AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #300: Grudniowe nadrabianie zaległości (III)

Grudniowego nadrabiania zaległości ciąg dalszy. Tutaj części pierwsza i druga. Dzisiaj natomiast jego trzecia odsłona.

The Daydream Sound „Company In Your Head EP”
(2015; wydanie własne)
Producencki materiał reprezentującego Toronto twórcy o pseudonimie The Daydream Sound. Cztery numery instrumentalne o dość mrocznej fakturze melodii tworzonych na bazie sampli – muzycznych, ale i wokalnych oraz dźwiękowych (rozumiem przez to wszelkie odgłosy codzienności, które z myślą o płycie TDS zdecydował się nagrać). Przy pierwszym kontakcie wydaje się to nieco dziwne, jednak po przegryzieniu się przez kolejne utwory, całość nabiera większego sensu. To swego rodzaju dźwiękowy recykling, z którego powstają zupełnie niespodziewane rzeczy. Gdyby na siłę chcieć zaszufladkować epkę do konkretnych gatunków, można by przykleić jej karteczkę z napisami experimental hip-hop, elektronika i ambient. „Company In Your Head EP” to materiał na plus, chociaż nie przypadnie on do gustu każdemu słuchaczowi.

Levina „Bedroom Records EP”
(2015; wydanie własne)
Mieszkająca w Londynie młoda wokalistka debiutuje trzema piosenkami zebranymi pod wspólnym tytułem „Bedroom Records EP”. Ten skromny materiał to nic innego jak melodyjny pop oparty na elektronicznych podkładach skomponowanych przez samą Levinię. Chałupnicza robota (utwory zostały napisane i nagrane w sypialni wokalistki – stąd też tytuł płyty), która zainteresuje zapewne słuchaczy nie szukających w muzyce wielu artystycznych wrażeń. Proste popowe dźwięki, niespecjalnie oryginalny głos i sposób na jego wykorzystanie. Dwa spokojne numery i trzeci nieco szybszy kawałek. Wszystko brzmi zbyt zwyczajnie (być może gdyby zajął się tym dobry producent, to kto wie?). Rozgłośnie radiowe emitują wystarczająco dużo tego typu piosenek. Czy potrzeba nam ich więcej?

Raury „All We Need”
(2015; Love Renaissance/Columbia Records)
Raury pochodzi z Atlanty. Jest współczesnym człowiekiem Renesansu. Śpiewa, pisze teksty piosenek, komponuje, gra na gitarze, rapuje i zajmuje się produkcją muzyczną. W wieku osiemnastu lat stał się prawdziwą artystyczną rewelacją stanu Georgia. Swoją pierwszą piosenkę napisał ponoć w wieku trzech lat (chociaż takim biograficznym przechwałkom nigdy do końca nie wierzę). Samouk, który na początku kończącego się właśnie roku wyróżniony został przez angielskich dziennikarzy obecnością w czołowej piątce plebiscytu BBC Sound of. W ostatnim czasie ukazał się debiutancki materiał artysty – „All We Need”. Czy płyta, podążając za jej tytułem, faktycznie jest wszystkim tym, czego potrzebujemy? I tak, i nie. Raury na pewno nie jest kiepski w tym, co robi. Krążek muzycznie oscyluje gdzieś w granicach dobrego produktu, na pewno uwzględnić będzie trzeba go w gronie najlepszych debiutów 2015 roku. Problem jednak w tym, że mało tutaj oryginalności. „All We Need” równie dobrze mogłoby nosić tytuł „All We Need Is OutKast Music”. Inspiracja starszymi kolegami z branży jest słyszalna – momentami aż zanadto. W „Forbidden Knowledge” Raury brzmi niczym Andre 3000, z kolei w utworze tytułowym znajdziemy sporo odniesień do „Idlewild” – ostatniego studyjnego dzieła duetu z Atlanty. Żeby nie było nudno, na płycie pojawiają się również zapożyczenia z muzyki reggae rodem sprzed czterech dekad („Revolution”) i korzennego bluesa („Devil’s Whisper”). Ta pozytywna dawka czternastu utworów powiela sporo schematów, ale w tym znajdowałby również jej siłę. Bo czego słucha się najlepiej? Tego, co już dobrze znane.

A Great Big World „When The Morning Comes”
(2015; Epic Records)
Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem jeśli napiszę, że panów z A Great Big World kojarzę głównie z utworu „Say Something” wykonanego jakiś czas temu z Christiną Aguilerą. Inne muzyczne działania sygnowane przez panów niespecjalnie do mnie przemawiały. „When the Morning Comes” sprawdzić jednak postanowiłem i decyzji tej nie żałuję. Z pewnością nie jest to płyta roku, a bardzo pozytywne zaskoczenie. To kolejna płyta o miłości – tak, ale ładnie nagrana. Mi to wystarcza. Wersy, takie jak ten z otwierającego krążek utworu – „I don’t care what they all say / Let me find my own way home / I don’t care if my heart breaks / All I want is love” – nie są niczym nowym. Wsparte jednak ładną muzyką i ciekawymi pomysłami nabierają lepszej jakości. Dobrą passę kontynuuje „Kaleidoscope”. Utwór otwiera gitara, jednak pojawienie się dźwięków klawiszy sprawia, że melodia nabiera przestrzeni i w pełni cieszy ucho słuchacza. To prosta melodia, ale chwytliwa, wesoła, pełna optymizmu, dobrze nastawiająca do życia. Taka jest cała płyta „When The Morning Comes” złożona w sumie z dwunastu piosenek, z których wyróżniłbym jeszcze „Hold Each Other” (w wersji bez rapowanej zwrotki), „Come On” (utwór idealne pasujący do letnich playlist) i „One Step Ahead” (nieco spokojniejszy, wręcz balladowy, ale równie dobry popowy kawałek).

Zeus „Zeus. Jest super”
(2015; Step Records)
Nie podzielam hejtu, jaki został wystosowany w stronę Zeusa po premierze jego nowej płyty. „Zeus. Jest super” materiałem idealnym nie jest, ale też bez przesady – aż tak źle nie jest. W gatunku, w którym beztalencia – i w kwestii flow, i liryki – robią karierę i zarabiają z tego tytułu dość dobre pieniądze, karcenie łódzkiego rapera za optymistyczną, przepełnioną radością płytę jest nie na miejscu. Oczywiście, krążek ma momenty, które najchętniej wyrzuciłbym poza tracklistę (te nawiązania do folkowych brzmień drażnią mnie tak bardzo, że w grę wchodzi tylko skipowanie). Podobnie śpiewane damskie refreny nie dają okazji do zachwytów. Reszta jest jednak jak najbardziej na plus. Przede wszystkim Zeus nie jest typem rapera, który podążą sprawdzoną ścieżką. Od samego początku na scenie Kamil w czterech literach miał to, co należy zrobić, aby zgarnąć większą ilość lajków i fanów. Tak samo jest teraz. „Zeus. Jest super” na pewno nie jest płytą, jakiej oczekiwali od niego słuchacze, ale to już ich problem. Raper, jako twórca, ma pełne prawo do wyboru artystycznej drogi, jaką chce podążać. Wybrał taką i nic nam do tego. Otwierający album utwór „Nomada” ma już jednak to coś – szczególnie w refrenie. „Mniejsze zło” (od strony flow to wciąż ten dobry Zeus) i „Psuję klimat” również zaliczam do pozytywów. Zarzut o ugrzecznioną treść utworów zwyczajnie wyśmiewam. „Będziemy dziećmi”, „Domek w górach” i „Odp. 2” nie trafią do żołnierzy z betonowego lasu, którzy bardziej cenią sobie szesnastki o fifkach, konfidentach i jebaniu policji, ale na szczęście nie tylko oni słuchają rapu. Krótko, ale celnie na ten temat wypowiedział się warszawski raper Cywil, który na swoim Facebooku napisał: Gdyby dzieciaki znały tak dobrze teksty z „Jest super” jak znają z Gangu Albanii, to ten świat naprawdę stałby się lepszy. I niech to będzie puenta, z której sami powinniśmy wyciągnąć wnioski.

Alberto Menezes „Constant Shift EP”
(2015; wydanie własne)
Debiutancki materiał Aleberto Menezesa to cztery numery utrzymane w rockowej stylistyce. Muzyka, której przewodzi gitara elektryczna, nie jest niczym odkrywczym, ale w przypadku Menezesa brzmi to profesjonalnie i nie jest aktem zbytniego inspirowania się innymi. Zaprezentowane kompozycje posiadają odpowiednią dynamikę, wciągają, bujają (zasługa w tym między innymi perkusisty Christiana Schmutza), posiadają swoistą muzyczną przestrzeń (głównie dzięki nawiązaniom do jazzu w pierwszym i trzecim utworze). Już otwierający „The Letter” daje nieźle popalić (solówka basu!). Późniejsze numery potwierdzają tylko klasę muzyków: „New Land” rozpoczyna się od elektronicznego plumkania, które po prawie pół minuty gładko przechodzi w ostrzejsze dźwięki gitary, których nie powstydziliby się nawet rockowi wyjadacze; „Adventurous Mind” to przede wszystkim popis solistów Waltera Kwana (klawisze) i Adam Bentleya (gitara). Kończący wszystko utwór tytułowy to z kolei najdłuższa kompozycja na epce (dziewięć minut) i niestety najgorsza – głównie przez słaby wokal (za ten niepotrzebny element pół oczka niżej). Instrumentalna strona „Constant Shift” jest jej zdecydowanie najmocniejszym elementem. Całą płytę nazwałbym materiałem z dużym potencjałem na dobre występy koncertowe. W tych nieco ponad dwudziestu minutach znajdziemy bowiem sporo fragmentów, które na żywo można dodatkowo rozwiną, dzięki czemu dźwięki nabiorą jeszcze lepszego brzmienia.

Kwartet Pałucki „Na skrzyżowaniu rzek”
(2015; For Tune)
Na płytę „Na skrzyżowaniu rzek” trafiły pałuckie piosenki ludowe (z regionu nazywanego Pałukami). Jednak aby zainteresować nimi szersze grono odbiorców, Kwartet Pałucki zaprezentował je w jazzowych aranżacjach. Mimo tego zabiegu album nie przekonał mnie. Słyszałem już sporo folkowo-jazzowych romansów. Ten związek nazwałbym raczej mezaliansem, z którego nie wyjdzie nic dobrego. Nie chodzi o warstwę muzyczną, bowiem tej słucha się dość dobrze. Brzmienie kwartetu (cytra, saksofon i flety, wibrafon, kontrabas) uzupełnione zostało tutaj między innymi o dźwięki akordeonu i perkusji, co niewątpliwie wprowadziło ludowe melodie na inny poziom odbioru. Problem pojawia się na płaszczyźnie wokalnej. Zbigniew Zaranek, który na płycie śpiewa gościnnie we wszystkich sześciu utworach, zwyczajnie psuje efekt końcowy. Jego wokal zupełnie nie zgrywa się z brzmieniem folkowym, a tym bardziej jazzowym. Nijak pasuje on także do mieszanki tych dwóch gatunków. Bije z niego sztuczność – niepotrzebny patos miesza się z udawaną lekkością i zawadiackością. Być może problemem jest to, że Zaranek to postać zakorzeniona w stylistyce trash metalowej (możecie kojarzyć go na przykład z zespołu Kreon). Poproszę wersję instrumentalną, tej aż tak bardzo nie polecam.

Acora „By przetrwać”
(2015; wydanie własne)
Zespół Acora oddał do dyspozycji słuchaczy ciekawy materiał utrzymany w klimacie ciężkiego gitarowego grania. Fani dźwięków z pogranicza rocka i metalu będą usatysfakcjonowani. „By przetrwać” to dziesięcioaktowa sztuka, której tematyką jest wątek zmagania się z samym sobą w różnych odsłonach. „Drugi oddech” pokazuje, że zawsze warto zawalczyć o samego siebie i zmienić swój los. Numer tytułowy zachęca do trzymania się własnych ideałów i obrony ich. Kolejny na trackliście „Weteran” porusza natomiast zagadnienie pamięci o tych, którzy odeszli, a stawianie przez nas czoła wyzwaniom powinno odbywać się niejako w ich imieniu. Do tego „Kontrabanda” ujmująca bodaj najlepiej wspomniany wcześniej wątek wewnętrznej walki o samego siebie. Ktoś pomyśli, że to całkiem… wojskowa płyta i będzie miał poniekąd rację. „Afgan”, najlepiej kojarzony z zespołem Acora utwór, do którego zrealizowany został także wideoklip, to dedykacja dla żołnierzy, którzy odbywali służbę na misjach w Afganistanie. Przy okazji: high five za wykorzystanie w numerze skrzypiec, których dźwięk imituje klimat melodii charakterystycznych dla tamtego rejonu. Duży plus za balans pomiędzy głośnością muzyki i wokalem, który jest słyszalny i zrozumiany. Nie zawsze w przypadku płyt utrzymanych w tym gatunku jest to rzecz oczywista, często bowiem zdarzają się sytuacje, kiedy śpiewane (wykrzykiwane?) zdania zlewają się z muzycznym hałasem i docierają do uszu odbiorców w zniekształconej lub całkiem zdewastowanej formie. Acora wyszła z tego starcia obronną ręką. Według zapowiedzi zespołu, płyta w 2016 roku ma ukazać się w formie fizycznej. Dzisiaj dostępna jest jeszcze online (chociażby na YouTube’ie). (MAK)

Advertisements

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d blogerów lubi to: