AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Gold Song #280: „Eazy Er Said Than Dunn”

Dużo mówi się ostatnio o „Straight Outta Compton”. A ilu słuchaczy rapu pamięta, że urodziny obchodziłby dzisiaj jeden z bohaterów tego filmu, Eazy-E?

Plakat promujący film „Straight Outta Compton” (foto: materiały prasowe)

Do kina chadzam bardzo rzadko. Jeśli już kieruję swoje kroki w stronę budynku z dużym ekranem i projektorem powód jest zazwyczaj jeden: film nawiązujący do muzyki. Tak było kilka dni temu, kiedy postanowiłem obejrzeć „Straight Outta Compton” – film, o którym wiele się mówi i pisze. Czytałem wcześniej kilka recenzji. Jedne stworzone zostały przez osoby wychowane na muzyce N.W.A., co oczywiście przekładało się na bardzo pozytywny wydźwięk tekstów. Inne były autorstwa zupełnych laików, którzy nie mają zielonego pojęcia o muzyce, jaką tworzyli ludzie, których historia została przedstawiona na ekranie. Byli również tacy, którzy zwracali uwagę na samą fabułę, abstrahowali od muzyki i biograficznego rysu lub skupiali się na aspektach czysto filmowych (kadry, ujęcia, gra aktorska, sceneria itp.). Pewnie każdy z nich miał trochę racji, pisząc o „Straight Outta Compton” szczerze, prezentując przy tym własne odczucia po obejrzeniu filmu. Ja (w osobnym tekście) recenzować go nie mam zamiaru. Fanem N.W.A. nie byłem. Na poważnie muzyki zacząłem słuchać w innym okresie, kiedy tak zwany gangsta rap nie był już na topie. Szanuję oczywiście wkład, jaki Ice Cube, Dre i Eazy-E mieli w rozwój gatunku, zdaję sobie także sprawę, że na przełomie lat 80. i 90. ich utwory przemawiały do amerykańskiej młodzieży, a raperzy byli swego rodzaju głosem czarnoskórej części społeczeństwa upominającej się o swoje prawa (to nie będzie rasistowska uwaga, ale czy czarnoskórzy mieszkańcy Stanów Zjednoczonych kiedykolwiek nie upominali się o swoje prawa?). Ich „Fuck the Police” było także ważne dla nadwiślańskich małolatów, którzy dorastając i kilka lat później zaczynając pisanie własnych „szesnastek”, przenieśli wspomniane hasło na polski grunt, tworząc znane z murów każdego osiedla slogany „HWDP” i „JP100%”. Panowie nagrali kilka ponadczasowych przebojów, które jak mantrę powtarzają kolejne pokolenia słuchaczy, zdobyli uznanie i sławę, ale później nie potrafili znaleźć nici porozumienia. Poróżnieni i obrażeni – z jednej strony na samych siebie, z drugiej na cały świat – poszli własnymi drogami. A film? Coś tam o tym wspomina. „Coś tam” – to dobre określenie na wszystko to, co zobaczymy w „Straight Outta Compton”. Autorzy filmu zadbali bowiem o poprawność polityczną i wybielenie kilku wydarzeń z życia młodych i narwanych raperów. Oglądając kolejne sceny człowiek ma wrażenie, że twórcy próbują przedstawić nie film biograficzny, ale obrazek nakręcony jedynie na podstawie pewnej historii, od której raz po raz zdarzają się odstępstwa. Mniej więcej w połowie seansu pomyślałem, czy aby na pewno ci chłopcy ochotę zostać ikonami gangsterskiego rapu? Ich zachowanie świadczy momentami, że bliżej było im do skautingu i zdobywania sprawności niż nagrywania muzycznych protest songów. Oglądnijcie i przekonajcie się zresztą sami. Fanom kultury hip-hop polecam. Weźcie jednak pod uwagę fakt, że powiedzenie „Crazy Motherfucker” nie będzie pasowało do wszystkich bohaterów tej opowieści.

Eazy-E (foto: facebook.com/EazyEMusic)

O filmie „Straight Outta Compton” informowały media, dla których rap zaistniał wcześniej przy okazji „Jesteś Bogiem” w reżyserii Leszka Dawida. Nie będzie zatem żadnym zaskoczeniem, że osoby, które na łamach wszelakich portali poświęciły mu czas, dzisiaj nie wspomną o rocznicy urodzin jednego z filarów zespołu N.W.A. Eazy-E, jak podpisywał swoje utwory Eric Wright, przyszedł na świat 7 września 1963 roku w kalifornijskim Compton. Przez swój wkład w rozwój tworzonej muzyki został nazwany nawet Ojcem Chrzestnym Gangsta Rapu. W młodości sympatyzował z jednym z dwóch gangów z Los Angeles (Crips) i nie stronił od łamania prawa. Niewiele pomylimy się mówiąc o typowym życiorysie Afroamerykanina wywodzącego się z dzielnicy zamieszkałej przez margines: bieda, brak sukcesów na kolejnych szczeblach edukacji (co finalnie skończyło się relegowaniem ze szkoły) i narkotyki, którymi handel był jedynym dochodowym zajęciem Eazy’ego. Na sprzedaży prochów dorobił się ponoć tyle, że rapem mógł zająć się dla kaprysu.

Eazy-E nie był mistrzem w swoim fachu. Jego charakterystyczny styl przesłaniały braki techniczne, które z perspektywy czasu uznać należy za największą bolączkę Amerykanina. Pomimo tego, jego zaangażowanie, poruszane w tekstach tematy i charyzma sprawiły, że stał się jedną z ikon końca lat 80. Razem z zespołem N.W.A. nagrał trzy płyty (w dyskografię wliczam opublikowany w 1987 roku materiał „N.W.A. and the Posse”) i jedną epkę. W samych Stanach Zjednoczonych płyty te sprzedały się w liczbie prawie sześciu milionów egzemplarzy. Równie dobrze prezentuje się solowy dorobek rapera: jeden album studyjny wydany za życia (podwójna platyna w USA), jedna płyta pośmiertna oraz dwie epki (w tym krążek „It’s On (Dr. Dre) 187um Killa”, którego sprzedaż na poziomie ponad stu tysięcy kopii w pierwszym tygodniu od premiery pozwoliła zająć piąte miejsce w zestawieniu Billboard 200). Patrząc na to, jak Eazy-E lubił pieniądze (pokażcie mi amerykańskiego rapera, który za nimi nie przepada) oraz na rozwój uprawianego przez niego gatunku, za pewnik brać należy fakt, że urodzony na Zachodnim Wybrzeżu artysta nagrałby jeszcze kilka płyt. Przeszkodziła mu w tym jednak przedwczesna śmierć (AIDS w tamtych czasach nie wybierało, szczególnie przy takim trybie życia). Marzec 1995 roku był ostatnią prostą dla rapera, który przetarł szlaki dla późniejszych gwiazd gangsta rapu, takich jak Ice-T, Geto Boys, Cypress Hill, Snoop Dogg, Rakim, Mobb Deep, The L.O.X., a nawet Public Enemy.

Jest kilka utworów z repertuaru N.W.A., które mógłbym dzisiaj przypomnieć, ale skoro mamy do czynienia z rocznicą urodzin Eazy’ego, niech i muzyczny temat cyklu Gold Song dotyczy jego osoby. Równocześnie z działalnością zespołu, raper pracował na własne nazwisko. W 1988 roku, miesiąc po premierze kultowego studyjnego debiutu grupy („Straight Outta Compton”), do sklepów trafiła solowa płyta rapera – „Eazy-Duz-It”. Na materiał złożyło się dwanaście utworów, nad którymi Eazy pracował wspólnie z kompanami z N.W.A. (Dr. Dre i DJ Yella odpowiadają za produkcję krążka, na majku pojawia się natomiast MC Ren, który razem z Ice Cubem napisał dla kolegi sporą część tekstów). Jednym z trzech utworów współautorstwa Erica Wrighta jest „Eazy Er Said Than Dunn”. Pierwszy medialny singiel sygnowany ksywką kalifornijskiego rapera, rozpoczynający jego oficjalną solową karierę, w warstwie muzycznej nawiązuje do stylistyki funk, ale w wyrazie cały czas pozostaje w temacie przybliżania obrazków z ulic Campton, na których rządzą „złe czarnuchy prowadzące brudne interesy”. Ot, typowy Eazy i jego ekipa. (MAK)

Reklamy

About Mateusz "Axun" Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2015-09-07 by in Posłuchaj and tagged , , , , , , , , .

Jestem na Zblogowani.pl!

zBLOGowani.pl
%d blogerów lubi to: