AxunArts

o muzyce od 2005 roku

Maria Taylor – LadyLuck.

Lubię szukać płyt artystów, których nie znam, bądź znam, ale mało. To poszerza horyzonty muzyczne. Lubię, kiedy ktoś o dobrym sercu podeśle mi coś, zasygnalizuje, że jakiś album wart jest przesłuchania. Tak właśnie było z prezentowaną teraz płytą.

Maria Taylor, jak się dowiedział przy okazji przesłuchiwania „LadyLuck”, to amerykańska piosenkarka, która mimo zaledwie 32 lat, na swoim koncie ma już sporo płyt – siedem w ramach projektu Azure Ray, który współtworzyła z Orendą Fink oraz cztery solowe (w tym jeden album akustyczny z roku 2008). I aż dziw bierze, że była ona dla mnie zupełnie anonimowa! Takie sytuacje uczą mnie, że w kwestiach muzycznych muszę uczyć się jeszcze sporo, a wiedzę pogłębiać powinienem non stop.

„LadyLuck” to płyta rewelacyjna – tak po prostu. Jak lubicie to, co prezentuje na scenie chociażby Suzanne Vega, Stacy Clark lub popularna w ostatnim czasie Lenka, dalsza lektura tej recenzji będzie zbędna. To porównanie powinno wystarczyć Wam za najlepszą rekomendację. Jeśli jednak jest Wam mało, zapraszam oczywiście dalej.

Maria Taylor – „LadyLuck”

Optymizm, optymizm i jeszcze raz optymizm. Taka jest ta płyta. Mimo, że nie porywa szybkim tempem, częściej słyszymy tu ballady, a klimatycznie materiał nadaje się bardziej na wieczorny relaks niż na wesołą zabawę, to i tak jest to album pełen radości, zadowolenia i optymizmu (raz jeszcze). Wystarczy posłuchać takich utworów jak „Green Butterlies”, „Time Lapse Lifeline” (sprawdź klip), „100,000 Times” czy kończącego płytę „Cartoons And Forever Plans”, aby przekonać się, że nie głoszę herezji, a szczerą prawdę.

Trudno jest mi porównywać „LadyLuck” do wcześniejszych płyt, na których można usłyszeć Taylor. Po prostu ich nie znam (jak widzicie, zadanie na kolejny wolny weekend mam już wyznaczone). Tym samym, nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy wokalistka poczyniła artystyczny postęp, czy też nie. Wiem jednak jedno – jestem wręcz zszokowany, że materiał ten wywarł na mnie aż tak dobre wrażenie, bo zdarza się to niezmiernie rzadko (dwa-trzy razy do roku). Ale czy można nazwać inaczej sytuację, w której to słucham krążka „LadyLuck” po raz ‚enty’ i podoba mi się on coraz bardziej?

Maria Taylor (fot. Jeff Gros / myspace.com/mariataylor).

Wszystkim w kraju nad Wisłą przypadła do gustu teraz muzyka, jaką tworzy Lenka. Jej imienna płyta, której recenzję możecie sprawdzić tutaj, stała się przebojem i zmusiła jedną z firm fonograficznych do udostępnienia jej polskim konsumentom. Ja już dzisiaj prognozuję, że z panią Taylor będzie tak samo. Jak do tej pory w naszych sklepach dostępny jest debiutancki album Amerykanki z 2005 roku, zatytułowany „11:11”. Mam nadzieję, że brak kolejnych pozycji z dyskografii piosenkarki szybko zostanie nadrobiony – zarówno przez sprzedawców, jaki i przeze mnie.

Recenzja ukazała się również na łamach portalu Gazeta Wirtualna (link).

Reklamy

About Mateusz Kołodziej

Nie pretenduję do miana muzycznej wyroczni. Słucham muzyki w ilościach (prawie) hurtowych, a później dzielę się swoimi spostrzeżeniami. Nie roszczę sobie prawa do niepodważalnego zdania, więc szanuję, jeśli masz inne. Pochodzę z Tarnowa, gdzie w dwóch szkołach (licealnej i podstawowej) uczę języka polskiego. Ponadto interesuję się koszykówką i żużlem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Informacja

This entry was posted on 2009-05-24 by in News and tagged , , , , , , , .
%d blogerów lubi to: