Posted by: Mateusz "Axun" Kołodziej on: czerwiec 23, 2007
Kobe urodził sie w Filadelfii, więc nie dziwi fakt, że w swojej krwi ma jakiś pierwiastek rapera. Daje temu wyraz w kawałku “Philly Live”. Oczywiście na wstępie rozwieje wszystkie wątpliwości - Bryant jest lepszy na parkiecie i jak ludzie interesujący się ligą NBA wiedzą - nie zamierza zabiegać z niego jeszcze przez kilka lat. Popatrzmy więc co tam nam przygotował.
Krótki materiał (niecałe 30 minut) to na pewno plus. Zapewne utwory pokazują co udało się wykrzesać z koszykarza najlepszego.
Tak naprawdę, to Kobe nie zajmuje dużo czasu słuchaczowi. Chyba jako dobry gospodarz wolał usunąć się w cień bardziej doświadczonych kolegów, m.in. Nas’a czy Beanie Sigel’a. Ale gości tu naprawdę chmara. W każdym kawałku pojawia się ktoś ze swoja zwrotką. Kawałki są nawet ciekawe. Klimaty coś pomiędzy Will’em Smith’em a Usher’em. Miłe dla ucha “K.O.B.E.” i “Hold Me” (dzięki wokalom w refrenach odpowiednio Tyra’y Banks i Brian’a McKnight) czy też wcześniej wspomniany “Philly Live” - mogą być…
Całość uzupełniają instrumental tytułowego “K.O.B.E.” i dwa remixy. Szczególnie remix “Thug Poet” z Nas’em i Broady Boy’em może podobać się bardziej, ze względu na lepszy beat. Zresztą w tym numerze Kobe udziela sie najwięcej.
Sportowców próbujących swoich sił w muzyce jest kilku, a już tendencja ta ujawnia sie mocniej u koszykarzy. Shaq, Iverson, Webber (beat na najnowszej płycie Nas’a!) czy nasz rodak Massey. Jednak aby być w czymś dobrym, trzeba poświęcić inne zajęcia na rzecz swojej prawdziwej pasji. Massey wybrał muzykę, Kobe sport - i bardzo dobrze. Warto pozostać przy tym, co robimy lepiej. A odnośnie oceny to powinna być “dwójeczka”, ale dorzucam jeszcze jedną - nie za muzykę, ale za to co robi w tym sezonie w L.A.
