AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Wywiad: Peter J. Birch – „Żyję w trasie koncertowej”

Końcem października do sprzedaży trafi nowa solowa płyta Petera J. Bircha. O tym, jak z myślą o albumie nagrywany był materiał, ewentualnych zaskoczeniach czekających na słuchaczy oraz ciągłym życiu w trasie opowiada sam muzyk.

Peter J. Birch (foto: Klaudia Zych/materiały prasowe)

Mateusz Kołodziej: Wielkimi krokami zbliża się premiera Twojej drugiej solowej płyty (lub trzeciej – licząc epkę). Jest mała obawa przed tym, jak zostanie ona odebrana?
Peter J. Birch: Według moich obliczeń to będzie trzecia płyta lub nawet czwarta (licząc EP). Szczerze mówiąc obawa jest trochę mniejsza niż ostatnio. Co będzie to będzie. Mam oczywiście nadzieję, że ktoś ją w ogóle zauważy i nie zginie ona wśród masy premier.

Najpierw – na „When The Sun’s Rising Over The Town” – sięgnąłeś po dźwięki będące hybrydą folku i country. Następnie – na płycie „Yearn” – eksplorowałeś rejony brzmienia gitary elektrycznej. Gdzie zaprowadził Cię muzyczny instynkt w przypadku albumu, którego premierę przewidziano na 30 października tego roku?
W świat bluesa, rock’n’rolla i brudnego rocka. Ale tak poważnie mówiąc to zatęskniłem za żywymi instrumentami i prawdziwym graniem. Moje eksperymenty na „Yearn” były chęcią wypróbowania nowych obszarów przy jednoczesnym zachowaniu swojej tożsamości. Wierzę, że to się udało. Jednak obecnie jest tyle elektroniki, new wave’ów i innych różności, że pomyślałem sobie: „Kurcze, czy ktoś jeszcze gra na żywych instrumentach oprócz starych wyjadaczy? Na następnym albumie muszę wrócić do korzeni”. I tak narodził się pomysł nagrania płyty „na setkę”. Chodzi o zarejestrowanie w pierwszym, drugim lub kilku kolejnych podejściach całych utworów. Nie możesz poprawić wokalu po skończeniu. Wszystko musi zabrzmieć i zadziałać od razu. Nie ukrywam, że trochę się obawiałem. Nie uważam się za dobrego gitarzystę, o wokal byłem raczej spokojny, ale jednak nie są to tylko dwuminutowe utwory, czasem trwają nawet sześć minut i jeden błąd może wszystko zniweczyć. Dużo koncertowania zebrało tutaj swoje owoce. Utwory ćwiczyliśmy i ogarnęliśmy na kilku wspólnych próbach z Ernestem Kałaczyńskim, Łukaszem Rudnickim i Maxem Psują. W studiu zaczęliśmy od kawałka „Wake Up Louisiana!”, który pokazałem chłopakom na ostatnich pięciu minutach ostatniej próby. Zatem wiedzieli tylko, że jest zwrotka-refren-zwrotka-refren i tyle. To było pewnego rodzaju szaleństwo, ale niezwykle piękne. Nigdy nie zapomnę tej sesji. Uwinęliśmy się w trzy dni. Potem były już tylko dogrywki: solówki, chórki, smyczki i tak dalej.

Zmiana nastąpiła w przypadku sposobu rejestracji materiału. Tym razem nie robiłeś wszystkiego sam, ale w asyście zespołu. Skąd taki pomysł?
Lubię zmiany, a z pomysłem nagrywania „na żywo” nosiłem się już od dłuższego czasu. Pomógł w tym bardzo, jak zwykle niezawodny w kwestiach organizacyjnych, producent moich dotychczasowych płyt solowych – Przemek „Perła” Wejmann. To on skontaktował mnie z Ernestem, z którym już wcześniej się poznałem i obgadaliśmy luźno temat. Przemyślałem sprawę, wpadłem do Poznania i zadziałało. Niesamowicie zdolni panowie i świetne towarzystwo. Czego chcieć więcej?

Czy fakt, że tym razem nie wszystko w studio nagraniowym zależało w stu procentach od Ciebie, wpłynął jakoś znacząco na pracę nad piosenkami?
Myślę, że jak najbardziej. Przede wszystkim wpłynęło na brzmienie, które naturalnie przyszło wraz z chłopakami. Oni tworzą wspólnie zespół Two Timer grający elektrycznego bluesa. Wszystko idealnie się złożyło, bo niektóre z utworów, które przyniosłem na próby, miały korzenie bliskie temu właśnie gatunkowi, a i ja sam byłem nim w ostatnim czasie bardzo mocno zainspirowany. Nie jest jednak tak, że ta płyta jest bluesowa. Nie lubię wrzucania wszystkiego do jednego worka. Stąd pojawiają się różne instrumenty, kompozycje, ballady, ostre riffy, a nawet improwizacja…

W tym nagrywaniu na tak zwaną „setkę” były poprawki czy wszystkie piosenki, jakie znajdziemy na krążku, to pierwsze podejścia?
Kilka utworów udało się nagrać w pierwszym lub drugim podejściu, inne za trzecim lub czwartym, a z jednym męczyliśmy się przez trzy dni. Wymagał on bardzo dobrego „flow”, dlatego gdy nie mogliśmy wgrać go za czwartym razem, to przekładaliśmy to na następny dzień jako pierwszy utwór do nagrania. Udało się w końcu trzeciego dnia przy pierwszym porannym podejściu. Teraz już rozumiem, dlaczego Neil Young mówił, że jak nie wgra w pierwszych dwóch, góra trzech podejściach to odpuszcza utwór. Nie chodzi o to, żeby się popisać, tylko o to, żeby utwór zabrzmiał pewnie, świeżo i na swój sposób niezwykle. W końcu w takiej formie pozostanie na płycie. Oczywiście nie pracowaliśmy w studiu w Los Angeles, więc chórki czy tamburyn zostały dograne później, bo nie pomieścilibyśmy tylu ludzi. Już we czterech mieliśmy z tym niemały kłopot. Teraz, jak o tym pomyślę, to tym bardziej wydaje się to niesamowite. Stałem z gitarą i mikrofonem w reżyserce obok „Perły”, a chłopaki byli w drugim pomieszczeniu za szybą! Słyszeliśmy się przez słuchawki i ledwo ich widziałem! Był naprawdę luz, ale też pełna koncentracja. Jestem z nas dumny.

Wiadomo już, że singiel „Everyday Chances” dedykujesz Ukrainie. Czy cały album „The Shore Up In The Sky” niesie ze sobą jakąś historię? Nagrywany był może w szczególnym dla Ciebie okresie w życiu?
Każdy utwór niesie za sobą jakąś historię. Mniej lub bardziej konkretną. Nigdy wcześniej nie pracowałem tyle nad tekstami. Przez ostatnie dwa lata obejrzałem praktycznie całą filmografię Alfreda Hitchcocka i w ogóle całe mnóstwo filmów oraz różnych seriali. Niektóre z tematów czy postaci pojawiają się w tych tekstach, jak chociażby Wyatt Earp, Grace Kelly i reszta gwiazd Hollywood lat 50., czyli chyba mojego ulubionego okresu filmowego. Poza tym serial „Treme”, który zainspirował mnie do napisania o Mardi Gras w Nowym Orleanie, czy „Historia Bluesa” Martina Scorsese, która tylko jeszcze bardziej upewniła mnie, że ten rodzaj bluesa, o którym mowa w serii, działa na mnie niezwykle inspirująco. Ponadto pojawił się też hołd w utworze „Memphis Blues”, który jednak gram od dość dawna na koncertach, a w którym śpiewam o tych wszystkich wspaniałych i niekiedy zapomnianych artystach. Ironia losu sprawiła, że pada tam między innymi nazwisko B.B. Kinga, który nie tak dawno odszedł… Tekst do singla „Everyday Chances” był pisany w tym najgorętszym okresie wojny na Ukrainie, kiedy miałem autentyczną obawę o to, że konflikt dotrze też do Polski. I totalnie przeraziła mnie ignorancja niektórych ludzi i fakt, że chyba nie do końca zdają sobie sprawę, że to wszystko dzieje się tak blisko. Poza tym pojechałem tam, zagrałem koncerty i wtedy naniosłem ostatnie poprawki. Piosenka na pozór może wydawać się wesoła, ale tak naprawdę niesie za sobą nawołanie do refleksji nad życiem, wolnością i ludzkim cierpieniem.

Jest na tej płycie coś, co zaskoczy potencjalnego słuchacza? Nie ważne czy takiego, który już miał okazję posłuchać Twoich wcześniejszych nagrań, czy też zupełnie nowego odbiorcy.
Myślę, że jest na to duża szansa. Piosenki są dość różne, ale tworzą jakąś wspólną całość. To pewnie też kwestia kolejności. Jak tworzyliśmy utwory, to chłopaki często zwracali uwagę na to, że każdy utwór jest totalnie inny. Jednak brzmienie i odpowiednia kolejność piosenek na płycie sprawia, że odpowiednio się to wymieszało i jest wspólny mianownik tego albumu. Jest też dość zaskakująca niespodzianka dla cierpliwych…

Nowy materiał trwa równą godzinę. Wiem, że planujesz razem z wydawcą wersję na CD i na płycie winylowej. Obie wersje będą zawierały te same utwory, czy też album na wosku zostanie okrojony?
Na jeden winyl niestety nie zmieści się całość, więc zostanie okrojony tylko z „niespodzianki”. Poza tym tak to przemyślałem, żeby nie trzeba było wyrzucać żadnego utworu, jak to niestety miało miejsce przy winylu „Yearn”. Koneserzy czarnych placków nie mają się jednak czym martwić, bo do winyli od razu będzie dołączone też CD. Ot, taki pomysł ze strony wydawcy.

Opcja winylowa będzie limitowana? Jeśli tak, to do ilu sztuk?
Sądząc po sprzedaży ostatniego winylu, wystarczy dla wszystkich. (śmiech)

Promocja płyty „The Shore Up In The Sky” będzie obejmowała dalej solowe koncerty, czy też zamierzasz grać z grupą Two Timer?
Mamy już zaplanowane trzy koncerty na listopad – Poznań, Wrocław i Wołów. W styczniu wystąpimy w Rzeszowie i Krakowie. Mój manager „Borówa” pracuje już nad następnymi koncertami, które niedługo pewnie ogłosimy. Mam nadzieję, że będzie tego więcej, bo nie ukrywam, że chciałbym pokoncertować z całą ekpią. Tym bardziej, że możliwe jest, iż do składu dołączy jeszcze Leszek Laskowski na pedal steel, dzięki czemu po raz pierwszy będziemy mogli zagrać na koncertach utwory z mojej pierwszej płyty „When The Sun’s…” w najbardziej zbliżonej formie. Możliwe, że pojawi się też Ania Brachaczek w chórkach, która jest chętna nas wspomóc na koncertach. Szykuje się zatem spore wyzwanie, ale i dużo dobrej zabawy. Zobaczymy czy się uda, bo o wiele trudniej o koncerty w tak dużym składzie. Liczę jednak, że pogram trochę z bandem.

Pytanie o występy promujące nowy materiał jest dobrym momentem do zmiany tematu – właśnie na koncerty. Nie jest już chyba dla nikogo zaskoczeniem, że powoli śrubujesz dość duży rekord występów na żywo. Do niemieckiej grupy Kurorchester Bad Kissingen, która w przeciągu roku zagrała 727 razy, jeszcze trochę Ci brakuje, ale kto wie… To w końcu rekordziści Guinnessa. Ile aktualnie masz na liczniku?
Ile oni zagrali? O Boże! To przerażające. Chyba, że grali tylko u siebie w mieście (śmiech). Zbliża się właśnie koncert numer czterysta z tego co wyliczył „Borówa”. Jakoś tak instynktownie raz w roku sprawdzamy ten temat i akurat rzeczywiście zazwyczaj jest to blisko kolejnej setki. Ale nie można się dziwić. Praktycznie żyję w trasie koncertowej. Niedawno udało się odwiedzić kolejne nowe miejsca, nowe kraje. Jest już teraz w Europie osiemnaście takich, w których zagrałem koncert. To świetne doświadczenie i super przygoda.

Niedawno, jak sam wspomniałeś, miałeś okazję odwiedzić kraje, w których jeszcze nie grałeś. Takie dziewicze muzyczne podróże niosą ze sobą jakąś naukę?
Jak najbardziej. Poznaję nową kulturę, nowych ludzi, poszerzam w pewien sposób swoje horyzonty i mogę mieć swoje opinie na pewne tematy, bo sprawdziłem to na swojej skórze. To chyba najlepsza lekcja życia i przetrwania – życie w trasie.

A powroty do miejsc już wcześniej odwiedzanych? Bywa, że jeszcze potrafią zaskoczyć?
Tak, zdarza się że jest jeszcze fajniej niż poprzednio. Na przykład w Czerniowcach na Ukrainie w marcu na koncercie było około stu osób, a teraz grubo ponad sto i świetne przyjęcie. W Kołomyji po każdym koncercie jest jam session i pan akustyk pamiętał, że gram też na bębnach, więc od razu zaprosił mnie do udziału. Pograliśmy sobie jeszcze fajniej niż ostatnio. Ludzie tam są naprawdę przemili.

Okładka płyty „The Shore Up In The Sky”

Ale powiedzmy sobie szczerze – takie życie w trasie nie jest łatwe. Pamiętam, jak niedawno na Facebooku opisywałeś podróż pociągiem, autobusem i autostopem, a wszystko po to, aby dotrzeć na koncert, na którym nie grałeś przecież dla tysiąca osób. Nie masz czasem ochoty powiedzieć pas, albo przynajmniej nieco zwolnić?
Jest wiele trudnych momentów. Ale zazwyczaj o tym nie mówię. Co najwyżej rozmawiam z najbliższymi. Tylko nawet jeśli przyjdzie zwątpienie, to zaraz zastanawiam się, czy umiem coś innego w życiu robić. Nie wiem i to mnie przeraża i jeszcze bardziej motywuje do pracy. Traktuję to bardzo poważnie i staram się jak najlepiej wywiązywać zarówno z koncertów, jak i nagrań. To czasami wykańcza fizycznie i psychicznie. Taką jednak drogę sobie wybrałem. Wierzę, że kiedyś zaprowadzi mnie ona gdzieś dalej.

Takie sytuacje, jak ta wspomniana przed chwilą – z wieloma przesiadkami i zdążeniem do klubu niemal w ostatniej chwili – to wyraz szacunku dla fana czy sprawdzanie własnych granic? A może coś jeszcze?
Na pierwszym miejscu szacunek dla organizatorów i publiczności. W końcu w takie wydarzenie trzeba włożyć czasem sporo energii i pieniędzy. Ludzie też kupują bilety i mają prawo mieć oczekiwania. Nie jestem profesjonalnym muzykiem, ale profesjonalnie podchodzę do mojej pracy. Dlatego zrobiłem wszystko, żeby tam dotrzeć i mimo zmęczenia zagrać koncert prosto z serca, wkładając w to całą moją duszę, jak mam to w zwyczaju robić.

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

3 comments on “Wywiad: Peter J. Birch – „Żyję w trasie koncertowej”

  1. Wiktor
    2015-10-01

    singiel słyszałem już kilka dni temu na fb Petera. świetnie zażarło. cieszę się, że kilka koncertów będzie z zespołem, bo to jednak nieco inne brzmienie i klimat. oby tylko dotarł z tym projektem na Śląsk najlepiej do Chorzowa. :)

  2. A Wrocław? To już nie Śląsk?

  3. Teksańska Laska
    2015-10-11

    ej Piter wariacka okładka! płyta też będzie taka wykręcona? czekam na nią, a po tym co tutaj powiedziałeś to już wiem, że mi się spodoba. :) mam nadzieję do zobaczenia na koncercie w Rzeszowie. pozdrowionka!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2015-10-01 by in Wywiad and tagged , , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: