AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Recenzja: Lilly Hates Roses „Mokotów”

Duet Lilly Hates Roses staje na wysokości zadania i z gracją unika syndromu drugiej płyty.

Po wydanym dwa lata temu debiutanckim albumie „Something To Happen” (ciekawym, ale w moim odczuciu nieco mdłym), duet Lilly Hates Roses przypomina o sobie zestawem piosenek zebranych pod wspólnym tytułem „Mokotów”. Co najistotniejsze, zaprezentowane utwory cechuje tym razem nieco większy brzmieniowy pazur.

Lilly Hates Roses (foto: materiały prasowe)

Jeśli „Mokotów” to koncept album, który w pełni poczuć można tylko po poznaniu klimatu warszawskiej dzielnicy, to zapewne wiele rzeczy mi umknęło. Jestem jednak pewien, że nawet bez tej tajemnej wiedzy słuchacze będą w stanie pojąć fakt, że płyta Lilly Hates Roses jest po prostu bardzo dobrym muzycznym materiałem. Nie ma się jednak czemu dziwić. Duet postawił na sprawdzoną markę, jaką bez wątpienia jest Bogdan Kondracki. Od początku słychać zresztą, że producent ten maczał palce przy tworzeniu albumu. Uważny odbiorca wyłapie tę charakterystyczną muzyczną przestrzeń, znaną chociażby z płyt Ani Dąbrowskiej czy Konrada Kucza i Gaby Kulki. Pojawia się ona także na „Mokotowie”. Kondracki pomógł również duetowi przebić się przez nieco monotonną stylistykę, jaką charakteryzował się debiutancki album. Tegoroczna płyta zyskała nieco muzycznych barw, a do alternatywno-folkowej bazy dodano nieco popowych i rockowych inspiracji: z jednej strony radiowych, ba, nawet naznaczonych lekko komercyjnym szlifem („Predictible”, singlowy „Mokotów”), z drugiej wciąż przekładających jakość nad łatwością przyswojenia („No Regrets”, „Kosy i bzy”, „Sound of Bells”).

Zwykle psioczę na trawiącą polskie zespoły gangrenę, jaką jest upodobanie do anglojęzycznych tekstów. Tutaj jednak muszę przyznać, że ma to sens. I nie chodzi nawet o to, że o Lilly Hates Roses pisali w przeszłości dziennikarze „NME”, co zauważyłem z pietyzmem zaznaczają autorzy niemal wszystkich recenzji „Mokotowa”, jakie miałem okazję przejrzeć (na marginesie: ciekawe czy o fakcie tym dowiedzieli się z rozsyłanej notki prasowej czy też regularnie śledzą oni brytyjski portal i pismo?). Twórcy „Mokotowa” nie mają w sobie tej bezczelności cechującej polskich wykonawców, którzy serwują nam przeciętne płyty, ślepo wierząc przy tym w to, że język Williama Wordswortha pozwoli im zaistnieć w świadomości słuchaczy innych niż rodzimi. Katarzyna Golomska i Kamil Durski w zamian oferują produkt muzyczny, który bez żadnego problemu przejdzie przez testy jakości tak zwanego zachodniego rynku. W kwestii brzmienia, pomysłowości, budowy i kompozycji piosenki zawarte na płycie bez żadnych obaw mogą być zestawiane w jednym rzędzie z propozycjami takich wykonawców, jak chociażby Lissie, Ellie Goulding czy Frank Turner.

Nie rozumiem tylko adnotacji na okładce obwieszczającej gościnny udział Dawida Podsiadły (laureat telewizyjnego talent show pojawia się w utworze „Lifeboat”). Przy poziomie materiału poznańsko-toruńskiego duetu blednie bowiem nawet blask czterokrotnej platyny za krążek „Comfort and Happiness”. (MAK)

Lilly Hates Roses „Mokotów”
(2015; Sony Music)

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

3 comments on “Recenzja: Lilly Hates Roses „Mokotów”

  1. bartlomiejnba
    2015-07-11

    Płyta jest genialna!!!
    I z całym szacunkiem panie Mateuszu, płyta Dawida Podsiadło nie blaknie przy tej LHR…popłynął Pan za bardzo.

  2. Solowa płyta Dawida jest bardzo dobra (zresztą oceniłem ją na blogu również na 5/6). Problem tylko, że – przynajmniej dla mnie – po tych kilkudziesięciu razach w moim odtwarzaczu stała się strasznie „jednowymiarowa” (być może za dużo jej słuchałem?) i gdybym miał wystawiać ocenę dzisiaj, pewnie byłaby to czwórka, może czwórka z plusem. Natomiast takie płyty jak „Mokotów” zostają ze mną na dłużej. Dziękuję za komentarz, lubię jak czytelnicy wyrażają swoje zdanie (nawet odmienne). O to w tym przecież chodzi. :)

  3. Pingback: Trzy szybkie #20 | Blog Mateusza Osiaka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2015-07-09 by in Recenzja and tagged , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: