Krótka piłka #215: Nadrabiam (zagraniczne) zaległości

Dwa tygodnie temu nadrabiałem zaległości dotyczące polskich premier płytowych. W 215. odcinku cyklu Krótka piłka sięgam po zagraniczne krążki, jakie – z jednym wyjątkiem – ukazały się w 2013 roku.

Robbie Williams „Swings Both Ways”
(2013; Universal)
Nie zdradzam żadnych sensacji: „Swings Both Ways” był najbardziej wyczekiwanym przeze mnie zagranicznym albumem końca tego roku (pisałem o tym zresztą na łamach Facebooka). Robbiego Williamsa lubię, szczególnie w tej spokojniejszej, balladowo-swingowej odsłonie. Druga tego typu płyta w dorobku członka Take That to materiał do słuchania samemu, z drugą połówką (nie żadnym 0,7), w towarzystwie przyjaciół (przed którymi nie wstyd będzie nam fałszować) i rodziny. Do samochodu, zatłoczonego autobusu, do nucenia przy goleniu i śpiewania podczas gotowania. Zestaw trzynastu piosenek (szesnastu w przypadku wersji deluxe), z których część stanowią swingowo-jazzowe standardy (np. „Dream a Little Dream”, „Minnie the Moocher”, „I Wan’na Be Like You”), przerobione na taką nutę piosenki country („Little Green Apples”, „Sixteen Tons”) oraz premierowe nagrania – na czele ze zbierającym masę pochlebnych opinii singlem „Go Gentle”. Dobrze zaśpiewane, przystępnie wyprodukowane i wsparte przez ciekawych gości (Olly Murs, Rufus Wainwright, powracająca do muzycznej aktywności Lily Allen, Michael Buble i Kelly Clarkson). Doskonała odmiana po przeciętnym, ubiegłorocznym „Take the Crown”.

Corey Harris „Fulton Blues”
(2013; Njumba Records/CD Baby)
Najbardziej bluesowa płyta w dorobku Harrisa. Urodzony w Colorado muzyk od początku słynął z mieszania na swoich albumach bluesa z innymi gatunkami – od afrykańskich dźwięków zawartych na „From Mississippi to Mali” przez wpływy reggae na „Zion Crossroads” czy „Daily Bread”. „Fulton Blues” to materiał w stu procentach przesiąknięty akustycznym bluesem. Większość kompozycji zawartych na płycie to rzeczy nowe – wyjątek stanowią „Catfish Blues” czy „Lynch Blues”, które znajdziemy na wcześniejszych albumach artysty („Between Midnight and Day”, „Greens From the Garden”). Głos Harrisa nigdy nie brzmiał tak przekonująco, jak dzisiaj. Stylistyka zmęczonego życiem, ale i doświadczonego przez los narratora ludzkiej codzienności służy Corey’owi. Podobnie jak na wcześniejszych krążkach, tak i teraz, bluesman adresuje swoją twórczość do afroamerykańskiej społeczności zamieszkującej Stany Zjednoczone, m.in. poświęcając piosenkę pierwszej niebiałej kobiecie-prezes banku („Maggie Walker Blues”) i wspominając historię morderstwa czarnoskórego nastolatka Emmetta Tilla, jakie miało miejsce w połowie lat 50. w Chicago („Tallahatchie”). Do tego wyróżniająca się na tle reszty, elektroniczna wersja znanej już z repertuaru Harrisa piosenki „Catfish Blues” oraz ocierający się o tradycyjny jazz, kończący album numer „Fat Duck’s Groove”.

Agnetha Fältskog „A”
(2013; Universal)
Jako fan grupy ABBA nie mogłem przejść obok tej premiery obojętnie. Niestety, określenie „nudne jak zawsze”, jakie znalazło się w jednej z anglojęzycznych recenzji tego krążka, okazało się prawdziwe. Agnetha solowo, to nie to samo co ABBA. Prawda to brutalna i bolesna, jednak im prędzej przyjmiemy ją do wiadomości, tym lepiej dla nas. Sięgające do klimatów disco z lat 70. i 80. kompozycje „Dance Your Pain Away” i „Bubble” w dziwny i niepotrzebny sposób przetwarzają dobry przecież wokal Fältskog (przykładem ballada „I Was a Flower” – zdecydowanie najlepszy moment na całej płycie). „Past Forever” i „Back on Your Radio”, jak nic innego w tym roku, sprawiają, że mam ochotę wcisnąć przycisk stop i nie są tym samym najlepszą wizytówką krążka i samej wokalistki. Na dokładkę dość przeciętny, ale mający największy radiowy potencjał, duet z idolem Brytyjczyków, Gary Barlowem („I Should’ve Followed You Home”). Nie pomógł nawet szwedzki super-producent, nominowany w tym roku do Grammy, Jörgen Elofsson, odpowiedzialny za brzmienie całej płyty. Fani ABBY czekali prawie dekadę na kolejny materiał sygnowany imieniem blondwłosej wokalistki skandynawskiej supergrupy. W żadnym wypadku nie można powiedzieć, że ich cierpliwość została nagrodzona.

Eminem „The Marshall Mathers LP 2”
(2013; Aftermath/Shady/Interscope)
Eminem wraca do swojego przeboju płytowego sprzed trzynastu lat. Kontynuacja tamtego albumu w zamierzeniu miała udowodnić, że Slim Shady potrafi wejść na ten bardziej „chory” poziom nawijania nawet po odstawieniu różnego rodzaju wspomagaczy. I chociaż na „MMLP2” nie znajdziemy hitu na miarę „Stan”, to tegoroczna płyta przekonuje do siebie równym poziomem wszystkich umieszczonych na niej numerów. „So Much Better”, singiel „Berzerk”, „Love Game” i „Bad Guy” bez problemu rywalizować mogą o miano najlepszych rapowych numerów kończącego się właśnie roku, a kolejny duet nagrany z Rihanną („Monster”) pokazuje, że między dwojgiem wykonawców zrodziła się bardzo silna twórcza chemia (ktoś inny nazwie to zapewne „rządzą pieniądza”). Swoją drogą, jeśli Emimem i Barbadoska będą spotykać się w studio z taką intensywnością, za kilka lat pewna wytwórnia płytowa będzie mogła pozwolić sobie na wydanie osobnej płyty złożonej z ich wspólnych piosenek. Wracając do Eminema, jego nowy krążek z pewnością zagości na długo w głośnikach tych słuchaczy, którzy z muzyką członka D12 zetknęli się pierwszy raz na przestrzeni ostatnich kilku lat. Ci, którzy pamiętają wydany w 2000 roku „The Marshall Mathers LP”, posłuchają, docenią, ale i tak wciąż wyżej oceniać będą wcześniejszy album.

Miley Cyrus „Bangerz”
(2013; RCA)
Miley Cyrus nie jest już typem słodkiej, młodszej siostry kolegi ze szkoły (pedobear mode off). Dzisiaj, ta 21-letnia już młoda kobieta, wychodzi z założenia, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne idą gdzie chcą. Wokalistka dorosła, a razem z nią jej fani, którzy nie szukają już uśmiechniętej dzieciny w warkoczykach, ale prowokacyjnej i hedonistycznie nastawionej do życia Lolity. Cyrus spełnia ich oczekiwania w stu procentach, nagrywając przy tym swoją najlepszą płytę. „Bangerz” to dobry, nowoczesny pop: ostrzejszy niż „Prism” Katy Perry i nie celujący aż tak w artyzm niczym „Artpop” Lady Gagi. Co ciekawe, Miley zamiast zacząć płytę od mocnego wejścia, decyduje się na rzecz dzisiaj spotykaną rzadko, czyli piosenkę spokojną, wręcz balladową („Adore You”). Późnej, ten wolniejszy ton powraca jeszcze chociażby w „My Darlin'” z gościnnym udziałem Future’a. Trzeba przyznać, że ta część płyty jest słabsza – Cyrus wybitną wokalistką nie jest i braki uwidocznione zostają właśnie w spokojniejszych i wolniejszych kawałkach. Reszta materiału, to już rzecz zgoła odmienna: zabawa, blichtr i blask ubrany w klubowe i elektroniczne klimaty („FU”, „SMS”, „#GETITRIGHT”) z domieszką hip-hopowego brzmienia („Do My Thang” czy „Love Money Party” z Big Seanem na featuringu). Całość mocnym akcentem kończy utrzymany w stylistyce trap utwór „Someone Else”. Z Miley, mam nadzieję, będzie tak, jak z Marią Peszek w ubiegłym roku. Na początku większość z nas kpiła z jej leżenia na hamaku, by po sprawdzeniu płyty docenić ją za muzykę. Jak dla mnie, najlepsza popowa płyta tego roku, a stawianie jej na równi z ostatnimi dokonaniami One Direction i Justina Biebera jest nie na miejscu. Ci pierwsi dalej tkwią z muzycznej szkole podstawowej, a autor „All Around the World” dorastanie kończy na chęciach i meszkowatym zaroście pod nosem.

Paul McCartney „New”
(2013; Virgin EMI Records)
Nowy Paul McCartney wiele dobrego nie daje. Złożona z dwunastu nagrań płyta ex-Beatlesa wcale nie porywa, a na tle wcześniejszych solowych wydawnictw wypada wręcz blado. Błędem okazuje się dobór wielu (zbyt wielu!) producentów, którzy w rezultacie swoich działań składają nie album, a kompilację piosenek, które – ma się wrażenie – pochodzą z kilku różnych płyt. Macca niby zawsze oscylował gdzieś między gatunkami, zawieszał swoją muzykę na folkowo-rockowo-popowej linii, nigdy jednak nie było to tak nieskładne i porozrzucane jak na „New”. McCartney jest już na takim etapie kariery, że pozwolić może sobie na wiele. Jednak nawet taki muzyczny as nie powinien zapominać, że silenie się na idola współczesnych nastolatków nie jest mu do niczego potrzebne. Z drugiej strony, trzeba oddać muzykowi, że pomimo ugruntowanej pozycji i wielu lat w branży, wciąż ma ochotę eksperymentować i bawić się dźwiękiem. Ten brak ograniczeń i otwarta głowa cieszą, ale tylko na krótką metę. Rezultat – przynajmniej w moim przypadku – jest i tak jeden: odłożenie nowego i sięgnięcie po dawnego Paula.

Dean Brown „Unfinished Business”
(2012; BFM)
Na koniec płyta mająca swoją premierę w 2012 roku, jednak poznana przeze mnie dopiero niedawno, stąd jej obecność w tym miejscu (od razu uprzedzam ewentualne pytania: nie, album ten nie będzie brany pod uwagę przy końcoworocznym podsumowaniu). W wywiadzie udzielonym mi na początku listopada, Dean Brown powiedział, że „Unfinished Business” jest zamknięciem pewnego etapu w jego karierze. Gitarzysta miał „zachomikowanych” kilka wcześniej niewykorzystanych lub niezarejestrowanych kompozycji, które postanowił wreszcie pokazać słuchaczom. Taka zapowiedź mogłaby oznaczać, że utwory z różnych okresów działalności znacznie różnią się od siebie, co wpłynie na spójność całego albumu. Nic z tych rzeczy! Być może „Unfinished Business” nie jest tak jednolitym krążkiem jak „Groove Warrior”, jednak nie można odmówić mu dobrego poziomu i stylu. Dean Brown, jak na doświadczonego muzyka i lidera przystało, potrafił znaleźć wspólny mianownik dla gry wszystkich zaproszonych gości (jeśli dobrze liczę, w sumie na płycie udzieliło się trzynaście osób – w tym Polak, Bernard Maseli). Dziewięć instrumentalnych numerów czerpiących podstawy z jazzu, zapędzających się gdzieś w rejony fusion, bluesa, rocka, funky, a nawet soulowego groove’u. Utrzymanie właściwego balansu i sięganie z umiarem do każdego z gatunków w iście mistrzowskim stylu. (MAK)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.