AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Zawartko/Piasecki „Leć głosie”

W październiku ukazała się płyta „Leć głosie” nagrana przez duet Magdaleny Zawartko i Grzegorza Piaseckiego. Zapraszam do sprawdzenia recenzji albumu.

Zawartko/Piasecki (foto: materiały prasowe)

Pomysł połączenie melodii ludowych i tematów klasycznych z jazzem nie jest dla polskiej sceny muzycznej niczym nowym. Wystarczy wspomnieć Zbigniewa Namysłowskiego, który przez krytyków muzycznych nazywany jest nawet „polskim folklorystą jazzowym”, Włodzimierza Nahornego („Na wysokiej Cyryli”), Andrzeja Trzaskowskiego („Wariacje na temat >>Oj tam u boru<<") czy też Jana "Ptaszyna" Wróblewskiego, w którego repertuarze znajdziemy chociażby utwór "Bandoska in Blue", dla którego punktem wyjścia był opolski folklor. Jeśli dodamy do tego eksperymenty z oberkiem Piotra Orzechowskiego ("15 Studies for the Oberek") i dorobek zespołu Chłopcy Kontra Basia, a więc projekty datowane na ostatnie lata, okazuje się, że temat znajduje swoją kontynuację również dzisiaj. To, co robi duet Magdaleny Zawartko i Grzegorza Piaseckiego nie jest zatem niczym odkrywczym. Co nie znaczy, że nie warty poświęcenia mu kilku chwil. Jak sami wspominają, zaczęło się od przygotowania piosenki "Leć głosie po rosie", która oparta miała zostać na kompozycji Karola Szymanowskiego. Pomysł ewoluował w materiał, którego pod względem ilości i jakości wystarczyło na płytę.

Album rozpoczyna się od tradycyjnego żydowskiego hymnu "Hine ma tov u'ma naim" śpiewanego podczas święta Szabatu. Dodatkowo sama pieśń jest podstawą dla izraelskich tańców ludowych. Na "Leć głosie" otrzymuje ona jazzową aranżację – głównie dzięki saksofonowi i klawiszom. To zresztą nie jedyna wersja tego hymnu zaprezentowana przez duet Zawartko/Piasecki. To, co pełni rolę intra, na końcu płyty żegna słuchaczy tym razem w żywszej wersji. Wokaliza zostaje schowana za instrumentami i stopniowo dochodzi do coraz wyższego poziomu głośności. Outro wydaje się bardziej pulsujące, momentami wręcz kubańskie, a instrumenty perkusyjne są jego podstawowym atutem. W drugim utworze otrzymujemy muzyczny dowód na połączenie wpływów ludowych i brzmień jazzowych. Otwierający "Niech w święto radosne" – oparty na melodii wielkanocnej pieśni o tym samym tytule, skupia się na dźwiękach kontrabasu (początkowo osamotnionego, w późniejszej fazie mającego także partię solową) – stopniowo zaczynają towarzyszyć kolejne instrumenty, które osiągają swego rodzaju apogeum w chwili włączenia się do gry trąbki i saksofonu. Wszystko to stanowi najbardziej jazzowy moment płyty, jednocześnie najlepszy z całości.

Tuż po nim następuje najbardziej melancholijny numer na płycie. "Jesienią" emanuje smutkiem i żalem, który potęguje tylko łkająca gitara i posępny, wręcz "cmentarny" kontrabas. Piąty na trackliście, "Leć głosie po rosie", to z kolei najbardziej folkowy fragment albumu. Magdalena Zawartko przybliża nam historię miłosną na wzór ludowej śpiewki, która pociąga za sobą także utrzymanie w takiej stylistyce wokaliz. Co ciekawe, muzyczne rozwinięcie tematu w środkowej fazie jest jednak bardziej jazzowe, co potwierdza dominację tego gatunku.

Interesujący jest także utwór "Monastyr", którego wstęp wydaje się żywcem wyjęty ze ścieżki dźwiękowej horroru. Lekko wampiryczny początek szybko przechodzi jednak w bardziej wyrazistą melodię, którą w pewnym momencie przełamuje swoim wejściem saksofon i trąbka. Kontrastujący niepokój wprowadzają także perkusja i kontrabas. Całość dopełniają także anglojęzyczny "Solveig's Song" Edvarda Griega oraz "Wokaliza" Rachmaninowa. Zestaw, sami przyznacie, oryginalny, co równie niebezpieczny, gdyż nigdy nie wiadomo czy taka wizja spodoba się odbiorcom.

Pisząc o muzyce (co, jak mawiał Frank Zappa, jest niczym tańczenie o architekturze) zawartej na płycie duetu Zawartko/Piasecki, nie można nie wspomnieć o gościach. Połączenie kontrabasu z wokalem nie byłoby tak ujmujące, jak forma utworów przedstawiona na "Leć głosie" w ostatecznym wyglądzie. Duża w tym zasługa instrumentalistów, którzy zostali zaproszeni do studia i wsparli projekt swoimi talentami. Wojciech Buliński grą na perkusji wsparł Piaseckiego w sekcji rytmicznej, do której kilka uderzeń dołożył również Jose Torres. Piotr Wojtasik (trąbka) i Tomasz Wendt (saksofon) dodali niektórym fragmentom pompatyczności, a grający na klawiszach Artur Tuźnik zadbał o to, aby muzyczny krajobraz miał odpowiednio dużą przestrzeń. Wszystko skrytymi, ale znaczącymi partiami okrasił gitarzysta Marek Kądziela.

„Leć głosie” to także dość długa płyta. Przy monotonii materiału zachodziłaby obawa, że album okaże się dla słuchaczy zbyt jednolity, a tym samym nudny. Na szczęście artyści zadbali o różnorodność. Być może zabrzmi to dość trywialnie, ale słuchając tej płyty zwyczajnie nie można narzekać na nadmiar wrażeń. Tańczyć co prawda nie będziemy, jednak osoby lubiące muzyczne wyzwania nie odłożą „Leć głosie” w zapomnieniu na najdalszą półkę. Liczne zmiany i przeskoki tematyczne – z jednej strony zaskakujące, z drugiej tak oczywiste (to przecież normalne, że po partii wokalnej pojawi się dłuższe instrumentalne rozwinięcie, a jednak czasami kiwałem głową z zadowolenia i zdziwienia jednocześnie) – dają poczucie ciągłego muzycznego ruchu, który odczuwalny jest nawet w kompozycjach wolniejszych, takich jak „Jesienią”. Miłego dynamizmu całej płycie nadaje fortepian („Solveig’s Song”), który w połączeniu z rytmizującą perkusją uchodzi za instrument numer jeden. Kiedy do tego wszystkiego włączają się dęciaki („Niech w święto radosne”), ręce po prostu same składają się do oklasków. Właśnie, oklaskiwaliście kiedyś jakiegoś wykonawcę lub pojedynczy utwór, słuchając go z CD w swoim mieszkaniu? Przydarzyło mi się to pierwszy raz właśnie w przypadku wspomnianego już „Niech święto…”. Gdyby ktoś obserwował całe zdarzenie, stwierdziłby zapewne, że mam nie po kolei w głowie. Cóż, tak działa dobra muzyka. Wyzwala emocje i pozwala na chwilę wejść na inny pułap ziemskiego bytowania. Płyta „Leć głosie” w dużej mierze oddziałuje na odbiorcę w taki właśnie sposób. (MAK)

Zawartko/Piasecki „Leć głosie”
(2015; Captain Earth)

Całej płyty online posłuchać można na portalu deezer.com lub zamówić w formie fizycznej na nuplays.pl.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2015-11-10 by in Recenzja and tagged , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: