AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Massive Attack – Heligoland

Są zjawiska, które ciężko opisać, zdefiniować. Można próbować, ale nigdy w pełni nie odda się należytego im uroku, mocy, magii… I właśnie takim zjawiskiem jest muzyka grupy Massive Attack.

Ciężko nazywać Massive Attack grupą, bo tak naprawdę w ciągu 20 letniej działalności jedynym stałym członkiem pozostaje Robert Del Naja (znany też jako 3D). Każdy album zespołu to zbiorowisko wspaniałych artystów, czasem tych mniej i bardziej znanych. Del Naja jednak sam nie dałby sobie ze wszystkim rady, ma więc „do pomocy” Granta Marshalla (tak naprawdę drugiego stałego członka zespołu, jednak nigdy nie miał takiej władzy jak 3D). Do swojego muzycznego świata zapraszając innych muzyków sprawiają, że każdy utwór ma inny charakter, który nadają goście, a zarazem nadal czuć w nim ducha zespołu. Nie inaczej jest na najnowszym, pierwszym od 7 lat premierowym materiale grupy. Razem z Robertem i Grantem słychać tu też starych znajomych, choćby Horace’a Andy’ego (wokale na wszystkich wcześniejszych albumach). Nie brak też nowych gwiazd, choćby Hope Sandoval, Tundy Adebimpe (TV on The Radio), Martina Topley-Bird, Guy Garvey (Elbow) czy geniusz Damon Albarn (Blur, Gorillaz).

Czym jest muzyka Massive Attack? Określana mianem bristolskiego triphopu, tak naprawdę łączy ogrom gatunków muzycznych – elektronikę, dub, rock, klasykę, rap, dosłownie wszystko. Gdy już raz spotka się bliżej z tą muzyką, nic już nie jest potem takie same… Otwiera się patrzenie na świat, dostrzega się rzeczy, które wcześniej nie były zauważalne. Bo ta muzyka odmienia człowieka od wewnątrz, wprost zjada jego duszę. Nie mówię, że każdy rozkocha się w tym tak jak ja, ale… Do tego trzeba otwartości umysłu, umiejętności nie poddawania klasyfikacji wszystkiego.

Mogłabym napisać album, który jest najlepszym w dorobku Massive Attack, ale nie umiem wskazać takiego, gdyż wszystkie są doskonałe. Taka muzyka nie może po prostu być zła. Na najnowszym krążku czuć klimat wczesnych albumów, Blue lines” i „Protection”, lekkość, swobodę z grania i ciepłe, analogowe brzmienie. Wcześniejszy album, „100th window”, był genialny, jednak brakowało mu lekkości, był zbyt mroczny, przygnębiający i momentami ciężki jak dla mnie. Na „Heligoland” nie odnajduję ani jednej zbędnej nuty, zasłuchuję się bez przerwy i wciąż zadziwiam nad geniuszem Brytyjczyków. Ten album, z każdą piosenką coraz bardziej odrywa od rzeczywistości i zabiera w świat onirycznych klimatów. Czego serdecznie życzę i Wam.

P.S. Coś mi mówi, że przyjadą do Polski. Open’er Festival?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2010-02-10 by in News and tagged , , , .
%d blogerów lubi to: