AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #302: Grudniowe nadrabianie zaległości (V)

To już naprawdę koniec 2015 roku. Nie obiecuję, że na blogu nie pojawią się już płyty wydane w jego trakcie, jednak ostatnia część grudniowego nadrabiana zaległości w teorii ma zamknąć te dwanaście miesięcy.

Cage The Elephant „Tell Me I’m Pretty”
(2015; RCA Records)
Jedna z płyt, jakie ukazały się w ostatnim czasie i narobiły zamieszania w mojej, wydawało się, uporządkowanej już liście najlepszych zagranicznych tytułów 2015 roku. Zdradzam tym samym, że „Tell Me I’m Pretty” na początku stycznia wymienię w podsumowaniu ostatnich dwunastu miesięcy, z drugiej strony jednak nie trudno byłoby się tego domyślić widząc poniższa ocenę. Czym tak urzekł mnie ten krążek? Odtworzeniem przełomu lat 60. i 70., anologowym dźwiękiem, muzycznym szumem, fuzzującą gitarą. To spora zmiana w stosunku do tego, co Matt Schultz i koledzy prezentowali wcześniej. Poprzednia wersja Cage The Elephant przyniosła im nawet nominację do Grammy. Korekta brzmienia mogła zatem wydać się posunięciem ryzykownym. Płyta stawia jednak sprawę jasno: wszelkie obawy były niepotrzebne, zestaw piosenek jest po prostu wyśmienity. Nie ma na albumie tym chaosu, który był dla mnie cechą charakterystyczną poprzednich tytułów. Podejrzewam, że duża w tym zasługa producenta Dana Auerbacha. Nawet jeśli współpraca ta przybliżyła nieco Cage The Elephant do The Black Keys (rodzimej formacji Auerbacha), nie wpływa to negatywnie na odbiór całości. „Tell Me I’m Pretty” jest materiałem, który wreszcie oddzielił plusy zespołu od mankamentów, które przy żywiołowym podejściu do grania, wcześniej również pojawiały się na płytach. Dużo osób psioczy na zmianę jaka zaszła w zespole. Drodzy krytyce, dla was najlepiej byłoby, żeby każdy by jak O.S.T.R., nagrywał w regularnych odstępach czasowych takie same płyty, które recenzując nie trzeba uprzednio nawet słuchać w całości – ograniczenie się do singli bowiem wystarczy. Niestety, niektórzy wykonawcy czasami wprowadzają do swojego repertuaru innowacje – ku mojej radości, a waszej złości.

Olly Murs „Never Been Better” (Special Edition)
(2015; Epic)
Ubiegłoroczny, drugi w dorobku studyjny materiał Olly’ego Mursa ponownie trafił na sklepowe półki. Tym razem podstawowa wersja „Never Been Better” uzupełniona została o nowe piosenki (w tym dwie będące pozostałością po bardzo popularnej na Wyspach Brytyjskich audycji radiowe „Live Lounge”) oraz płytę DVD z zapisem jednego z czterech londyńskich koncertów, jakie wokalista dał w pierwszej części kończącego się właśnie roku. W stosunku do trzynastu utworów, jakie umieszczone zostały na wydanej w 2014 roku płycie, zdania nie zmieniam – szału nie ma, typowe popowe śpiewanie w wersji męskiej. Nowe kawałki wpasowują się klimatem do pozostałej części tracklisty. Takim światełkiem w tunelu, dzięki któremu wychodzimy z jednowymiarowej muzycznej papki, są dwa wspomniane numery nagrane podczas „Live Lounge”: „Up” (umieszczony także na płycie w wersji studyjnej z gościnnym udziałem Demi Lovato) oraz świąteczny akcent „Last Christmas” (zapewne dlatego krążek ukazał się w przededniu inauguracji okresu świątecznego w Wielkiej Brytanii). Koncert na DVD? Możecie oglądnąć raz, aby później z czystym sumieniem móc mówić o nim źle. Ewentualnie sprawdźcie tylko ten fragment, kiedy Murs wykonuje utwór „Troublemaker”, a na scenie nieoczekiwanie pojawia się Robbie Williams. Jednak do tego nie musicie kupować płyty. Wystarczy dostęp do internetu i portale typu Youtube.

Obara International „Live In Mińsk Mazowiecki”
(2015; For Tune)
Kolejna płyta Macieja Obary – i jeśli chodzi o wydawnictwo For Tune, i jeśli chodzi o koncertowy format. Także kolejna, co do której nie jestem do końca przekonany. Album z interpretacją twórczości Komedy wywarł na mnie duże wrażenie. Kolejne tytuły sygnowane nazwiskiem polskiego saksofonisty już do mnie nie trafiały. Podobnie jak wydana przed dwoma laty „Live At Manggha”, tak i tegoroczna płyta koncertowa projektu Obara International wydaje mi się zbyt „sucha”. I to nawet pomimo dołączenia do składu kolejnego Skandynawa – trębacza Toma Arthursa. Brzmienie tego instrumentu zawsze wpływało na mnie pozytywnie, na „Live In Mińsk Mazowiecki” wtapia się ono jednak w muzyczne tło całego zespołu, przez co nie przynosi nadto słyszalnej zmiany w stosunku do wcześniejszego krążka. Bezstronnie przyznać należy, że od strony kompozycyjnej album prezentuje się nieco lepiej niż poprzednia płyta live. Premierowe utwory napisane przez lidera, a także po jednym przez Ole Vågana (kontrabas) i wspomnianego Arthursa, posiadają momenty romantycznych wzlotów, swego rodzaju jazzowego uduchowienia. Nie ma ich jednak zbyt wiele. Gdybym miał wybrać najlepszy fragment, byłby nim z pewnością numer „Magnet” – co znamienne, najkrótszy z całości, w którym – zapewne ze względu na długość – nie znajdziemy niepotrzebnych przeciągnięć tematycznych i elementów wciskanych jakby na siłę. Czuć w nim natomiast harmonię i porozumienie pomiędzy instrumentalistami, a więc coś, czego czasami brakuje mi na reszcie godzinnej płyty. Album oprócz CD zawiera również krążek DVD z zarejestrowanym koncertem w formacie wideo.

Eskaubei/Denz „EP”
(2015; wydanie własne)
Zastanawiałem się czy w powyższym nawiasie nie umieścić adnotacji „2011/2015”. Wszystko przez to, że zaprezentowany niedawno materiał to odgrzebane utwory nagrane przez Skubiego i Denza kilka lat temu. Materiał, którego ukazania się nie spodziewali się już chyba sami autorzy. Rzeszowski raper kilka lat temu w udzielonym mi wywiadzie mówił co prawda o współpracy z Deną, później jednak temat przepadł. Płyta zatytułowana po porostu „EP” trafiła do sieci dopiero całkiem niedawno. Od razu uprzedzam: nie jest to ani rzecz nawiązująca do jazzu (jak album „Będzie dobrze” nagrany przez rapera z kwartetem Tomka Nowaka), ani zestaw utworów utrzymanych we współczesnych klimatach z bitami opartymi na szeroko pojmowanej elektronice (mixtape „Coraz trudniej”). Płyta nawiązuje do początku XXI wieku, okresu, kiedy Denz współpracował z takimi kultowymi dla krajowej sceny postaciami, jak Eldoka czy Echo. Tożsamy jest do tego również klimat muzyczny przedstawiony na „EP”. Osiem numerów naznaczonych funkowym basem i wokalami wyciętymi z czarnych płyt. Eskaubei płynie po tak sklejonych podkładach niczym doświadczony surfer po okazałej fali u wybrzeża Australii. To jego żywioł, muzyka, jaką zdaje się czuć najlepiej. Jednocześnie cały materiał nie jest niczym więcej niż znalezioną w pudełku z pamiątkami, nieco pogiętą i wyblakłą pocztówką z wakacji. Przywraca wspomnienia, ale czasu nie cofa.

Faiver „Opus Magnet”
(2015; wydanie własne)
Kolejna muzyczna propozycja dla słuchaczy zmęczonych modą na trap, płyta, którą również traktować należy jako bodziec do przeglądnięcia starych numerów „Klanu” i obejrzenia archiwalnych odcinków „Yo! MTV Raps” nagranych na kasety VHS i trzymanych w kartonowym pudle w piwnicy. Dość dużym uproszczeniem jest porównywanie „Opus Magnet” do nagrań kultowej grupy Beastie Boys, jednak to najkrótsza droga do określenia tego, co gra w duszy Faivera. Dwudziestominutowa epka to wehikuł czasu do końcówki lat 80., garażowego grania, punkrockowej dynamiki, boom bapowej rytmiki, wykorzystywania żywych instrumentów (są tu perkusja, gitary, ale także trąbka i harmonijka ustna) i oldschoolowego rapu. Czuć brud, chropowatość szarej betonowej płyty chodnikowej, po której nie chodziło się w drogich najkach, ale czarnych, szkolnych tenisówkach (o czym poniekąd nawija też sam Faiver). Krążek to rodzaj artystycznego manifestu rapera. „Nie chcę należeć do waszych scen, nie trzymam z nikim” informuje w jednym z utworów Faiver, odpowiadając przy okazji na ewentualne pytanie o brak gości na płycie. Zamiast nich serwuje przerywniki w postaci quasi-bluesowych melodii (np. „Blues No. 5”), które w moje gusta akurat nie trafiają. Bez nich „Opus Magnet” byłoby lepsze, bo pozbawione niepotrzebnych elementów. „Antyrap, antyblues”, ale nie antymuzyka. Przestylizowany album „Zwierzę bez nogi” braci Waglewskich, który również czerpał z tych samych źródeł, co epka Faivera, był dla wielu najlepszym polskim krążkiem 2011 roku. „Opus Magnet” płytą kończącego się roku nie zostanie, ale na pewno przemyca o wiele więcej smaczków niż wspomniany wyżej materiał Fisza i Emade.

Mieczysław Szcześniak/Krzysztof Herdzin „Songs From Yesterday”
(2015; Sony Music)
Mieczysław Szcześniak i Krzysztof Hedzin wzięli na tapetę kultowe przeboje, które w większości zaliczyć można do Great American Songbook, czyli kanonu anglosaskiej muzyki rozrywkowej, po który sięgają nawet największe światowe gwiazdy. Polski duet zdecydował się pójść drogą zmian i nie odegrał dwunastu utworów identycznie z oryginałem. Interpretacja i aranż zdecydowanie skłaniają się ku jazzującej stylistyce. Duża w tym zasługa Herdzina, który kolejny raz dostarcza dźwiękowych argumentów potwierdzających tezę o wielkim talencie kompozytora i głowie pełnej muzycznych pomysłów. Nie przekonuje mnie za to druga połowa duetu. I już nie chodzi o to, że Szcześniak nie należy do moich ulubionych krajowych wokalistów, a kolejna recenzja jest kolejną okazją, aby o tym napisać. Słuchając „Songs From Yesterday” nie pierwszy raz mam wrażenie zbytniej chęci udowodnienia istnienia pierwiastków amerykańskości duszy w słowiańskim ciele. Stylizowanie wokalu, przeciąganie fraz wzorem soulowych i jazzowych artystów z USA nie jest dobre, momentami nie wychodząc nawet poza format zwykłego wycia. Fani Szcześniaka będą na mnie bluźnić, ja tym czasem odstawiam album na regał i to na najniższą jego półkę. (MAK)

Advertisements

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d blogerów lubi to: