiorcy chęć do posłuchania czegoś więcej. „Kiedykolwiek EP” tej możliwości nie daje, ale mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości zespół postara się o kolejną, nieco bardziej rozbudowaną czasowo płytę. Jeśli epka miała być tylko sondowaniem wśród potencjalnych słuchaczy, czy taka formuła grania ma sens, to odpowiedź może być tylko jedna: tak, ma sens i to, cholera, jeszcze jaki! [Sprawdź recenzje]

3. SoundQ „Xanadu EP” (wydanie własne)
Nowa epka zespołu dowodzonego przez Kubę Kubicę to materiał mogący stanowić substytut napoju energetycznego. Oparty na charakterystycznej „cyfrowej” elektronice numer „The Fligh” z każdą kolejną sekundą zmierza ku swoistej muzycznej erupcji. Zamykający całość „Appetite” klimatem momentami przypomina nieco „Cargo Planes EP” (pierwszy materiał SoundQ, jaki miałem okazję usłyszeć), ale jest jednocześnie nowocześniejszy w kwestii przestrzeni brzmieniowej, dzięki czemu – pomimo dość wycofanego wokalu – kawałek wpasowuje się w ogólną stylistykę „Xanadu EP”. Moim zdaniem najlepszym utworem z płyty jest „Out Of Phase”. Najbardziej energiczny numer posiada opartą na elektryzującym loopie warstwę muzyczną nawiązującą do housowego brzmienia. [Sprawdź recenzję]

4. Niskie ciśnienie „Wata cukrowa EP” (wydanie własne)
Trio wokalistka/autor muzyki/tekściarka tworzy muzykę z pogranicza folku, jazzowej wokalistyki i bluesa, odwołując się przy tym do dobrej tradycji polskiej piosenki, za ikonę której uznać należy na przykład Agnieszkę Osiecką. „Wata cukrowa EP” posiada właśnie taki klimat. To cztery utwory o bardzo spokojnej naturze, bez zbędnych udziwnień. Poetyckie teksty, których nie będziemy śpiewać przy kielichu na urodzinach u cioci Krysi. To materiał dobrze pasujący do skórzanego fotela, koca, przyciemnionego światła, lampki wina… ewentualnie waty cukrowej jedzonej w parku na ławce podczas słonecznego, jesiennego dnia. Byleby w samotności, byleby daleko od zgiełku i miejskiej pulsacji.

5. The Plantators „Done EP” (wydanie własne)
Kobieta plus gitara. Jakieś skojarzenia? Suzanne Vega, Joni Mitchell, Shawn Colvin, może też Kristin Hersh. Myślę, że wszystkie tropy są dobre i w jakiejś mierze będą sprawdzać się przy słuchaniu „Done EP”. Płyta, za którą stoi damsko-męski duet The Plantators, oparta jest w głównej mierze na dźwiękach gitary akustycznej. To ona stanowi oś, do której w sposób bardzo oszczędny dodawane są inne instrumenty, co w efekcie końcowym daje nam warstwę muzyczną prezentowanej epki. Klimatyczna, nieco folkowa, nieco rockowa melodia z kobiecym wokalem radzącym sobie zarówno w szybszych partiach, jak i wolniejszych momentach. Dobrze słychać to szczególnie w utworze numer trzy („See It Coming”), w którym zawarto oba rodzaje tempa. Akustyczny materiał bez elektronicznych wstawek daje obraz talentu, który nie potrzebuje komputerowego maskowania braków. Pomimo tych pozytywnych słów, trzeba również zaznaczyć, że „Done EP” nie jest w kwestiach muzycznych niczym odkrywczym. Takie płyty – chociaż dalekie od komercyjnego nurtu, znajdują całkiem liczne grono odbiorców, którzy cenią sobie lekkość, oszczędność i brak przesytu w sferze dźwięku. I to właśnie one sprawiają, że płyta The Plantators okazuje się na tyle urokliwa, aby wrócić do niej jeszcze raz czy dwa. Ewentualnie siedem. (MAK)

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: