AxunArts

o muzyce od 2005 roku

100 najważniejszych płyt 2009 roku

Ubiegłoroczna lista 100 Najważniejszych Płyt okazała się niemałym sukcesem. Linki do niej znalazły się na wielu mniejszych i większych forach. I co najważniejsze, ja wcale ich tam nie dawałem. W tym roku zachęcony powodzeniem podsumowania roku 2008, postanowiłem iść za ciosem i ponownie przygotować dla Was listę 100 Najważniejszych Płyt Roku.

Na wstępnie chciałbym zaznaczyć, iż kolejność na liście jest przypadkowa. Nie ma tu płyt ważniejszych i mniej ważnych. Każda z nich z jakiś względów liczyła się w środowisku muzycznym. A czy było to związane z niespotykaną kolaboracją artystów, wysoka liczbą sprzedanych egzemplarzy czy po prostu – wysokim lub niskim poziomem – tego dowiecie się już za chwilę (poziom artystyczny danego materiału to często odczucie subiektywne, dlatego proszę od razu nie przekreślać całego zestawienia).

Część płyt jest Wam zapewne dobrze znana. Piosenki, jakie się na nich znajdują, słyszeliście pewnie nie raz w rozgłośniach radiowych, a klipy do nich zrealizowane śmigały w telewizyjnych stacjach muzycznych. Na poniższej liście znajdziecie też krążki artystów i zespołów mniej znanych lub zupełnie dla Was nowych. Nie przejmujcie się jednak! Po prostu sprawdźcie ich dokonania. Zapraszam do lektury!



* * * * *



01.

X-Clan „Mainstream Outlawz”
Początek tego roku okazał się dla fanów X-Clanu (w tym i dla mnie) bardzo szczęśliwy. Raperzy powrócili bowiem z bardzo dobrym albumem, co wcale nie było tak oczywiste. Przeważnie jest tak, że reaktywacje nie są “strzałami w dziesiątkę”, a muzycy działający jakiś czas solo, nie potrafią znaleźć wspólnego języka z kolegami. Na szczęście X-ziomki w dobie, w której coraz popularniejsze jest hasło zapoczątkowane przez Nasa (“Hip Hop is Dead”), pokazują jak należy robić dobry, bujający rap. Brother J twierdzi, iż nadszedł czas podziemia – zgadzam się z nim w stu procentach. Recencja.

* * * * *

02.

Spięty „Antyszanty”
Szantowo-knajpiany klimat, żartobliwe teksty przesiąknięte morzem, alkoholem i przaśną erotyką, a wszystko w rytm muzyki łączącej folk z elektroniką – tak o solowym krążku wokalisty Lao Che pisze wydawca i w zasadzie jest to najkrótsza charakterystyka, która zawiera w sobie wszystko to, co chciałbym o tej płycie napisać.


* * * * *

03.

Drivealone „Thirty Heart Attacks A Day”
Solowy projekt Piotra Maciejewskiego, gitarzysty zespołu Muchy, jeszcze przed premierą był jednym z murowanych faworytów do tytułu płyty roku 2009. Jak się okazało, przewidywania były bardzo trafne, ponieważ „Thirty Heart Attacks A Day” to wyśmienita mieszanka rockowych i avant-popowych klimatów. Album ten pokazuje, że Polacy także potrafią tworzyć muzykę na poziomie światowym.

* * * * *

04.

Eligh & Jo Wilkinson On Sacred Ground: Mother and Son
„On Sacred Ground: Mother and Son” to album niezwykły – tak najprościej można opisać muzykę, która została na nim zawarta. Dwanaście, pełnych miłości, uczuciowości, siły, pasji, nadziei i spokoju kompozycji, które łączą w sobie nutę folkowych brzmień z hip-hopową produkcją, to mieszanka warta uwagi każdego, kto lubuje się w czymś więcej, a niżeli popowe wypociny Dody, Britney Spears czy zespołu Video. Zresztą posłuchajcie sami chociażby takich utworów jak „The Prayer”, „Starchild” i „Ocean Of Love”, a przekonacie się sami, że mam rację. Recenzja.

* * * * *

05.

Howling Bells „Radio Wars”
Drugi studyjny album Australijczyków nie zawodzi. „Radio Wars” to dwanaście gitarowych kompozycji, które łączą w sobie nutkę popu, tradycję piosenek z lat 60. zeszłego stulecia, melodyjnego postpunka a’la Blondie i melancholijnego grania typu Editors. Można poskakać, pośpiewać i co najważniejsze – polubić.


* * * * *

06.

Tede „Note2”
Graniecki zaskoczył wszystkich – fanów, wrogów i tych, którym obojętna jest jego twórczość. „Note2”, jak sam rymował w kawałku zapowiadającym krążek, to nie najbardziej oczekiwana płyta roku, to największe zaskoczenie polskiego hip-hopu – i naprawdę trudno temu zaprzeczyć. Ocena końcowa, jaką wystawiam, była zapewne do przewidzenia. Recenzja.


* * * * *

07.

Marcin Nowakowski „Better Days”
“Better Days” pewnie i tak nie zostanie zauważona w Polsce, a szkoda. Wszyscy narzekamy na złą kondycję krajowej muzyki, a jak ktoś jest naprawdę dobry, to go nie słuchamy. Wolimy papkę serwowaną nam przez radio. Recenzja.



* * * * *

08.

The Rifles „The Great Escape”
Krążek „The Great Escape” pierwotnie miał pojawić się jeszcze w ubiegłym roku w październiku. Plany pokrzyżowały się m.in. przez wyciek całego materiału do sieci na długo przed premierą. Jednak jak się okazało, warto było poczekać, aż do końca stycznia. Album londyńczyków jest dopracowany i nie nudzi się z każdym kolejnym odsłuchem. Myślę, że fani brytyjskiej fali indie rocka będą zadowoleni. Recenzja.

* * * * *

09.

Robbie Williams „Reality Killed the Video Star”
Ten album to powrót do popowych brzmień po zupełnie nieudanym eksperymencie muzycznym, jakiego dopuścił się przy okazji tworzenia poprzedniego krążka “Rudebox”. Jeśli muzyce popularnej można nadać miano “nieco ambitniejszej”, to jest to właśnie ten moment. “Reality Killed the Video Star” to album gorzki, na którym Williams jawi się jako wokalista dojrzalszy, doskonale zdający sobie sprawę z błędów, jakie popełnił. Recenzja.

* * * * *

10.

Sofa „DoReMiSoFa”
Drugi album toruńskiej formacji, która udanie zadebiutowała płytą „Many Stylez”. Hip-hop, soul, funky, analogowe syntezatory i przesterowane gitary – tego doszukać możemy się na tej płycie. Co ciekawe, brzmienie formacji doceniła jedna z największych gwiazd amerykańskiej sceny soul – Frank McComb, który pojawił się gościnnie w jednym utworze. Media jak zwykle nie zauważyły materiału, jednak tak to już w naszym kraju jest. Cóż zrobić…

* * * * *

11.

Bruce Springsteen „Working On A Dream”
Muzycznie Springsteen niczego odkrywczego nie zrobił. Jednak razem z producentem albumu Brendanem O’Brienem i zespołem The E Street Band, stworzył krążek, którego słuchanie sprawia samą przyjemność. Zapewne duża w tym zasługa nakierowania tekstów i muzyki na tematykę “mającą podnieść człowieka na duchu”. Oprócz ‘radiowych’ melodii takich jak “This Life” czy “Surprise, surprise”, usłyszymy tutaj troszkę gitarowego rocka (singlowe “My Lucky Day”) i bluesa (“Good Eye”). Do tego wszystkiego mała nutka w klimacie country w “Tomorrow Never Knows”. Recenzja.

* * * * *

12.

Dj Vadim „U Can’t Lurn Imaginashun”
Kolejna dobra płyta w dyskografii rosyjskiego mistrza gramofonu. Niby kolejna, ale wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Wpływ na to miał zapewne fakt, że Vadim przed jej premierą zmagał się problemami zdrowotnymi i o mały włos nie stracił jednego oka. Ważna pozycja na tegorocznych liście 100 Najważniejszych.


* * * * *

13.

Franz Ferdinand „Tonight: Franz Ferdinand”
Muzycy z Franz Ferdinand jak zwykle zadbali o to, by ich płyta była wypełniona potencjalnymi hitami. Obok, mam nadzieję, znanego już słuchaczom na całym świecie singlowego numeru “Ulysses”, na pierwszy plan wybijają się “No You Girls”, “What She Came For”, “Lucid Dreams” i “Send Him Away”. Recenzja.


* * * * *

14.

Wilki „MTV Unplugged”
Trochę awaryjnie, ale są. Płytą „bez prądu” Wilki żegnają się na jakiś czas z publicznością. W ostatnich dniach grudnia ich lider, Robert Gawliński, ogłosił to oficjalnie. Szkoda, bo mimo jakiegoś braku rewelacji na „MTV Unplugged” zespól zaprezentował się dość ciekawie, co mogliśmy odebrać jako dobry prognostyk na przyszłość.


* * * * *

15.

K’Naan „Troubadour”
Im bardziej w głąb płyty, tym lepiej, a “szczytem szczytów” są następujące po sobie dwa utwory: utrzymany w stylu duetu Gnarls Barkley “Bang Bang” z gościnnym udziałem frontmana grupy Marron 5, Adama Levine’a, oraz funkowo-rapowo-rockowa hybryda “If Rap Gets Jealous” z gitarzystą Kirkiem Lee Hammettem z legendarnej formacji Metallica. Recenzja.


* * * * *

16.

U2 „No Line On The Horizon”
Fanem U2 nigdy nie byłem i raczej nie zostanę, a już na pewno nie po nowej płycie. Co wcale oczywiście nie znaczy, że krążek „No Line On The Horizon” nie osiągnie sukcesu komercyjnego. Wręcz przeciwnie. Płyta sprzeda się zapewne w przyzwoitym nakładzie, teledyski i single promujące będą miały wysoką rotację w mediach, a ślepo zapatrzeni w Bono fani, ogłoszą album najlepszą płytą roku 2009. Recenzja.

* * * * *

17.

O.S.T.R. „O.C.B.”
To, że płyta jest osobista słychać do razu. Zresztą świadczą o tym takie kawałki jak „Po drodze do nieba”, „Dom” oraz dedykowany niedawno narodzonemu potomkowi kawałek „Synu”. Ale to nie wszystko. Ostrowski chyba także po raz pierwszy w swojej karierze odwołał się na płycie do zarzutów jakie pojawiają się na temat jego twórczości. Chodzi mianowicie o twierdzenie, iż od jakiegoś czasu “robi wciąż to samo”. W utworze „Zobacz co mówią”, raper nawija: gdzie te barany to twierdzą, że mówię o tym samym / chuje miód macie w uszach jak te w dupie banany, i raz na zawsze ucisza krytyków. Recenzja.

* * * * *

18.

Lily Allen „It’s Not Me, It’s You”
Druga solowa płyta kontrowersyjnej brytyjskiej gwiazdy młodego pokolenia od razu zyskała u mnie wysoką notę. Lily Allen wyrasta powoli na jedną z najlepszych popowych piosenkarek i kto wie, może za 2-3 lata będziemy mogli zestawiać ją w jednym szeregu z takimi tuzami jak Madonna i Britney Spears? Płytą „It’s Not Me, It’s You” Angielka na pewno sobie nie zaszkodziła, oj nie!

* * * * *

19.

Animal Collective „Merriweather Post Pavilion”
Zdaniem wielu to najlepszy album minionego roku. Cóż, trudno się nie zgodzić. Fakty mówią same za siebie: bardzo dobre oceny od recenzentów, przychylność fanów i osób, które zazwyczaj z muzyką Animal Collective nie miały wiele wspólnego. Wszystko to przełożyło się na taką, a nie inną sytuację. Pozostaje pogratulować i życzyć muzykom, aby nie osiadali na laurach.

* * * * *

20.

Hey „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”
Nowa propozycja grupy Hey to po prostu rewelacja. Zespół Nosowskiej postawił na rozwój, który przyniósł nam – słuchaczom – nie lada niespodziankę. To, co znamy z rynków zagranicznych, a więc brzmienia takich grup jak Radiohead, Air czy też moich ostatnich ulubieńców z Franz Ferdinand, teraz dostajemy w wersji polskiej, co nie znaczy gorszej, mającej się czego wstydzić. Recenzja.

* * * * *

21.

Andrzej Piaseczny „Spis rzeczy ulubionych”
„Spis rzeczy ulubionych” to płyta jak na polski pop wyśmienita. Duet Piaseczny-Krajewski stworzył dziesięć wspaniałych utworów, które zapadają w pamięć od razu po pierwszym przesłuchaniu. Już otwierająca album piosenka, zatytułowana „Rysowane Tobie”, sprawia, że słuchaczowi chce się dalej obcować z tą muzyką. Później jest jeszcze lepiej: singiel „Chodź, przytul, przebacz”, figlarne „Wolna Twoja wola”, romantyczne „Gdybym nie zdążył”, … Recenzja.

* * * * *

22.

Depeche Mode „Sounds of the Universe”
Ludzie w Polsce czekali na nową płytę „Depeszów”, później wypatrywali Gahana i koncertu. Na to drugie się niestety nie doczekali, ponieważ lider formacji zachorował i warszawski występ odwołano całkowicie. Szkoda, ale mogło być przecież jeszcze gorzej! Brytyjczycy mogli przecież nagrać również słabą płytę – czego na szczęście nie zrobili.


* * * * *

23.

The Black Eyed Peas „The E.N.D. (Energy Never Dies)”
„The E.N.D. (Energy Never Dies)”, jak wskazuje sam tytuł, to spora dawka muzyki, która powinna nam towarzyszyć na parkiecie, plaży, w domu i przy grillu. Jednak to tylko kropla, nawet nie w morzu, ale wśród piasków pustyni, która wsiąka w nie dosłownie w mgnieniu oka. Tak też szybko zapominamy o tym pozytywnym aspekcie płyty, będącej najgorszą pozycją w dyskografii kalifornijskiego składu. Recenzja.

* * * * *

24.

Antony and The Johnsons „The Crying Light”
„The Crying Light” to jedna z tych płyt, przy ocenie których zarówno branżowi krytycy i odbiorcy są zgodni, wystawiając taką samą ocenę. Oczywiście w przypadku Antony and The Johnsons werdykt może być tylko jeden – kciuk uniesiony do góry. Nie ma się co dziwić, bowiem krążek ten, to jeden z trzech murowanych kandydatów do tytułu Płyty Roku, którego ja jednak nie odważę się nadać.

* * * * *

25.

Pearl Jam „Backspacer”
Nie ma tu żadnych rewolucji, to nadal Pearl Jam, jaki pokochało miliardy ludzi. Aczkolwiek da się wyczuć tutaj wyraźną zabawę, energię, jakby odjąć chłopakom po 20 lat. Wcześniejszy album, “Pearl Jam” z 2006 roku, był oburzeniem chłopaków na rządy Busha (w warstwie lirycznej). Brak nadziei oraz beznadziejność sytuacji kraju była główną inspiracją chłopaków. Teraz wiadomo, nowy prezydent, nowe czasy… Thank you Barack? Recenzja.

* * * * *

26.

Chris Cornell „Scream”
Pamiętacie, które płyty nazwano największym rozczarowaniem 2008 roku? W właśnie zakończonym miano to przejmuje Chris Cornell i jego nowy materiał zatytułowany „Scream”. Wokalista takich grup jak Soundgarden i Audioslave, tym razem postanowił odejść od rockowych klimatów i nawiązał współpracę z producentem Timbalandem. Ich wspólny krążek miał być przykładem przełamywania barier muzycznych, a okazał się … sami wiecie czym.

* * * * *

27.

Xrabit + DMG$ „Hello World”
Rapowe połączenie Anglii i Stanów Zjednoczonych. Xrabit – londyński producent, i DMG$ – ekipa z Teksasu postanowili zrobić coś razem i wyszedł im całkiem przyzwoity album. Oldschool i futurystyczne brzmienia – to łączą w sobie nagrania zawarte na „Hello World”. Jedna z moich ulubionych płyt 2009 roku.


* * * * *

28.

Sławek Jaskułke „Hong Kong”
Niemal każdy, kto porusza temat tej płyty zaznacza, że Jaskułke to bardzo młody muzyk. Ja tam tego nie rozumiem. Bo co, mając 30 lat nie można być docenionym na świecie muzykiem? Talent nie wybiera sobie pory, kiedy się ujawnić. Po prostu następuje boom i już. Teraz padło na jazzmana. Cieszy mnie bardzo, że takie rzeczy pojawiają się i trafiają do ludzi. Jak stwierdził to recenzent miesięcznika „Jazz Forum”: Już od dawna nie pojawił się nikt, kto z taką konsekwencją burzyłby zastałe pianistyczne, konstrukcyjne wzorce i sonorystyczne standardy – i trudno się z tym nie zgodzić.

* * * * *

29.

Afromental „Playing With Pop”
Jaka jest druga płyta Afromentalu? Gorsza od pierwszej, jednak dalej równie energetyczna i mimo paru minusów, zachęcająca do dalszego jej słuchania. Wszystko zaczyna się od utrzymanego w prince’owych klimatach „Brand New Day”, co niestety nie wychodzi na plus. “Księcia” kserować się nie powinno. Później dwa ciekawe momenty pod rząd w postaci „Flowers” i „We Want It”. Recenzja.

* * * * *

30.

Diana Krall „Quiet Nights”
Krall sięga na „Quiet Nights” po jazzowe i soulowe standardy, którym nadaje, nie bójmy się tego powiedzieć, nową jakość. „Walk on By” (pierwotnie w wykonaniu Dionne Warwick), „Where or When” (z musicalu „Babes in Arms”) czy tytułowe „Quiet Nights” (premierowo zarejestrowane przez duet Cannonball Adderley i Sergio Mendes na płycie „Cannonball’s Bossa Nova” z 1962 roku) to czubek góry lodowej, na którą składa się dwanaście wspaniałych kompozycji. Recenzja.

* * * * *

31.

The Whitest Boy Alive „Rules”
Polsko-norwesko-niemiecka grupa powróciła po trzech latach z drugim krążkiem. Następca „Dreams” okazał się niezwykle tanecznym połączeniem indie rocka i popu, którego tak brakowało mi w właśnie zakończonym roku. Jedna z ciekawszych płyt ostatnich dwunastu miesięcy.



* * * * *

32.

Papa Roach „Metamorphosis”
Piąty studyjny album hardrockowców z Kalifornii, którzy mają na swoim koncie już osiem milionów sprzedanych płyt. Niestety, tym razem grupa nie spisała się dobrze. „Metamorphosis” jest słabą podróbką wcześniejszych dokonań Jacoby Shaddixa i jego kolegów. Zawód.



* * * * *

33.

Pet Shop Boys „Yes”
Krytycy podzielili się po premierze tego krążka. Gdy jedni wychwalali go pod muzyczne niebiosa, inni krytykowali i szydzili, że Brytyjczycy nie mają już swoich pomysłów i sięgają nawet po dźwięki skomponowane przez Tchaikovskiego. Ja jednak zaliczam się do tych pierwszych i kiedy ktoś pyta mnie o ten krążek, odpowiadam Yes, yes, yes!.


* * * * *

34.

Grzegorz Turnau „Do zobaczenia”
Nie mogłem odmówić sobie umieszczenia tej płyty wśród najważniejszych tytułów ubiegłego roku. Turnaua szanuję i słucham od dawna. Po prostu lubię jego muzykę i już. A „Do zobaczenia” jest swego rodzaju gratką – znajdują się na niej bowiem starannie wybrane przez artystę utwory w nieznanych wcześniej wersjach koncertowych lub demo, pochodzące między innymi z jego prywatnych zbiorów. Pozycja obowiązkowa dla każdego.

* * * * *

35.

Prodigy „Invaders Must Die”
Jeden mój znajomy dziwił się bardzo, kiedy powiedziałem mu, że „Invaders Must Die” znajdzie się na tej liście. Prodigy nie należą bowiem do moich ulubionych grup. Jednak połączenie dobrego brzmienia rave’u z rozwiązaniami wykorzystującymi do granic możliwości nową technologię, przekonało mnie. Album można nazwać powrotem do starych sprawdzonych brzmień, mariażu oldschoolowego rave’u i noise’u.

* * * * *

36.

Mika Urbaniak „Closer”
Córka Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka chyba nigdy w życiu nie wyjdzie z cienia swoich rodziców, jednak zawsze może spróbować taki ruch wykonać. Czymś takim jest właśnie długo oczekiwany solowy krążek „Closer”. W zasadzie do rewelacji brakuje wiele, jednak bezstronnie przyznać trzeba, że utwory jakie znajdziemy na płycie to całkiem spora dawka przyjemnej muzyki.

* * * * *

37.

Składanka „Poeci”
Ignacy Krasicki już w XVIII wieku pisał: „Młodzież próżna nauki, a rozpusty chciwa / Skora do rozwiązłości, do cnoty leniwa”. Czy sytuacja ta zmieniła się od tamtych czasów? Nie, dlatego też, jeśli ktoś powie mi, że pomysł wydania tej składanki jest bezpodstawny, będę z nim polemizował. Recenzja.



* * * * *

38.

Whitney Houston „I Look To You”
Artystka, która przez lata była inspiracją i wzorem do naśladowania dla młodych, zaczynających karierę wokalistek soul oraz R’n’B, powróciła z płytą miałką, nudną, poziomem odstającą od jej wcześniejszych dokonań. Gdyby album ten nagrała któraś z debiutujących piosenkarek, prawdopodobnie wziąłbym go z przysłowiowym pocałowaniem ręki i uznał jako dobry prognostyk na przyszłość. Recenzja.

* * * * *

39.

Claudio Roditi „Brazilliance x 4”
W moim prywatnym rankingu Brazylijczyk Claudio Roditi to obecnie druga na świecie jazzowa trąbka. Oczywiście wiele osób pozwoli sobie nie zgodzić się z tą opinią, jednak prezentowany tu album, nagrany razem z pianistą Helio Alvesem, perkusistą Duduką da Fonsecą oraz basistą Leonardo Cioglią, wydaje się być potwierdzeniem mojej tezy. Brazylia to kraj oddalony od naszego grajdołka w dość znacznym stopniu. Słuchając płyty „Brazilliance x 4” dystans ten zmniejsza się znacznie.

* * * * *

40.

B Side Players „Radio Afro-Mexica”
Ośmioosobowa ekipa „desperadosów” z Kalifornii, mieszająca takie style muzyczne jak latino, reggae, blues, jazz i soul, nagrała swoją najlepszą płytę w dotychczasowej karierze. Dynamizm, energia, pozytywny przekaz i zabawa – tak najkrócej scharakteryzować można to, co znajdziemy na „Radio Afro-Mexica”. Wpadajcie na profil MySpace ekipy, gdzie mimo faktu, iż album swoją premierę miał kilka miesięcy temu, materiał wciąż dostępny jest do darmowego odsłuchu.

* * * * *

41.

Bert & Matej „Jazz, Kawa, Rap”
Obecność tego materiału na liście TOP 100 może niektórych zdziwić. Płyta nie była w sprzedaży detalicznej w sklepach muzycznych, mało kto o niej słyszał. Jednak „Jazz, Kawa, Rap” to kawał dobrego hip-hopu z polskiego podziemia. Jest klimatycznie, jazzowo, bujająco. I nawet zdarzające się czasami słabe wersy nie przeszkadzają mi aż tak bardzo, kiedy słyszę takie podkłady. Sprawdźcie sami tutaj.

* * * * *

42.

Eminem „Relapse”
Eminem wrócił z ważnym albumem – ważnym dla siebie, bo bardzo szczerym i dojrzałym, ważnym dla fanów, bo po pięcioletniej przerwie, ważnym dla środowiska hip-hopowego, bo to jedna z lepszych płyt w tym roku i ważnym dla niedowiarków, bo wreszcie ktoś utarł im nosa. Jak rapuje w utworze “Beautiful”: Przyjąłem ból, byłem twardy / Upadłem i wróciłem wygrany (I took my bruises, took my lumps / Fell down and I got right back up) – i taka jest właśnie wymowa tej płyty. Recenzja.

* * * * *

43.

The Flaming Lips „Embryonic”
„O ja pierdziele” pomyślałem po pierwszych kilku minutach kontaktu z tą płytą. Przetrwałem jednak do końca, i co ciekawsze, odpaliłem ją jeszcze raz. Ujmę to tak: doceniam to, na jaki poziom wskoczyli panowie z TFL nagrywając „Embryonic”, doceniam to, jak oddani są im fani, doceniam również to, że muzycy sami w sobie są po prostu dobrzy. Jednak nie zdarzy się tak, że piosenki autorstwa Wayne Coyne i jego kompanów zagoszczą w moich głośnikach raz jeszcze.

* * * * *

44.

Maria Taylor „LadyLuck”
“LadyLuck” to płyta rewelacyjna – tak po prostu. Jak lubicie to, co prezentuje na scenie chociażby Suzanne Vega, Stacy Clark lub popularna w ostatnim czasie Lenka, dalsza lektura tej recenzji będzie zbędna. To porównanie powinno wystarczyć Wam za najlepszą rekomendację. Jeśli jednak jest Wam mało, zapraszam oczywiście dalej. Recenzja.


* * * * *

45.

The Sounds „Crossing the Rubicon”
Krążek ten, to jedna z mocniejszych pozycji, jakie miały swoją premierę w 2009 roku. Dwanaście dobrych piosenek bez wypełniaczy – i ten fakt sprawia, że tak naprawdę nie ma się (mówiąc kolokwialnie) czego czepić. Muzycznie jest ciekawie, tekstowo też można swoje uszczypnąć, ponieważ Maja Iversson głupia nie jest i lirycznie potrafi zaskoczyć. Recenzja.


* * * * *

46.

Ortega Cartel „Lavorama”
Luz i życie wolne od zmartwień, to efekty słuchania tego materiału. Jedyny polskojęzyczny rap, który nie męczy słuchu, ot co! A do tego jeszcze z emigracji. Arcy potężne wskazanie ścieżki młodym (i tym mniej młodym) MC na swoją twórczość. Jak powiedział Pjus z 2cztery7 – „chcesz być kimś, to bądź sobą, wierz mi”. Recenzja.


* * * * *

47.

Daniel Merriweather „Love & War”
W zasadzie nie wiem jak traktować album „Love & War” – jako debiut, czy drugi solowy album Daniela. Wprawdzie pierwsza płyta, „The Fifth Season” z 2006 roku, została nagrana, lecz nigdy się nie ukazała. Idąc tym tropem, tegoroczny materiał jest debiutem wokalisty, a luka ta daje mi szansę przyznania mu tytułu Debiutanta Roku. Płyta promowana singlami „Change” i „Red” wdrapała się nawet na 2. miejsce zestawienia najlepiej sprzedających się krążków na terenie Wysp Brytyjskich.

* * * * *

48.

Melody Gardot „My One And Only Thrill”
Moja ulubiona zagraniczna płyta 2009 roku. Nie dość, że piękna, to jeszcze utalentowana muzycznie – mowa oczywiście o Malody Gardot, która swoją drugą solową płytą podbiła serca słuchaczy na całym świecie. Album „My One and Only Thrill” to jedenaście subtelnych utworów, które uzależniają niczym najtwardsze narkotyki. Raz posłuchacie i nie będziecie chcieli przestać.



* * * * *

49.

Oceana „Love Supply”
Oceana rok 2009 może uznać za udany. Ta niemiecka piosenkarka zdobyła sobie serca fanów singlem Cry, cry”, wywalczyła Słowika Publiczności na festiwalu w Sopocie i jakby tego było jeszcze mało, wydała całkiem udany debiutancki album. Recenzja.



* * * * *

50.

John Doe and The Sadies „Country Club”
Jeszcze kilka lat temu uznawałem nagrywanie piosenek utrzymanych w stylu rock-country za wielkie wieśniactwo. Teraz zjawisko w Stanach Zjednoczonych zwane po prostu folkiem jest mi o wiele bliższe. Doskonałym tego przykładem jest umieszczenie na liście Top100 tej płyty, za którą odpowiadają John Doe – kiedyś twórca punkowej grupy X, oraz The Sadies – kanadyjski band znany z faktu towarzyszenia innym wokalistom i udzielaniu się na ich płytach.

* * * * *

51.

Susan Boyle „I Dreamed a Dream”
Od kiedy świat istnieje, ludność lubuje się w historiach typu “od pucybuta do milionera”. Tak samo jest w tym wypadku. Szkotka, która miała wygrać brytyjską edycję programu “Mam Talent”, a zajęła w nim ostatecznie drugie miejsce, zaczyna marsz ku sławie i milionom – tym liczonym w funtach, bowiem fanów to ona milion już zapewne ma. O tym, że “I Dreamed A Dream” przed premierą, na amerykańskiej liście bestsellerów muzycznych w sklepie Amazon.com, była wyżej notowana niż powrotny album Whitney Houston i składanka z hitami Madonny, informowałem już jakiś czas temu.

* * * * *

52.

Wynton Marsalis „He and She”
Urodzony w Nowym Orleanie mistrz trąbki uraczył nas kolejnym ciekawym albumem. Jazz, swing, blues – taka mieszanka sprawia, że słuchając takich utworów, jak „School Boy”, „The Razor Rim” i „Girls!” przenosimy się na chwilę nad brzeg Missisipi, siadamy razem z naszymi czarnoskórymi towarzyszami w okręgu i zaczynamy grać, tak po prostu grać.


* * * * *

53.

Speech Debelle „Speech Therapy”
Speech Debelle pokazuje, że o istotnych rzeczach można rymować bez używania niezliczonej liczby takich słówek jak fuck, bitch czy motherfucker. Brytyjka leczy skomercjalizowanego słuchacza podczas słownej terapii, jaką każdy z nas, chcąc nie chcąc, przechodzi zapoznając się z przedstawianym teraz albumu. Recenzja.


* * * * *

54.

Peaches „I Feel Cream”
Peaches zaserwowała nam w minionym roku bardzo ciekawy album. „I Feel Cream” to materiał pełen żywych brzmień, typowych dla karnawałowego czasu. Nawet te teoretycznie wolniejsze i spokojniejsze utwory przepełnione są dużym ładunkiem energii, który jest odczuwalny (mam tutaj na myśli kawałki „Mud” i „Relax”, które znajdziemy pod koniec płyty).


* * * * *

55.

Tomasz Stańko Quintet „Dark Eyes”
„Dark Eyes” to wspólny projekt zespołu mistrza trąbki, w skład którego weszli pianista Alexi Tuomarila, perkusista Oavi Louhivuori, gitarzysta Jakob Bro i basista Anders Christensen oraz rzecz jasna sam Stańko, który w całej zabawie jest najważniejszy. Stawiając sprawę jasno – album jest murowanym kandydatem do jazzowej płyty roku.


* * * * *

56.

Iggy Pop „Préliminaires”
Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jak brzmieć będzie ikona rocka, Iggy Pop, w wersji jazzowej? Czy w ogóle ktoś z Was brał pod uwagę taki zwrot w karierze tego muzyka? Pewnie nikt o zdrowych zmysłach nawet nie próbował sobie tego wyobrazić. A jednak coś takiego miało miejsce w 2009 roku. Iggy Pop nagrał płytę inspirowaną nowoorleańskim jazzem, m.in. spod znaku Louisa Armstronga. Wyszło fenomenalnie!

* * * * *

57.

Dawid Hallmann „7 bram oblężonego Miasta”
Materiał zatytułowany „7 bram oblężonego Miasta” to siedem eksperymentalnych utworów inspirowanych poezją Zbigniewa Herberta. Dawid Hallmann postanowił stworzyć muzyczne tło do takich wierszy jak „Dwie krople”, „17 IX” czy „Raport z oblężonego miasta”. Wszystkiemu towarzyszy melorecytacja tekstów zmarłego w 1998 roku poety. Płytę w formacie elektronicznym możecie legalnie i zupełnie za darmo pobrać tutaj.

* * * * *

58.

Karimski Club „Herbert”
W 85. rocznicę urodzin Zbigniewa Herberta (29.10) ukazała się płyta będąca hołdem dla poety. Pomysłodawcą projektu i kompozytorem muzyki jest muzyk grupy Voo Voo – Karim Martusewicz. Na albumie interpretacji poezji zmarłego w 1998 roku wieszcza podjęli się m.in. Gaba Kulka, Jan Nowicki, Wojciech Waglewski, Adam Nowak i Muniek Staszczyk. Co ciekawe, pomiędzy współczesnych artystów wplecione zostały archiwalne nagrania głosu samego poety, recytującego swoje utwory.

* * * * *

59.

Passion Pit „Manners”
Utrzymany w elektro-popwej formie debiutancki album amerykańskiej formacji Passion Pit to jeden z tych materiałów, które pretendowały do miana debiutu roku (to pierwszy studyjny album formacji; nie liczę EP-ki z 2008 roku, zapowiadającej ten krążek). Muzyka spodobała się nie tylko pismakom (m.in. 4/5 od „The Guardian”, 7/10 od „NME” i 4/5 od „Rolling Stone”), ale także kolegom po fachu. Przykładowo John Mayer nie mógł nachwalić się kompozycji „Moth’s Wings”, którą określił nawet jedną z najlepszych piosenek, jakie słyszał od dłuższego czasu.

* * * * *

60.

La Coka Nostra „A Brand You Can Trust”
Everlast, DJ Lethal, Danny Boy, Ill Bill i Slaine stworzyli, zgodnie z oczekiwaniem, prawdziwego muzycznego potwora. La Coka Nostra na długo zostanie w pamięci każdego, kto sięgnie po ten album. Już otwierające płytę dwa wersy Everlasta („Bloody Sunday, Black Sabbath / The pope is a pedophile with a drug habit”) zabijają człowieka na wstępie. A później jest jeszcze ostrzej, brutalniej (genialne „Nuclear Medicinemen”!), szczerzej i co najistotniejsze – lepiej. Recenzja.

* * * * *

61.

Biff „Ano”
Jeden z tych debiutów, na których warto „zawiesić ucho”. Biff to wprawdzie formacja utworzona z muzyków mających już na polskiej scenie pozycję uformowaną, ale to ich pierwsza płyta w takim składzie. Zestawienie ludzi związanych z formacjami Pogodno i Mitch&Mitch. Muzyczna mieszanka avant-popu, post-punku, a nawet big bitu, to jeden z lepszych muzycznych projektów minionego roku, jaki doczekał się wydania płyty. Można by rzecz, że wreszcie, bowiem zespół grywa już od ponad roku, obskoczył w tym czasie kilka ważniejszych festiwali i zdążył narobić dużego smaku na coś więcej.

* * * * *

62.

The Raveonettes „In And Out Of Control”
W zasadzie trudno wyliczyć jakieś mocniejsze i słabsze momenty tego materiału. Wiem jednak, że czytelnicy lubią tego typu rzeczy, a osoby sięgające po tego typu recenzje zawsze zwracają uwagę na wyliczenia plusów i minusów, bo to od nich uzależniają ewentualne kupno płyty. Nie powiem Wam co tu jest dobre, a co złe. Po prostu się nie da. Recenzja.



* * * * *

63.

Składanka „Gajcy”
“Gajcy” to płyta, jak już wcześniej wspominałem, wyjątkowa. Wyjątkowa z kilku powodów: przypomina twórczość poety trochę zapomnianego, będącego w ciągłym cieniu innych przedstawicieli apokalipsy spełnionej – Baczyńskiego, Białoszewskiego, Różewicza czy Borowskiego; przywołuje pamięć o wydarzeniu ważnym w historii naszego kraju, jakim był powstańczy zryw mieszkańców stolicy w 1944 roku; i w końcu łączy odległe czasowo pokolenia – wojenne oraz to obecne, XXI-wieczne. Recenzja.

* * * * *

64.

VV Brown „Travelling Like the Light”
Czekałem, czekałem i się wreszcie doczekałem. W 2009 roku miała miejsce premiera pierwszej płyty VV Brown, którą znałem już z serwisu MySpace, zatytułowanej “Travelling Like the Light”. Super rzecz, słucham i nie mogę się nadziwić, że tak się da. Krążek inspirowany jest latami 50. oraz melodiami rodem z legendarnych konsoli typu Gameboy i Nintendo.



* * * * *

65.

Norah Jones „The Fall”
Wprawdzie tym materiałem pani Jones troszkę odchodzi od swojego dotychczasowego wizerunku, jednak dla mnie to nadal ta sama, piękna brunetka z magicznym głosem. I nawet jak ludzie zaczęli ją nazywać Tomem Waitsem w spódnicy, ja wciąż z dużą chęcią sięgam po jej nagrania. Nie ważne, czy na kolejnej płycie Norah powróci do wcześniejszych klimatów, czy też dalej będzie eksperymentowała – cokolwiek zrobi, zrobi to zapewne dobrze.

* * * * *

66.

Renata Przemyk „Odjazd”
Byłem bardzo ciekawy, w jakiej formie jest jedna z najbardziej niedocenionych polskich wokalistek. Renata Przemyk jak zwykle pokazała, że można na niej polegać. Album zatytułowany „Odjazd” to dawka bardzo dobrej muzyki, którą spokojnie mogę nazwać antidotum na to wszystko, co pojawia się na półkach Empików i z miejsca nazywane jest hitem. Tutaj nie ma chwytliwych refrenów, klubowych melodii i gołych pań na okładkach. Jest za to proste brzmienie, melodyjne kompozycje i refleksyjne teksty.

* * * * *

67.

White Lies „To Lose My Life”
Jak napisała Agata Kozłowska, White Lies to coś w stylu Joy Division, Interpolu. Trzech chłopaków z Wielkiej Brytanii, bo gdzie indziej można grać taką muzę jak nie w Anglii. Melodie są, teksty też niezłe, a całościowo chwyta o wiele lepiej niż ostatni Editorsi. A jeszcze pomaga fakt, że to dopiero debiutancki krążek. I nic dodać, nic ująć.


* * * * *

68.

Dizzee Rascal „Tongue N’ Cheek”
Dizzee Rascal z każdą kolejną płytą zaskakuje mnie w bardzo pozytywny sposób. Z krążka na krążek widoczny jest progres w tworzeniu muzyki i składaniu rymów. „Tongue N’ Cheek” powstał w ścisłej współpracy z producentami Tiesto i Calvinem Harrisem. Spowodowało to dość istotną zmianę w stylu, w jakim utrzymany jest cały materiał. Typowy dla brytyjskiej sceny grime porzucony został na rzecz klubowych i popowych brzmień. Jednak w porównaniu do polskiego Monopolu, to dalej rap na dobrym poziomie.

* * * * *

69.

L.U.C. „39/89”
Chyba najtrudniejsza w odbiorze tegoroczna płyta. Tych wszystkich, którzy spodziewali się kontynuacji muzyki z płyty Kanału Audytywnego, krążek „39/89” zapewne zaskoczył. L.U.C. wykorzystując to, że rok 2009 był rokiem rocznic wojennych, a zapotrzebowanie na płyty patriotyczne okazało się duże, nagrał materiał, który będzie dla niejednego Polaka poważną lekcją historii nadwiślańskiego kraju.

* * * * *

70.

TeTris „Dwuznacznie”
Jeden z najzdolniejszych reprezentantów polskiego undergroundu wreszcie zadebiutował na legalnej scenie. I nawet to, że „Dwuznacznie” znane jest wyłącznie osobom obserwującym rapera od lat, nie zmienia faktu, że płyta warta jest umieszczenia na tej liście. Inteligentne teksty, błyskotliwe spostrzeżenia, ciekawe beaty, a na dokładkę ciekawi goście (np. Ostry i W.E.N.A.).

* * * * *

71.

Ten Typ Mes „Zamach na przeciętność”
Jedna z niewielu tegorocznych płyt hip-hopowych (poza krążkami Warszafskiego Deszcz oraz TDF’a), której mogę słuchać w kółko. Ten Typ Mes poszedł krok dalej i nie zrobił typowego rapowego materiału. Dał słuchaczom coś więcej – album ze smaczkami, przemyślanymi i dopracowanymi tekstami oraz bardzo ciekawą warstwą muzyczną. „Zamach na przeciętność” to prawdziwy zamach na przeciętnego Kowalskiego, który woli słuchać rzeczy miałkich, ale lekkich, a nie spróbuje sięgnąć po ambitniejszą i zmuszającą do myślenia muzykę. Brawo!

* * * * *

72.

Rammstein „Liebe Ist Fur Alle Da”
Jedna z najbardziej kontrowersyjnych płyt 2009 roku? Tak? Promowana najbardziej kontrowersyjnym teledyskiem? Pewnie, że tak! Ale nie chodzi o to, że sukces „Liebe Ist Fur Alle Da” tkwi w tym, że niemieccy muzycy potrafili zrobić szum wokół swojego wydawnictwa. Chodzi o to, że Rammstein nagrał album dobry, zasługujący na uwagę wszystkich. I chyba o to chodzi w tej zabawie, nie?

* * * * *

73.

Ania Wyszkoni „Pan i Pani”
Ania Wyszkoni pokazała tą płytą, że ciekawy pop w polskim wykonaniu można jeszcze znaleźć w sklepach muzycznych. Nie jest to, co prawda, ambitna muzyka popularna, jak w przypadku Kasi Kowalskiej czy Ani Dąbrowskiej. “Pan i Pani” nie mogę jednak zaliczyć do grona materiałów mdłych i żenujących, jak np. wspólna płyta Sylwii Grzeszczak i Libera, która także porusza tematykę damsko-męską. Recenzja.

* * * * *

74.

Kucz & Kulka „Sleepwalki”
Gaba Kulka staje się powoli zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej. Jest oryginalna, nieskażona jeszcze całym tym syfem, a na dodatek ma talent, którego pozazdrościć może jej około 75% rodzimych artystów. Wspólna płyta z Konradem Kuczem, zatytułowana „Sleepwalki”, to coś dla fanów muzyki filmowej i klimatów rodem z legendarnej wytwórni Motown. Album, który nie jest przeznaczony dla każdego, gdyż nie wszyscy potrafią docenić taką muzykę.

* * * * *

75.

Maxwell „Blacksummer’s Night”
Kto zaliczył najlepszy powrót roku? Eminem? Whitney Houston? Nie! Ten tytuł należy się Maxwellowi i jego płycie „Blacksummer’s Night”. Po ośmiu latach milczenia, urodzony na Brooklynie czarnoskóry wokalista nagrał album wybitny, który śmiało można uznać za najlepszą pozycję w jego dyskografii. Co więcej, materiał bez żadnego „ale” postawić można w jednym szeregu z najważniejszymi płytami w historii czarnej muzyki.

* * * * *

76.

W.E.N.A. & Rasmentalism „Duże rzeczy”
Najlepsza polska produkcja rodem z podziemia – oczywiście jest to moje zdanie. Klimatycznie – świetnie, tekstowo – dobrze, muzycznie – arcyciekawie. Jak na rodzime warunki, „Duże rzeczy” to trueschool w najlepszej formie. A Ment i jego beaty z soulowymi samplami, to miód na uszy.


* * * * *

77.

Bob Dylan „Together Through Life”
Z Bobem Dylanem jest taka sprawa, że czegokolwiek nie nagra, to i tak staje się przebojem. Tak samo jest też teraz. „Together Through Life” to kolejna pozycja w ogromnej dyskografii muzyka, którą znać po prostu trzeba. I nawet to, że Dylan jest tutaj jakiś łagodniejszy, więcej czasu poświęca w swoich utworach tematyce miłosnej, a nie polityce, to dalej ten sam dobry Dylan – im starszy, tym lepszy.

* * * * *

78.

Dave Matthews Band „Big Whiskey & the GrooGrux King”
Po śmierci jednego z muzyków (LeRoy’a Moore’a) amerykańska grupa wróciła i nagrała płytę magiczną. Zresztą każdy ich album jest magiczny, jednak ten naznaczony jest ostatnimi wydarzeniami z życia zespołu (słowo Grux, jakie pojawia się w tytule płyty, to przydomek zmarłego saksofonisty, a whiskey była jego ulubionym trunkiem). Znać nie tyle wypada, co trzeba.

* * * * *

79.

Raekwon „Only Built 4 Cuban Linx Pt. II”
Jest moc i to bez żadnego „ale”. Czwarty solowy album rapera spod znaku Wu, jest ogólnie tym, czego się spodziewałem – mistrzostwem. I chociaż Raekwon dał z siebie wszystko, a goście nie ustępowali mu kroku, to i i tak beaty są tutaj najlepsze: J Dilla (ile po nim zostało właściwie podkładów?), Erick Sermon i RZA pokazali klasę. I jak napisał u siebie na blogu Dawid Bartkowski: W listach „niehiphopowych” też zamieszą, zobaczycie. No to patrzcie, bo na tej zamieścili.

* * * * *

80.

Tymon and The Transistors „Bigos Hearts”
Ach ten Tymański. Nie można nigdy przewidzieć jego ruchu. Trochę to irytujące, bo kiedy spodziewasz się jednego, on robi coś zupełnie innego, co umieścić można na drugim biegunie w stosunku do twojej myśli. Tak samo jest z nowy projektem Tymona i Tranzystorów. „Bigos Hearts” to płyta w stylu The Beatles, której nie spodziewał się nikt. Warto znać.


* * * * *

81.

Scratch „Loss 4 Wordz”
Odkąd w programie „Mam Talent” przeciętny polski telewidz zobaczył Bladego Krisa, wszyscy nagle zaczęli interesować się beatboxem. Dosłownie wszyscy! Nawet jeden z moich znajomych, który do tej pory nie wiedział o nim nic. To on przekazał mi informację o premierze tej płyty i to dzięki niemu znalazła się ona w tym zestawieniu. „Loss 4 Wordz” to próba wyjścia z cienia pomijanego przez wielu elementu kultury hip-hop na szersze, bardziej komercyjne wody. Wśród gości m.in. Kanye West, Estelle, M.O.P. i Gentleman.

* * * * *

82.

La Roux „La Roux”
Jedni uważają ten krążek za nową jakość w muzyce elctro, inni natomiast twierdzą, że debiut ten, to średnia płyta, która dzięki świetnej promocji zyskała wielki rozgłos, a tym samym znalazła się w centrum uwagi słuchaczy na całym świecie. Prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku, jednak moim zdaniem bliżej jest jej do opinii pierwszej. „La Roux” to jeden z tych płyt, o których śmiało możemy mówić w kategoriach debiutu roku.

* * * * *

83.

Małpa „Kilka numerów o czymś”
Polskie rapowe podziemie ma nowego króla. Swoje pięć minut mieli Jimson, Skarki Smark, Eskaubei i TeTris, a teraz czas przyszedł na Małpę, który jest swego rodzaju fenomenem. Jego album rozszedł się w większej ilości egzemplarzy niż niejeden legalny materiał. Co więcej, potrzebne było kolejne tłoczenie CD, a teraz każdy będzie mógł dodatkowo kupić „Kilka numerów o czymś” na winylu. Wszystko spoko, ale tak naprawdę to o co tyle zamieszania? Ja w Małpie aż takiego potencjału nie widzę.

* * * * *

84.

Jack Penate „Everything is Now”
Zmiana stylistyki , tylko po to, aby osiągnąć sukces komercyjny – dla mnie to największy shit, jaki może się zdarzyć. Posłuchałem jednak płyty „Everytjing is Now” i mimo wielkiej chęci wytknięcia Penate’owi tego faktu, nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem, bo muzyk swoimi kompozycjami odpowiadał na każdy mój zarzut i co gorsza, miał w tym sporo racji. Ta płyta jest świetnie dopracowana, nie ma na niej praktycznie żadnego słabszego momentu. Jeden z tych albumów, o których będzie się mówiło za rok, i za dwa lata, i za trzy lata…

* * * * *

85.

Behemoth „Evangelion”
Behemoth to jeden z tych muzycznych projektów znad Wisły, którego my – Polacy – wstydzić się nie musimy. I nie zmienia faktu nawet to, że część z nas nie lubuje się w granej przez nich muzyce (vide – autor tego blogu) i uważa, że związek lidera formacji z popularną polską piosenkarką pop, Dodą, to przynajmniej z jednej strony tylko chwyt marketingowy (vide ponownie moja osoba). Ale fakty przemawiają za Nergalem i spółką, 55. pozycja na Billboardzie nie zdarza się „ot tak, o”.

* * * * *

86.

Kult „Hurra!”
Kazik Staszewski postarał się o dobrą promocję nowej płyty swojego zespołu, zaczynając w mediach dyskusję o piractwie internetowym. Impulsem było przedpremierowe pojawienie się materiału z albumu „Hurra!” w internecie. Nie wiem, czy Kazik obudził się po długoletnim śnie i nagle uświadomił sobie, że takie akcje to chleb powszedni. W każdym razie wyszło dobrze – Staszewski w mediach zaistniał ponownie, krążek Kultu sprzedał się bardzo dobrze i nawet wyciek płyty do sieci nie miał na to ujemnego wpływu (a jeśli miał jakikolwiek wpływ, to tylko pozytywny, bowiem okazało się, że po oryginał „Hurra!” sięgnąć warto).

* * * * *

87.

Grizzly Bear „Veckatimest”
Przy obcowaniu z trzecią płytą Niedźwiadków z Nowego Jorku mamy nieodparte wrażenie, że taką muzykę już gdzieś słyszeliśmy. Oczywiście, że słyszeliśmy – na wcześniejszych krążkach Grizzly Bear! Wydawać się więc może, że „Veckatimest” to ksero ksera z ksera (bo oryginał już dawno się zagubił), na które nie warto tracić czasu. Nic bardziej mylnego moi drodzy! Na ten album nie tyle trzeba ten czas poświęcić, ale zaplanować go sobie tak, aby nic nam nie przeszkadzało w jak najlepszym odbiorze.

* * * * *

88.

Sting „If On A Winter’s Night”
Sting lubi zimę, wiadomo to nie od dzisiaj. Teraz postanowił zadedykować jej całą płytę. Trochę głupie, ale jednak chwyciło i ludzie płytę docenili. Muzyk legendarnej grupy The Police trochę nudzi, materiał momentami jest asłuchalny. Jedno z większych rozczarowań tego roku, które i tak okazało się komercyjnym sukcesem. Bywa i tak.


* * * * *

89.

Pablopavo & Ludziki „Telehon”
Polski debiut roku. Bezsprzecznie i niepodważalnie. Pablopavo, do tej pory znany szerzej z ekipy Vavamuffin, razem z Ludzikami wydał płytę, obok której przejść obojętnie nie można, wypełnionej historyjkami, postaciami, ludźmi i przesłaniem. Warszawa, muzyka, mieszkańcy stolicy, osoby realne i fantastyczne i taki sam świat – to jest właśnie „Telehon”.



* * * * *

90.

Voo Voo & Haydamaky „Voo Voo & Haydamaky”
Dwa zespoły znaczące coś w swoich krajach połączyły siły i stworzyły album niemal doskonały. Na materiał składają się utwory z pogranicza folku, rocka i ska, jednak to nie gatunki są w tym wszystkim najważniejsze. Istotniejszą sprawą jest sam fakt polsko-ukraińskiej kolaboracji. Polecam, a jeśli będziecie mieli okazję, to koniecznie wybierzcie się także na koncert. Na żywo panowie są jeszcze bardziej energiczni, niż na płycie.

* * * * *

91.

30 Seconds To Mars „This Is War”
Trochę zawód, trochę zaskoczenie. Zawód dlatego, że po „A Beautiful Lie” liczyłem na coś lepszego, a zaskoczenie, bo owego „lepszego” się nie doczekałem. Materiał powstawał podobno podczas trasy koncertowej. Jeśli jest to faktycznie prawdą, to panowie z grupy 30 Seconds To Mars powinni wyciągnąć z tego wnioski i już nigdy nie pracować w przerwach między graniem koncertów. Ewidentnie taka forma pracy nie służy im, a co za tym idzie także słuchaczom.

* * * * *

92.

Slayer „World Painted Blood”
Najważniejsza po Metallice formacja trudniąca się metalowym graniem wróciła z nową płytą, która zmiata wszystko z powierzchni ziemi. Wiadomo, jak zwykle znaleźli się tacy, dla których „World Painted Blood” to jedynie nieudana próba powrotu do najlepszych lat zespołu, jednak nie warto ich słuchać. Lepiej nie tracić na nich czasu i zamiast ich gadania, puścić sobie ten materiał i dać się ponieść muzyce. Dobrej muzyce.

* * * * *

93.

Grimlord „Dolce Vita Sath-an As”
To, co inni uznają za największy mankament tej płyty – jej instrumentalny wydźwięk – dla mnie jest akurat plusem. Nie przepadałem nigdy za “drzącymi ryj” wokalistami, których tak naprawdę jedynym celem jest przebicie się przez głośniejsze gitarowe riffy. Grimlord wybrnął z tego według mnie bardzo przyzwoicie i postanowił oddać więcej pola muzyce. Recenzja.


* * * * *

94.

Ledisi – „Turn Me Loose”
Postaw krzyżyk na Rihannie, Chrisette Michele, Angie Stone (szczególnie za katastrofalną ostatnią płytę!) i Faith Evans. Wyrzuć ich płyty, spal plakaty z ich wizerunkami, a jak masz na dysku jakieś teledyski – skasuj je! Potem idź do sklepu, kup płytę „Turn Me Loose” autorstwa Ledisi, poszukaj w internecie jej klipów i kup plakat z jej podobizną. To jest teraz gwiazda, nowy najważniejszy czarny kobiecy głos na świecie!

* * * * *

95.

Röyksopp „Junior”
Początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego wydawnictwa. W sumie nie wiem dlaczego – może pierwszy kontakt przypadł na jakiś zły dzień? Jednak prawda jest taka, że „Junior” to świetna płyta, którą polecam każdemu, kto będzie chciał zrelaksować się przy lekkich, niemęczących brzmieniach. Czytałem gdzieś, że panowie planują wydać kontynuację projektu, jaką ma być krążek „Senior”. Cóż, poprzeczka postawiona jest bardzo wysoko.

* * * * *

96.

Agnieszka Chylińska „Modern Rocking”
Cokolwiek by o tej płycie nie napisać – że jest fenomenalna, innowacyjna, podkreślająca wielką wewnętrzną zmianę wokalistki, czy wręcz przeciwnie – przyrównując ją do najgorszych muzycznych doświadczeń – jedno jest pewne: Chylińska zrobiła swoje, nagrała album odzwierciedlający jej obecny stan ducha i to, jak patrzy w tym momencie na muzykę. Recenzja.



* * * * *

97.

Madonna „Celebration”
„Celebration” jest dla tych wszystkich, którym nie udało się złapać Madonny na jednym z koncertów wchodzących w skład trasy Sticky & Sweet. 34 największe przeboje wokalistki plus dwa nowe nagrania – tytułowe Celebration” oraz „Revolver”. Gratka dla fanów tym większa, bowiem Ciccone nie ma w swojej dyskografii wielu płyt spod znaku „the best of”. Recenzja.



* * * * *

98.

Karen Young & Eric Auclair „Electro-Beatniks
Kanadyjski duet pochodzący z francuskojęzycznej części Kanady nagrał dobrą płytę, po prostu dobrą. Jednak to, że słucha się jej od pierwszej do ostatniej minuty z zapartym tchem, brak przestojów i słabszych momentów sprawia, że ocena automatycznie podwyższa się do bardzo dobrej, a może nawet jeszcze bardziej okazałej.


* * * * *

99.

Steve Earle „Townes”
Steve Earle – muzyk, który od ponad 30 lat raczy nas swoją twórczością, postanowił oddać muzyczny hołd zmarłemu po fachu koledze Townesowi van Zandtowi. Album zawiera piętnaście coverowych wykonań, utrzymanych w folkowor-rockowych klimatach. Jedna z tych płyt, której nie pokochają tłumy, co nie znaczy, że nie jest warta uwagi.


* * * * *

100.

Warszafski Deszcz „Powrócifszy…”
I na koniec listy 100 Najważniejszych Płyt Roku krążek, na którego premierę czekałem dekadę. Zresztą nie tylko ja, ponieważ „Powrócifszy…” wypatrywali wszyscy ci, którzy pamiętają czasy, kiedy w walkmanie kręciła się kaseta z pierwszym materiałem Tede i Numera, a szerokie spodnie nosili jedynie ludzie związani z kulturą hip-hop. Aż się łezka w oku kręci.


* * * * *

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w jednym z liceów uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

15 comments on “100 najważniejszych płyt 2009 roku

  1. Lite
    2010-01-01

    Opisując „Hurra!”, mogłeś wspomnieć coś o płycie, a nie tylko o sposobie jej promocji i jej efektach. ; ) No i z Bertem i Matejem przesadziłeś – fajny album, ale na takiej liście nie powinien się znaleźć.

  2. Koniec końcu napisałem, że ściągając materiał z sieci przekonaliśmy się, że jest wart posiadania oryginalnego nośnika. Także wychodzi na plus. A sam album to wiadoma sprawa (pomimo całej tej sytuacji) – ocena bdb. :)

  3. lcn
    2010-01-01

    Zgadzam się w stu procentach z Litem, co do duetu Bert/Matej (Bert jest niezłym raperem, bity też trzymają poziom, ale wydaje mi się, że bez rewelacji), i z Axunem co do Małpy, jest dobry, ale czy ma to coś co sprawia, że chce się go słuchać, flow i styl jak Jimson czy teksty jak TeTris? moim zdaniem nie.

  4. Kaś
    2010-01-01

    Nareszcie!
    Wielka mieszanka. Z listy wywaliłabym kilka pozycji m.in. A. Wyszkoni czy Mikę Urbaniak, bo moim zdaniem na swoją obecność tutaj zdecydowanie nie zasługują. Zabrakło mi kilku płyt (Bat for Lashes, Florence and the Machine, Phoenix, Camera Obscura), ale chyba coś wspominałeś, że to nie Twoje klimaty, więc wielkodusznie wybaczam. Ale zapomnieć o Pustkach?
    Za to wielki plus za Iggy’ego Popa czy Norah Jones (nie sądze, żeby jakoś drastycznie odchodziła od poprzednich klimatów…). Na pewno lista będzie dla mnie źródłem inspiracji (Drivealone mnie zaciekawiło – znałam jedynie z nazwy).

    A! Jeszcze jedno. Pearl Jam pojawia się dwa razy.

  5. Oj, dzięki za zwrócenie uwagi. Faktycznie wkradł się błąd z tym dublem PJ. Już zamieniam na jedną z płyt, która wypadła praktycznie w ostatniej chwili. ;)

  6. A! Oczywiście jestem bardzo rad, że wymieniacie płyty, które powinny się tu znaleźć. Bardzo mi się to podoba, podawajcie w komentarzach ich jak najwięcej.

    Dzięki za odzew, pozdrawiam serdecznie. :)

  7. Kama
    2010-01-01

    3/4 płyt nie znam. trzeba będzie nadrobić. będą się pojawiały jeszcze jakieś teksty podsumowujące 2009 r.?

  8. jaca
    2010-01-01

    czegoś mi tu brakuje… hm… a nie, sorry, bonus/matek to 2k8.

  9. matej
    2010-01-02

    Witam serdecznie!

    Czy płyta z Bertem zasługuje czy nie zasługuje na pojawienie się na tej liście, to już nie mnie oceniać. Bardzo mnie cieszy, że zostaliśmy zauważeni. Jestem stałym czytelnikiem AxunArts i jest to dla mnie bardzo miłe wyróżnienie. Dziękuję! Pozdrawiam wszystkich, dużo uśmiechu w nowym roku! JednaMiłosć!

  10. aeiou_
    2010-01-02

    skad wiesz,jak patrzy chylinska obecnie na muzykę, może ona po prostu patrzy na komercję,kasę i wzrost popularnosci wokół niej? Patrząc na youtbe na jej wystep z sylwestra w krakowie – ona juz chyba nigdy nie wyzbędzie się swoich rockowych zachowań na scenie a to,ze dwa razy zakręci tyłkiem nic nie znaczy.

    Bardzo w porządku podsumowanie. ;)

  11. luccas
    2010-01-02

    ciekawym rzutem na taśmę to ukazaliście
    ogólnie bardzo lubuję się w awangardzie i eklektyzmie muzycznym, acz L.U.C nieco nisko, no ale dość sugestywna opinia wobec jego płyty, dot. tychże też rocznic.

    pozdrawiam axun ;-)
    luccas

  12. Ale numerki tutaj nie mają nic do rzeczy. Tak jak pisałem na wstępie: „kolejność na liście jest przypadkowa. Nie ma tu płyt ważniejszych i mniej ważnych. Każda z nich z jakiś względów liczyła się w środowisku muzycznym.” Czyli to, że Wilki są na 14., a WFD zamykają listę nie ma na nic wpływu.

  13. klaudia
    2010-01-02

    gdzie Kayah, solowa Gaba, Pustki, muzyka z filmu o Jacko, płyta Mateo Pospieszalskiego? autor listy chyba przespał ten rok.

  14. Wallace
    2010-01-03

    [+]

  15. * Odnośnie pozycji 41. na liście:
    To wyróżnienia raczej mające pokazać, że pokładam w chłopakach nadzieję i liczę, że na kolejnych projektach usłyszę progres.

    * Odnośnie braku albumu z muzyką z filmu „That’s It:
    Szanuję MJ za jego wkład w muzykę, jednak nie ulegam panice po jego śmierci, która zresztą sprawiła, że jako artysta miał swoje kolejne 5 minut. Po więcej zapraszam tutaj: https://axunarts.wordpress.com/2009/11/01/bo-po-smierci-muzykowi-lepiej/

    * Odnośnie braku płyty „Skała”:
    Może i Kayah wróciła silniejsza i twardsza (jak skała), może pokazała, że jest nie do pokonania (jak skała), ale ten album jest po prostu słaby, a jego wysoki oceny w mediach są nadawane na zasadzie: „to Kayah, więc musi być dobrze”. Takie mam zdanie po naprawdę długim obcowanie z tym krążkiem.

    * Odnośnie braku solowej płyty Gaby Kulki:
    Zestawiłem sobie i porównałem solowa płytę Gaby i tę nagraną z Kuczem. Wygrał „Sleepwalk”. Drugiej płyty już nie dawałem, bo co za dużo Kulki, to nie zdrowo. ;)

    * Odnośnie braku albumu Pustek:
    Będzie osobny tekst o płytach z poezją wydanych w 2009 roku. Tam będzie wszystko wyjaśnione.

    * Odnośnie braku płyt wymienionych prze Kaś:
    Podane przez Ciebie pozycje były na liście, ale jak już gdzieś pisałem, była ona tworzona przez prawie cały rok. Dużo płyt wypadało, dużo powracało, pojawiały się nowe tytuły, a wyróżnionych może być tylko 100 albumów.

    Dzięki za odzew, czekam na więcej, bo zawsze warto podyskutować, powymieniać się uwagami. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2010-01-01 by in News and tagged , , , , , .
%d blogerów lubi to: