AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Wywiad: Tomasz Organek – „Chcę w muzyce rozepchać granice do tego stopnia, aby móc robić to, co czuję, że robić powinienem”

Czego Tomasz Organek nie lubi w polskim bluesie, jak wspomina pierwsze spotkanie z Jerzym Skolimowskim oraz gdzie odnajduje wspólny mianownik dla różnorodnego materiału z płyty „Głupi”? O tym i kilku innych kwestiach w poniższym wywiadzie, jakiego muzyk udzielił mi po listopadowym koncercie w Tarnowie.

Tomasz Organek z winylowym wydaniem płyty „Głupi” (foto: facebook.com/tomorganek)

Twój autorski projekt jest sporym wydarzeniem ostatnich miesięcy. Dużo koncertujesz, album „Głupi” zyskał niedawno status tzw. złotej płyty, widać wzrost zainteresowania. Na początku istnienia projektu nie zanosiło się jednak na aż tak duży sukces. Nie zniechęciły Cię te pierwsze niepowodzenia.
Tomasz Organek: Nie, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że to musiało chwilę potrwać. Zaczęliśmy grać koncerty zanim ukazała się płyta, dlatego naturalną koleją rzeczy jest dla mnie wzrost zainteresowania, o którym mówisz. To jest proces: najpierw nagrywasz płytę, później pokazujesz materiał słuchaczom, ludzie są albo zainteresowani, albo nie, następnie przychodzą na koncert, aby zweryfikować swoje oczekiwania. U nas udało się osiągnąć w tej kwestii sukces. Ludzie przychodzą na występy, chcą nas słuchać. Coraz częściej mamy też wyprzedane sale.

Mogłeś, przynajmniej w początkowej fazie, promować swój autorski projekt odwołaniem do przeszłości, do zespołu Sofa.
Myślę, że to nie miałoby znaczenia. Bałem się nawet trochę, że przeszłość w Sofie będzie przeszkadzać. Sądziłem, że ludzie pomyślą: „To jest nieprawdziwe! Była Sofa, a on nagle jest rockmanem?!”. Chęć stworzenia takiego zespołu tkwiła we mnie jednak od bardzo dawna. Właściwie zaryzykowałbym stwierdzenie – od początku grania na gitarze, a uczyłem się tego na piosenkach Hendrixa, Nalepy, zespołu Cream. Jednak cały czas byłem otwarty na muzykę, szukałem nowych inspiracji. Sofa pojawiła się w momencie wytężonego słuchania jazzu. Pamiętać trzeba, że ten zespół na początku nie był zespołem wokalny, tylko instrumentalnym, gdzie dużo się improwizowało. Wtedy było to dla mnie miejsce naturalne. Po latach wróciła chęć zrobienia projektu rockowego.

Z piosenkami z albumu „Głupi” koncertujesz od dłuższego czasu. Niemal dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Nie czujesz już znudzenia materiałem?
Nie wiem czy znudzenie jest dobrym określeniem. Mamy fantastyczny zespół, każdy koncert jest inny – pomimo tego, że gramy przecież te same piosenki. To ludzie pod sceną sprawiają, że zawsze jest inaczej. Nie czuję nudy. Dla mnie jest to bardzo pozytywny objaw – zagrałem z chłopakami sporo koncertów, ale ciągle chcemy współpracować i spotykać się co wieczór na scenie. Mamy apetyt na więcej, na ciągłe robienie czegoś razem. Pojawia się jednak naturalna potrzeba tworzenia nowych rzeczy. Ostatnio odbyliśmy próbę, której tematem była nowa płyta i mamy już cztery piosenki, które są gotowe do zarejestrowania.

Ale nie zamierzacie dodawać ich do koncertowej setlisty?
Nie, ponieważ to nie może być podyktowane tym, że już musimy grać nowe piosenki. Ma to być wynik dłuższego i przemyślanego procesu, dobrze wykonanej wspólnej pracy. Tak samo będzie z nową płytą – nie mamy na nią ciśnienia. Traktujemy wszystko poważnie, nie chcemy się spieszyć i zaprezentować później niedopracowany zestaw utworów.

Jesteś liderem, który nie chce słuchać uwag kolegów z zespołu i na siłę forsuje własne pomysły na muzykę?
Daję duży margines wolności, ponieważ bardzo szanuję muzyczne umiejętności i wiedzę moich kolegów. Jest jednak pewna drogą, którą chcę podążać i staram się z niej bardzo nie zbaczać. Organek to w końcu projekt, który promuję własnym nazwiskiem. Jeśli pomysły reszty zespołu zgadzają się z moją wizją, to je akceptuję. Najważniejsze jest to, że moja odmowa nie powoduje żadnych napięć. W zespole dużo ze sobą rozmawiamy. Ostatnio przy tworzeniu nowych utworów, o których wspomniałem wcześniej, pojawiła się sytuacja rozbieżności zdań. Zrobiliśmy piosenkę, która świetnie brzmi, ale bardziej nadaje się radia. Powiedziałem: „Słuchajcie chłopaki, to ładny utwór, ale to nie jesteśmy my”.

Może warto zastanowić się na oddaniem lub sprzedaniem kompozycji wykonawcy, który lubi, kiedy jego piosenki emitowane są w komercyjnych rozgłośniach?
Nie, to jest bardzo dobra kompozycja i nie chcę się jej pozbywać. Mam na nią lepszy pomysł, a jaki to się dopiero okaże. (śmiech)

„Głupi” jako płyta, ale i jako projekt koncertowy, toruje Ci cztery drogi na przyszłość. Możesz zapewnić sobie, że za czterdzieści lat będziesz śpiewał dla starszych pań w Ciechocinku na wieczorkach zapoznawczych; możesz podążyć drogą jeszcze ostrzejszego grania, ponieważ w sytuacji na żywo niektóre utworu sięgają nawet po klimat Motörhead; pojawia się także opcja, w której lądujesz w Piwnicy Pod Baranami i wykonujesz utwory w tonie „Ta nasza młodość”; i wreszcie bramka numer cztery: powrót do Sofy, bo zawsze można powiedzieć „Sorry, nie wyszło mi”.
Trafnie to zauważyłeś, ale od razu zaznaczam, że to nie jest efekt kalkulacji. To wynik mojego poczucia wolności, tego, że nie jestem skrępowany konkretnym stylem. Nie dopuszczam do siebie myśli, że popadamy z zespołem w jednogatunkowość i nie gramy niczego ponad określone dźwięki. Taki tok myślenia jest mi zupełnie obcy. Nie chcę być niewolnikiem brzmienia. Najważniejsze jest, aby robić to dobrze i uczciwie, aby to cieszyło i było emanacją stanów w danym momencie. Tak samo było przecież z Sofą – tam również muzycznie wszystko było bardzo rozstrzelone. Powiem więcej – te nowe piosenki, które już robimy, też będą inne. Ja nie chcę nagrywać drugi raz „Głupiego”.

Nie boisz się niezrozumienia i zarzutów mówiących o sięganie po zbyt wiele jak na jedną płytę?
Już przy „Głupim” myślałem, że ludzie zarzucą mi niespójność. Nie usłyszałem i nie przeczytałem ani jednej takiej opinii, co mnie zdziwiło, ale i bardzo ucieszyło. Chcę w muzyce rozepchać granice do tego stopnia, aby móc robić to, co czuję, że robić powinienem.

W czym więc odnajdujesz wspólny mianownik dla tego, co stworzyłeś z myślą o „Głupim”?
Koledzy z zespołu podpowiedzieli mi ten mianownik. Znowu wrócę do ostatnich prób: przyniosłem propozycje nowych piosenek, pograliśmy je i mówię do chłopaków, że zastanawiam się co z tym zrobić, bo w zasadzie każdy utwór jest inny. Przypomnieli mi, że takie same wątpliwości miałem dwa lata temu przy nagrywaniu „Głupiego”. Uświadomili mi też, że to ja jestem tym spoiwem – mój głos, moje teksty, moje pomysły na muzykę. Później pomyślałem sobie, że ja też tak uważam. To nie jest przejaw próżności i buty. Tak po prostu jest.

Odżegnujesz się zatem od ewentualnej charakterystycznej formy, jaką mogłyby przybrać Twoje nagrania?
Forma jest kwestią drugorzędną. Sto razy ważniejsza jest dla mnie treść, to, co chcę przekazać w każdej piosence. Forma jest umowna, możemy ją nagiąć, zmienić.

Czesław Miłosz mówił w pewnym okresie swojego twórczego życia, że forma wiersza jest mniej ważna od tego, co w tym wierszu zostało zawarte.
Takie podejście jest mądre, ale zarazem uspokajające i wyzwalające. Tworząc, nie czujesz obawy przed tym, że coś zrobiłeś źle. Chcesz coś powiedzieć, coś przekazać i robisz to bez oglądania się na innych, bez zwracania uwagi czy ktoś się skrzywi, czy przyklaśnie.

Zmieniamy temat – film. Nie jest tajemnicą, że nominowany do Oscara dzieło Jerzego Skolimowskiego pod tytułem „11 minut” zawiera również Twoją muzykę. Zabiegałeś o to, czy tak jakoś wyszło?
Tak jakoś wyszło. (śmiech) Tak w ogóle już jest z tą moją karierą muzyczną. Ludzie często mnie pytają: „Sukcesy, nagrody, jak ty to robisz?”, a ja zawsze odpowiadam, że nie zrobiliśmy nic ponad nagranie płyty, granie koncertów i bycie szczerym wobec siebie i innych. Wracając do pytania, to faktycznie „tak jakoś wyszło”, ale jestem z tego faktu przeszczęśliwy.

Była to propozycja prosto od Jerzego Skolimowskiego czy od ludzi pracujących przy filmie?
Prosto od reżysera! Chodziło konkretnie o dobór muzyki do jednej sceny. Pan Skolimowski przesłuchiwał różne nagrania razem z producentką filmu i kiedy puścili moją piosenkę, reżyser powiedział: „Tak, to jest to”. Zadzwonili, przyjechałem, zaśpiewałem a capella. To pierwsze spotkanie odbyło się w powiedziałbym hollywoodzkiej atmosferze. Padał deszcz, przyjechaliśmy nocą do willowej dzielnicy w Warszawie. Weszliśmy do willi, przybiegł pies reżysera. Duża przestrzeń, sporo nieznanych mi osób, ktoś powiedział: „Proszę tutaj usiąść i zaczekać, pan Jerzy za chwilę zejdzie”. I czekamy kiedy pan Jerzy zejdzie (śmiech). Po jakimś czasie reżyser zszedł, zaczęliśmy rozmawiać i to było niesamowite spotkanie. Kojarzy mi się on z takim „Niewinnym Czarodziejem”, ze światem, którego już właściwie nie ma, z ludźmi formatu, których naprawdę rzadko udaje się dotknąć. Mam tę satysfakcję, że cały czas utrzymuję kontakt z panem Jerzym. Przy tworzeniu filmu reżyser dzwonił do mnie kilka razy, pytał o niektóre kwestie, ja mu pomagałem czasami czegoś szukać. Niedawno graliśmy koncert w Warszawie w klubie Palladium i pan Jerzy zadzwonił, że chciałby przyjść i posłuchać nas na żywo. I faktycznie przyszedł. To dla mnie duże wyróżnienie. Cenię sobie bardzo doświadczenie, jakie pojawiło się przy okazji spotkania z tak wybitną postacią jaką jest Jerzy Skolimowski.

W filmie „11 minut” pojawi się jedna Twoja piosenka. Chciałbyś w przyszłości nagrać w pełni autorską ścieżkę dźwiękową do filmu?
Bardzo bym chciał.

To musiałby być konkretny film, o konkretnej tematyce?
Nie, traktuję to bardziej jak temat wypracowania, jakie dostajesz w szkole jako pracę domową. Masz określony problem do rozwiązania i musisz zrobić to jak najlepiej.

Czyli mogłaby być to jednocześnie komedia romantyczna albo trzymający w napięciu thriller?
Jeżeli mówimy już o takich rzeczach, to oczywiście musiałbym zgodzić się na pewną konwencję i na zestaw osobowy. To nie jest tak, że chcę zrobić muzykę do jakiegokolwiek filmu. Zależy mi na przygodzie, na doświadczeniu i na tym, żeby efekt końcowy był wart zaprezentowania go widzowi.

W sierpniu miałeś wystąpić na tarnowskim festiwalu Był Sobie Blues. Przeszkodziła w tym jednak choroba. Wspominałeś wcześniej Hendrixa, Nalepę. Na płycie „Głupi” również pojawiają się bluesowe akcenty. Ten gatunek muzyczki jest Ci dzisiaj bardzo bliski?
Zawsze miałem w sobie bluesa, ale jednocześnie posiadałem odmienne zdanie na jego temat w Polsce niż większość krajowych bluesmanów. Jestem bardzo wybredny i blues w Polsce bardzo mi się nie podoba. Nie lubię w nim podążania za amerykańskim schematem, udawania czegoś, bycia na siłę Sweet Home Alabama. Tu nie ma żadnej Alabamy, żyjemy w Polsce! Jeśli już chcemy grać bluesa, to trzeba wziąć tamtą muzykę i z niej skorzystać, ale pamiętać, aby przełożyć ją na nasz grunt, na naszą kulturę, na nasze doświadczenia. Tak właśnie starałem się zrobić w piosenkach „Głupi” i „O, matko!”. Blues, jako muzyka, jest idealnym środkiem przekazu dla ballady, historii, opowieści. Od tego powinno się wychodzić próbując zrozumieć bluesa, jego historię, jego początki i to, czemu służył. Niektórzy bluesmani zapominają, że ta muzyka była tworzona w celu opowiedzenia pewnego wydarzenia ze swojego życia lub historii całego swojego życia, a nie po to, aby dzisiaj w Polsce śpiewać o Missouri i Missisipi, których na oczy nie widzieliśmy. To jest nieprawdziwe.

Odnoszę wrażenie, że dzieje się tak nie tylko w bluesie. Chociażby polski rap również dużo czerpie z amerykańskiego źródła, a nawet momentami kseruje tamte wzorce.
Tak, ale rap posunął się o krok dalej. Krajowym słuchaczom w pewnym momencie znudziło się to kserowanie i dało się odczuć krytykę kierowaną w stronę przedstawicieli sceny, którzy tworzyli w ten sposób. Dzięki temu powstały również nowe, oryginalne rzeczy – chociażby popularny w ostatnim czasie Taco Hemingway, który jest trochę odrzucony przez hip-hopowe środowisko. Zarzuca mu się na przykład, że nie potrafi rapować.

Taco Hemingway sam zresztą chyba odżegnuje się od środowiska i otwarcie mówi, że nie czuje się raperem, jego twórczość oscyluje tylko wokół tego gatunku.
Dobrze, że takie coś dzieje się w XXI wieku, ponieważ znaczy to, że mamy do czynienia z dekonstrukcją gatunku muzycznego. Takie rzeczy powinny mieć miejsce po iluś latach funkcjonowania danego gatunku, bo po cholerę robić to samo przez iks lat? Podobnie staram się robić ze swoją muzyką. Czasami ludzie zarzucają mi, że jedno wziąłem z Led Zeppelin, a drugie z The Doors. Tak, zgadzam się, ale ja od tego nie uciekam. Robię to specjalni. Cytuję te rzeczy, jednocześnie chcąc coś nadbudować, powiedzieć więcej na podstawie istniejącej już bazy. To jest przecież nic innego jak intertekstualność. Ja nie wymyślę rock’n’rolla. On już został wymyślony. Nie mam nadmiernej ambicji, aby stworzyć w muzyce coś, co jeszcze nie zostało stworzone, co powalić cały świat na kolana. Nie wierzę, żeby coś takiego mogło się wydarzyć – nawet w jazzie.

Organek w Piwnicach TCK (20.11.2015 rok)

Współpraca z Voo Voo przy okazji płyty „Placówka ‘44” to coś na miarę muzycznego marzenia?
Zawsze miałem trudność z terminem „marzenie”. Z tej współpracy czerpię na pewno dużo satysfakcji. Grupy Voo Voo słucham od około dwudziestu lat i nigdy nie myślałem o tym, że będę z nią nagrywał i występował na jednej scenie, że z moim udziałem ukaże się jej płyta…

… którą dodatkowo będzie promował utwór, który śpiewasz!
O, to już w ogóle! Poznanie Wojtka Waglewskiego, wspólna gra na gitarze – to była sytuacja niemal, dopóki się nie wydarzyła.

Po sukcesie płyty pojawiły się na pewno rożne propozycje. Wydaje mi się, że chyba z nich nie korzystasz. Nie jesteś postacią, której twarz wiedzielibyśmy wszędzie.
Życie po „Głupim” przynosi często nowe propozycje, ale ja coraz poważniej je rozpatruję. Nie chcę być wszędzie i za wszelką cenę. Zostałem zaproszony do połowy programów rozrywkowych w tym kraju – od telewizji publicznej po prywatne stacje. Byłem w jednym, ponieważ lubię gościa, który ten program prowadzi. Nie chodzę do gazet, po telewizjach, nikogo o nic nie proszę. Mnie to nie interesuje. Chcę tylko nagrać kolejną dobrą płytę, a później z nią koncertować. Szukam kolejnego stopnia, na który mógłbym wejść, ale niekoniecznie z pokazywaniem twarzy wszędzie tam, gdzie chcieliby tego inni.

Wywiad przeprowadzony 20 listopada 2015 roku po koncercie w Tarnowie.

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2015-12-21 by in Wywiad and tagged , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: