AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Krótka piłka #298: Grudniowe nadrabianie zaległości (I)

Mamy grudzień, za pasem koniec roku i podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy. Aby było ono pełne należy jednak nadrobić wcześniej kilka zaległości.

Co roku w grudniu okazuje się, że lista płyt do posłuchania wcale się nie skraca. Dzieje się tak nawet pomimo tego, że z dość dużą systematycznością staram się sprawdzać nowości i być na bieżąco z szeroko pojętą muzyką rozrywkową. Nigdy do końca jednak nie udaje się sięgnąć po albumy w okolicy ich premier. Często niektóre płyty „gubią się” gdzieś pomiędzy regałem a odtwarzaczem, szukając właściwej drogi tygodnie, a czasami i miesiące. Niektóre wartościowe nowości zwyczajnie umykają mojej uwadze, co przy tak dużej ilości wydawanej dzisiaj muzyki nie powinno być traktowane w kategoriach potężnego występku. Grudzień jawi się zatem jako czas nadrabiania zaległości – na pewno nie wszystkich, ale takich, które ze względnie spokojnym sumieniem pozwolą na opublikowanie w pierwszych dniach stycznia list z najlepszymi płytami 2015 roku. Dzisiaj pierwsza odsłona Krótkiej piłki, w której sięgnę po przeoczone tytuły lub albumy, które wypełniały mój czas w ostatnich tygodniach.

Leon Bridges „Coming Home”
(2015; Columbia Records)
Przyjmijmy, że sytuacja wygląda następująco: nie mamy pojęcia kim jest Leon Bridges, nie wiemy w którym roku nagrany został album „Coming Home”. Wkładamy płytę do odtwarzacza, włączamy niskie ceny. I co? Pierwsze kilka minut wystarczy, aby pomyśleć sobie tak: czarnoskóry gość, który pewnie przeoczony został w latach 60., a jego autorski materiał przepadł gdzieś pomiędzy kolejnymi płytami Otisa Reddinga, Arethy Franklin, Marvina Gaye’a i całej masy wydawnictw z logiem Motown Records. Faktycznie, muzyczna zawartość „Coming Home” pozwala nam na takie przypuszczenia. Soulowa stylistyka skrzyżowana z brzmieniem gospel prezentowane przez Bridgesa, doskonale pasowałyby do tamtej epoki. Prawda jest jednak taka, że Leon nie ma jeszcze nawet trzydziestu lat, a prezentowany krążek to jego debiutancki materiał wydany w połowie tego roku. Szok, prawda? Świetne jest to, że Amerykanin nie robi z piosenek na siłę hybrydy starego z nowym. Na „Coming Home” nie znajdziemy udziwnień w stylu elektronicznych wstawek, dubstepowych „wiertarek”. Nie ma nawet samplowania. Te dźwięki są bowiem zagrane. Jest surowo, trzeszcząco, jednocześnie ciepło i analogowo. O miłości, wzlotach i upadkach w relacjach z kobietami. Rock’n’rollowo, soulowo, rhythm’n’bluesowo. Zespół Dżem śpiewał kiedyś, że „wehikuł czasu to byłoby coś”. Proszę bardzo, ten wehikuł kieruje nas prosto do lat 50. i 60. Wystarczy wcisnąć play i zamknąć oczy.

Faithless „Faithless 2.0”
(2015; Cheeky Records)
Stali czytelnicy doskonale wiedzą, że nie przepadam za składankami – nawet jeśli są to płyty będące zbiorem utworów wykonawców, których zwyczajnie lubię. Tak samo jest z Faithless – lubię, ale za składankę podziękuję. Jeśli będę chciał posłuchać tego zespołu, sięgnę po którąś ze studyjnych płyt. Na szczęście Brytyjczycy z okazji dwudziestolecia działalności nie poszli na łatwiznę prezentując kolejny zestaw typu the best of. „Faithless 2.0” nie jest zwykłym wydawnictwem jubileuszowym, ale dwupłytowym materiałem, którego połowę stanowią remiksy. Właśnie CD z przeróbkami interesuje mnie tutaj najbardziej i ono zostanie poddane ocenie. Oryginalne wersje numerów Maxi Jazza, Sister Bliss i Rolla posiadają już status kultowych, więc poddawanie ich ocenie nie ma raczej sensu. Ze statusem żywej legendy zmierzyli się m.in. Tiesto, Avicii, Armin Van Buuren, Eric Prydz. O każdym z nich mogę napisać „współczesna gwiazda muzyki klubowej”, tyle tylko, że autorska twórczość każdego nich zupełnie do mnie nie przemawia. Jako remikserzy wypadli tak sobie. W ich wersjach słychać nowoczesność, odbijające się echa współczesnych trendów i upodobań. Młodzi fani zapieją z zachwyty, starsi już niekoniecznie. Z tych mniej znanych producentów na uwagę zasługują natomiast Book Shade (duet zza Odry odpowiada za całkiem zgrabny remiks numeru „Tarantula”, mój ulubiony na płycie z odświeżonymi wersjami) i Autograf. Na krążku z remiksami umieszczone zostało również premierowe nagranie Faithless zatytułowane „I Was There”. Fani w okolicach trzydziestki powinni być zadowoleni.

The Neighbourhood „Wiped Out!”
(2015; Columbia Records)
The Neighbourhood to nieźli kawalarze. Pierwszy utwór umieszczony na płycie „Wiped Out!” to kilkadziesiąt sekund… ciszy. Niby tytuł ścieżki mówi sam za siebie („A Moment Of Silence”), ale chwila niepewności jednak się pojawia – u mnie dodatkowo połączona została z myślą „Czy z moimi głośnikami jest wszystko dobrze?”. Było (to znaczy jest!) wszystko dobrze. Z faktu tego należy się tylko cieszyć, bowiem w przypadku niedziałającego sprzętu mógłbym stracić możliwość zapoznania się z ciekawą płytą. Kalifornijski zespół na swoim drugim studyjnym krążku serwuje miłą mieszankę alternatywnej muzyki spod znaku popu, indie rocka i elektroniki. Ciepłe brzmienie syntezatorów skojarzone z gitarami, perkusją i przyjemną barwą głosu wokalisty sprawiają, że „Wiped Out!” w teście na słuchalność wypada dość dobrze. W przeważającej mierze płyta ta jest spokojna. Momentami nawet mroczna i ciemna. Na pewno nie ma tutaj radości charakterystycznej dla wielu wykonawców z Cali. Wystarczy wspomnieć utwory nawiązujące do relacji wokalisty zespołu, Jessiego Rutherforda, ze zmarłym ojcem („1 Of Those Weeks”, „RIP 2 My Youth”, „Daddy Issues”). OK, słaby przykład, bo takie numery pewnie zawsze będą posiadały gatunkowy ciężar. Jednak „The Beach” nie jest wcale wesołą piosenką o słonecznym dniu spędzonym na plaży, „Ferrari” nie opiewa dobrobytu i drogiej fury, a w „Greetings From California” nie pojawiają się frazy o uśmiechniętych niewiastach i dobrze zbudowanych młodzieńcach spędzających weekendowy wyjazd na surfingowaniu. Mimo tego album „Wiped Out!” pobrzmiewa tak, że chce się do niego wracać. Jak widać (słychać) afirmacja życia nie zawsze jest sposobem na dobrą muzykę.

Składanka „Popkiller: Młode Wilki IV”
(2015; Popkiller.pl)
To już czwarta składanka portalu Popkiller.pl prezentująca najlepszych przedstawicieli rapowego podziemia w Polsce. Przyznam szczerze, że od pewnego czasu nie śledzę tego, co dzieje się na krajowej scenie hip-hopowej po jej undergroundowej stronie. Płyty, takie jak ta, traktuję zatem niczym swoisty papierek lakmusowy i zbiór tego, co w rodzimym podziemiu najlepsze. Idąc tym tokiem rozumowania, po sprawdzeniu tegorocznych „Młodych Wilków” zadaję pytanie, co się stało z tą sceną, która jeszcze kilka lat temu naszpikowana była postaciami, które jak równy z równym konkurować mogły z wykonawcami z tzw. legalnego obiegu? Po utworach zawartych na krążku słychać, że polscy „freszmeni” śledzą muzyczne trendy zza oceanu i tym samym próbują swoich sił w podobnej stylistyce. Gdyby nie Nieznanyklarenz i Ad.M.a. musiałbym napisać, że nikt owej próbie nie podołał. Na szczęście w watasze pojawiły się te prawdziwe wilki. Reszta to młode szczeniaczki, głośno szczekające ratlerki i kundelki aspirujące do miana rasowców. Główne zarzuty? Kiepskie flow oraz technika niepozwalająca na wykorzystanie w pełni takich rapowych wynalazków, jak chociażby zmiana tempa rapowania. Diset i Wac Toja za swoje szesnastki umieszczone na płycie powinni dostać dożywotni zakaz nagrywania. Podobnie Leh, który w refrenie „Day Off” brzmi niczym kreso Mesa, a w „Sam tak robię” niczym gorsza wersja Kuby Knapa. „Każdy mówi, że zmieni grę, a niczego do gry nie wnosi” rapuje w swoim solowym numerze na „Młodych Wilkach” Klarenz i chyba nieświadomie daje prztyczka w nos niektórym osobom biorącym udział w popkillerowym projekcie.

Harry Connick Jr. „That Would Be Me”
(2015; Columbia Records)
Harry Connick Jr. to popowy wokalista (jakich wielu?). Śpiewane przez niego piosenki nastawione są na komercyjny sukces i nie ma się też o to bardzo boczyć, ponieważ każdy ma prawo do wyboru swojej artystycznej ścieżki. I chociaż brzmi to pewnie niezbyt zachęcająco, to płyta „That Would Be Me” nie jest przykładem na prostackie powielanie schematów. Oczywiście kilka piosenek może przywodzić na myśl pewne skojarzenia, nie są to jednak nachalne kopie, a jedynie coś, co rozpatrywać można w kategorii inspiracji lub podążania tą samą muzyczną drogą. Otwierający płytę utwór „(I Like It When You) Smile” to dobrze rokujący taneczny kawałek. „(I Do) Like We Do” to z kolei spokojniejsza melodia, umieszczona w tym miejscu pewnie dla kontrastu. Podobnie „Tryin’ To Matter” – w swojej budowie przypominający nieco wybrane przeboje Johna Mayera czy Jasona Mraza. „You Don’t Need A Man” to powrót do szybszych i tanecznych klimatów. Kropkę nad i stawia ostatni na płycie „Right Where It Hurts”, który ostatecznie przekonuje mnie do tego, że być może w przyszłości będzie warto włączyć ten krążek jeszcze raz. Tekstowo „That Would Be Me” to oczywiście tysięczna próba podjęcia tematu relacji damsko-męskich. Płyta na pewno bez większych niespodzianek, ale poprawnie zagrana i zaśpiewana. Jak na pop, trzeba przyznać, daje rade. (MAK)

Advertisements

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d blogerów lubi to: