AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Peter J. Birch „The Shore Up In The Sky”

Trzydziestego października oficjalnie ukaże się kolejna solowa płyta Petera J. Bircha. Czy nowy krążek wołowskiego muzyka jest wart uwagi słuchaczy? Na to pytanie odpowiadam w poniższej przedpremierowej recenzji.

„The Shore Up In The Sky” to płyta, po którą sięgałem bez obaw. Ze spokojem odpieczętowałem opakowanie, wyciągnąłem krążek, umieściłem go w odtwarzaczu i wcisnąłem przycisk play. Numer „Wake Up Louisiana!”, który w tym momencie zabrzmiał swoimi pierwszymi taktami, utwierdził mnie we wcześniejszym przekonaniu, że będzie to dobry album.

Peter J. Birch

Po intrygującym i eksperymentalnym krążku „Yearn”, wołowski gitarzysta postawił na nowe doświadczenia muzyczne. Teoretycznie w przypadku twórczości Petera J. Bircha mieliśmy już do czynienia z bluesem, country i rockiem w różnych odcieniach, jednak tym razem zmienił się sposób podejścia do nagrywania materiału. Peter nie odpowiada już za wszystko (lub większość) sam, jak bywało to w przypadku wcześniejszych autorskich krążków. Tym razem pomysł na płytę był inny: nagrać ją na tak zwaną „setkę”. Jednak, aby tego dokonać z jednoczesnym wykorzystaniem kilku instrumentów, należało poszukać wsparcia muzyków, którzy w tym samym czasie usiedliby w jednym studio i zagrali wszystko, zaczynając od swojskiego nabicia „i raz, i dwa, i trzy”. Wybór padł na bluesowy skład Two Timer z Poznania. Nawet jeśli nazwa zespołu nic wam nie mówi, nie musicie popadać w zakłopotanie. Panowie wykonują na „The Shore Up…” kawał dobrej instrumentalnej roboty, wypełniając założenia autora kompozycji i lidera projektu jednocześnie.

Czy w związku z nowym podejściem do nagrywania, Peter J. Birch zmienia również swoją muzykę w kwestii gatunkowej? Ależ skąd. Trzecia solowa płyta to ponownie materiał mocno zakorzeniony w tradycji folkowo-bluesowego grania rodem z Ameryki Północnej. Nie mamy co do tego wątpliwości już na starcie, kiedy w stylistyce rockabilly wita nas wspomniany już wcześniej utwór „Wake Up Louisiana!”. Petarda! Prawdziwa petarda! Naprawdę, trudno się nie obudzić. Jeśli jednak ktoś pozostanie jeszcze w objęciach Morfeusza, to kolejne utwory na pewno sprawią, że z ochotą porzuci leżakowanie na rzecz obcowania z dobrą muzyką. „Self Identity State Of Memory” z gitarowymi riffami łączonymi z uderzeniami perkusji czerpiącej sporo z alternatywnych brzmień z przełomu lat 80. i 90. spodoba się nie tylko słuchaczom wychowanym na takiej stylistyce, ale i hipsterom szukającym melodii spoza głównego nurtu oraz koneserom dobrej muzyki.

Po takiej dawce dźwiękowej adrenaliny, gospodarz serwuje wycieczkę na Dziki Zachód do rootsowego amerykańskiego grania. Stery na chwilę przejmują country i blues. Zamykasz oczy, słuchasz „Memphis Blues” (świetne uzupełnienie głównej melodii dźwiękami harmonijki) oraz „Black Tombstone” (chórki!) i w wyobraźni widzisz tę postać z okładki wyśpiewującą kolejne fragmenty tekstu, amerykańskiego orła dumnie szybującego ponad szczytami ośnieżonych gór i gwieździsty sztandar łopoczący na wietrze. Mieszkańcy USA byliby dumni. W trakcie słuchania „Old Fashined Hollywood” (jeszcze raz: chórki!), w którym artysta ponownie sięga po mieszankę country i bluesa, mam wrażenie obcowania z muzyczną reinkarnacją młodego Johnny’ego Casha. Mało? Singlowe „Everyday Chances” pobrzmiewa echem Neila Younga łamanego na Johna Lennona. Do tego tuż po utworze tytułowym, który zamyka „oficjalną” część płyty, na słuchaczy czeka jeszcze kilkuminutowa nagroda w postaci mocno odjechanej gitarowej improwizacji.

W sytuacji, kiedy tak naprawdę trzy czwarte płyty „The Shore Up…” zachęca do ruszania czterech liter z miejsca, zupełnie nie wyobrażam sobie, jak Peter będzie mógł wykonywać te utwory na żywo, kontynuując ideę samotnego grania. To nawet nie jest obawa w stosunku do kipiących energią kawałków, jak „Wake Up Louisiana!”. Spokojny, wręcz balladowy „New Prince” i dirty-bluesowy „I’ve Got This Train” także wiele stracą w chwili, kiedy muzyk zaprezentuje je bez asysty zespołu. Artysta w niedawno udzielonym wywiadzie mówił, że z myślą o promocji tej płyty przewidziane są koncerty z pełnym składem. Oby było więc ich jak najwięcej.

Jak zawsze przy płytach Petera J. Bircha pojawia się pytanie, czy to aby na pewno materiał przeznaczony na rodzimy rynek? Obawiam się, że mieszanka melodii, jaką upodobał sobie Peter, to wciąż propozycja dla freaków, a sam autor, jak większość zdolnych i młodych ludzi, musi spoglądać raczej na zachód i tam szukać szczęścia. Pomóc ma w tym zagraniczna dystrybucja „The Shore Up In The Sky”. Liczę, że w końcu się uda, a Piotrek w przyszłości będzie z dumą dzielił scenę z największymi wykonawcami muzycznej stylistyki, w jakiej się porusza. (MAK)

Peter J. Birch „The Shore Up In The Sky”
(2015; Gusstaff Records/Borówka Music)

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

One comment on “Recenzja: Peter J. Birch „The Shore Up In The Sky”

  1. Przedsprzedaż albumu dostępna jest tutaj: http://www.peterjohnbirch.com/?page_id=31

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2015-10-13 by in Recenzja and tagged , , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: